Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bieliznę cienką, zbytkowną! Spójrz na ubranie, lepszego dostać nie można! A te książki twoje, setkami leżą na półkach! Czytasz je, nieprawdaż? Widziałem, żeś jedną z nich czytał, kiedym wszedł. Poczytasz mi trochę, mój najdroższy! Jeśli są pisane w obcym języku, nieznanym mi, to nic nie szkodzi, posłucham i będę się tobą chlubił.
Znowu wziął mnie za ręce i przylgnął do nich ustami; krew mi zastygła w żyłach.
— Nie staraj się rozmawiać ze mną, Pip, — rzekł, przesuwając rękawem po oczach i czole i usłyszałem znany mi dziwny dźwięk w jego głosie; wskutek wzruszenia wydawał mi się jeszcze straszniejszym; — lepiej będzie, gdy poleżysz spokojnie, mój chłopcze. Nie wyczekiwałeś tego z dawna, jak ja, nie byłeś do tego przygotowany, jak ja. Wszak nigdyś nie przypuszczał, że to ja mogłem być?
— Nie, nigdy, nigdy.
— No i widzisz, to ja byłem, sam jeden i bez obcej pomocy. Żadna osoba nie uczestniczyła w tem prócz mnie i pana Dżaggersa.
— Nikt więcej?
— Nikt — rzekł z wyrazem zdziwienia. — któżby jeszcze? Ale jakeś ty wypiękniał? Zapewne masz jakieś oczka, o których miło ci marzyć i mówić?
— Będą twemi te oczy, o ile można je kupić za pieniądze. Jeśli nie, to dlaczegóżby taki