Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


od tego miało zależeć całe me życie. Stałem, opierając się jedną ręką o poręcz krzesła, drugą przycisnąłem pierś; całą siłą walczyłem ze sobą. Tak stojąc, patrzyłem na niego, póki wszystkie przedmioty w pokoju nie zaczęły się mieszać i wirować, wówczas schwyciłem obiema rękami za stół. Podtrzymał mnie, złożył na kanapie, otulił poduszkami i ukląkł na jedno kolano obok mnie; twarz jego, obecnie dobrze mi znana, prawie dotykała mojej.
— Tak, Pip, mój drogi, ja uczyniłem z ciebie dżentelmena. To ja zrobiłem z ciebie pana! Przysiągłem sobie wówczas, że każda gwinea, jaką zarobię, będzie twoja. Przysięgałem potem, za każdym razem, gdym przedsiębrał jakiś interes, że jeśli się uda i zostanę bogatym, to i ty będziesz bogatym. Ciężkie wiodłem życie, abyś ty miał lekkie; pracowałem uparcie, abyś ty nie potrzebował pracować. Ale, cóż za głupstwo, drogi Pipie! Czyż mówię ci to w tym celu, abyś był mi za to wdzięcznym? Bynajmniej! Mówię to, byś wiedział, że nieszczęśliwy pies, którego przepędzano, wzniósł się tak, że mógł stworzyć dżentelmena a tym dżentelmenem — ty jesteś.
Wstręt, z jakim patrzyłem na tego człowieka i strach, jaki wzbudzał we mnie, były tak silne, że gdyby nawet był on dzikiem zwierzęciem, nie mogłyby być silniejsze.
— Popatrz na mnie, Pipie, jestem twym