Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Znów ledwie wyszeptałem: — Nie wiem.
— Nie mógłbym spróbować odgadnąć wysokości pańskich dochodów od chwili, gdyś panstał się pełnoletnim? A choćby tylko pierwszej liczby, czy nie pięć?
Serce mi biło, jakby nerwowo uderzał w nie jakiś dziwny młot. Zerwałem się z krzesła i opierając się na poręczy, dziko patrzyłem na współbiesiadnika.
— Albo co się tyczy opiekuna? Boć przecież nie mógł się pan obyć bez opiekuna do czasu pełnoletności, zapewne był to jakiś prawnik? Czy czasem, nazwisko jego nie zaczyna się od D?
Cała prawda mego położenia odkryła się przede mną; całe poniżenie, gorycz, niebezpieczeństwo jego przedstawiły mi się z taką siłą, że złamały mnie; tłumiąc potężne wzruszenie, ledwie trzymałem: się na nogach.
— Przypuśćmy, że klient tego prawnika, którego imię zaczyna się na D., na przykład Dżaggersa, przyjechał statkiem do Portsmut, a stamtąd tu, aby się zobaczyć z panem. „Jednakże pan mnie odszukał“ rzekł pan niedawno. Tak, odszukałem pana! Nie wielka sztuka. napisałem z Portsmut do pewnego człowieka w Londynie, aby dowiedzieć się o pańskim adresie. Nazwisko tego człowieka, na przykład Uemnik.
Nie mógłbym wymówić ani słowa, choćby