Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„jeśli nie jestem dżentelmenem i uczonym, za to mam prawdziwego dżentelmena. Wszyscy jesteście prostymi, któż z was jest wykształconym, londyńskim dżentelmenem?“ Tak krzepiłem się. I wciąż tkwiła mi w głowie myśl, że wcześniej, czy później przyjadę do swego chłopca, nacieszę się nim i odkryję mu tajemnicę.
Położył mi rękę na ramieniu. Drgnąłem na myśl, że może ta ręka zbroczona krwią, w każdym razie nie byłem pewny czego innego.
— Niełatwo mi było i niebezpiecznie porzucać tamte strony. Ale ogromnie pragnąłem widzieć się z tobą, a im trudniej mi było spełnić swe życzenie, tem silniejszem się ono stawało; stanowczo zdecydowałem się przyjechać tu, cokolwiekby mnie miało spotkać. I przyjechałem. Tak, chłopcze, przyjechałem!
Starałem się zebrać myśli, ale nie mogłem; byłem zupełnie oszołomiony. Tak byłem zmieszany, że nie pamiętam, czego więcej słuchałem, czy jego słów, czy wycia wiatru na dworze; nie rozróżniałem jego głosu od strasznego szumu wichru, dopiero gdy przestał mówić.
— Gdzie mnie umieścisz? Bylegdzie nie można mnie umieszczać.
— Gdzie mam dać miejsce na nocleg?
— Tak, powinienem się wyspać i to dobrze, bom się męczył i moczył całe miesiące.