Sokole-Oko (1907)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Sokole-Oko
Podtytuł czyli Przyjaciel Delawarów: z powieści F. Cooper'a: "Ostatni Mohikanin"
Wydawca Wł. Dyniewicz
Data wydania 1907
Drukarz Wł. Dyniewicz
Miejsce wyd. Chicago
Tłumacz Anonim
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SOKOLE-OKO
CZYLI
Przyjaciel Delawarów.
Z powieści F. Cooper'a: “Ostatni Mohikanin.”
CHICAGO, ILL.
Drukiem i nakładem Wł. Dyniewicza.
1907.

Opisane tu wypadki działy się w Ameryce północnej lat temu przeszło 120.
W mieszkaniu jenerała Weba, komendanta fortu angielskiego Edwarda, czyniono przygotowania do podróży. Przed gankiem stało kilka koni osiodłanych, z których dwa miały siodła damskie, trzeci, przybrany w czaprak ozdobny, wyglądał na wierzchowca wyższego oficera; reszta były to konie juczne, tłumokami i pakunkami obładowane. Gromadka ciekawych zebrała się w pobliżu; a jeden z tych widzów uderzającą miał powierzchowność. Postać to była dziwnie niezgrabna. Głowa szeroka spoczywała na wąskich plecach, długie nadzwyczaj ramiona zakończone były małemi, delikatnemi rękami, a niemniej długie i chude nogi potwornie szerokiemi stopami. Człowiek ten miał strój równie dziwaczny, jak cała jego powierzchowność, surdut jasno błękitny z szerokiemi połami, żółte, obcisłe spodnie, pończochy i trzewiki z ostrogami, a na głowie kapelusz z szerokim rondem, jakie wówczas nosili zwykle duchowni angielscy. Kapelusz ten nadawał dobrodusznej, lecz niezbyt roztropnej jego twarzy pewien wyraz uroczysty.
Człowiek ten spoglądał ze szczególną uwagą na gońca indyjskiego, który wczoraj przyniósł ważną wiadomość do komendanta od pułkownika Munro, dowódzcy sąsiedniego fortu Wiliama, a jednocześnie przywiózł prośbę od tegoż pułkownika o wyprawienie dwóch jego córek, które bawiły w gościnie u żony jenerała Weba. Indyanin stał nieruchomy — obojętnym, sennym prawie wzrokiem patrząc na wszystko; czasem tylko z pod brwi jego krzaczystych błyskał dziki ogień. Miał on na sobie zwykły strój krajowców: szerokie spodnie skórzane, płaszcz na plecach i przepaskę z piórami na głowie; uzbrojony był w nóż i tomahawek.
Nagły ruch wśród gromadki wyczekującej służby oznajmił zbliżanie się osób, które w podróż wyruszyć miały. I wnet ukazał się młodzieniec w mundurze oficera angielskiego, prowadzący dwie kobiety w mundurach podróżnych. Jedna z nich, widocznie młodsza, chociaż obie były w kwiecie wieku, miała śliczne oczy niebieskie, włosy jasne, spadające w bujnych kędziorach na ramiona i cerę śnieżnej białości. Wdzięcznym ruchem odrzuciła z twarzyczki długą, zieloną zasłonę. Druga, starsza, ukrywała starannie twarz swoją pod gęstym welonem. Młody oficer pomógł swoim towarzyszkom dosiąść koni, potem sam wskoczył na dzielnego rumaka; wszystko troje skłonili się, żegnając jenerała Weba, który ich wyprowadził na ganek i wolnym kłusem puścili się w drogę. Goniec indyjski pobiegł przodem. Służba z końmi jucznymi jechała z tyłu.
Zbliżywszy się do lasu, mała gromadka się rozdzieliła; służba ruszyła dalej drogą odkrytą, dwie panie z przewodnikiem swoim i towarzyszem zapuściły się w gęstwinę. Major Hejward wyjaśnił im, że przewodnik doradził im tę ostrożność, żeby uniknąć spotkania z nieprzyjacielskimi oddziałami dzikich Indyan, którzy licznie włóczyli się w tych stronach. Już przez czas jakiś podróżni jechali lasem, gdy ujrzeli pędzącego na chudej szkapie z małem źrebięciem owego człowieka, którego powierzchowność dziwaczną poznaliśmy powyżej.
— Czy szukasz pan kogo? — zapytał Hejward, gdy jeździec zbliżył się do nich.
— Tak, rzeczywiście — odrzekł tamten — szukam towarzyszów podróży i sądzę, że będziemy wzajemnie z siebie zadowoleni. Nie chciałem jechać razem z oddziałem wojskowym, bo nie lubię poufalić się z ludźmi, których nauczać jest mojem powołaniem. Wolałem więc przyłączyć się do państwa.
— Mówisz pan o nauczaniu — rzekł Hejward — czyżbyś pan miał wykładać sztukę wojenną?
— Bynajmniej — odparł nieznajomy — powołaniem mojem jest nauka śpiewania psalmów. Nic tak nie podnosi ducha i serca nie rozwesela; takie pienia pobożne nawet nędzne ciało umacniają. Ja też mam przy sobie zawsze książkę z nieporównanymi psalmami Dawida.
Major jednem uchem tylko słuchał tego opowiadania, bacznie zaś spoglądał dokoła. Nagle zdawało mu się, że gałęzie pobliskiego krzaka poruszyły się lekko; spojrzał podejrzliwie na przewodnika, ale spotkawszy wzrok jego drzemiący, uspokoił się — i mała gromadka ruszyła dalej. Zaledwie jednak oddaliła się nieco, gdy gałęzie rozsunęły się i wyjrzało z nich dwoje oczu czarnych, dziko patrzących.
Podczas gdy major Hejward i dwie towarzyszki jego, Kora i młodsza jej siostra Alicya, zapuszczali się spokojnie w głąb lasu, o kilka mil stamtąd na zachód dwaj ludzie spoczywali nad brzegiem strumienia; zdawali się tam oczekiwać na coś lub na kogoś. Jeden z nich był krajowcem amerykańskim, odznaczał się barwą skóry miedzianą i strojem właściwym Indyanom; w drugim po cerze białej chociaż mocno ogorzałej, łatwo było poznać człowieka pochodzenia europejskiego. Wyglądał na myśliwca. Było to pod wieczór, słońce chyliło się ku zachodowi.
— Sam widzisz, Wielki Wężu, że i podania twego ludu nas usprawiedliwiają — mówił myśliwiec w dalszym ciągu rozmowy, prowadzonej w języku indyjskim. — Ojcowie twoi przywędrowali od zachodu słońca na wybrzeża Wielkiej Rzeki[1], pokonali miejscowych mieszkańców i ziemię ich zagarnęli. Moi zaś ojcowie przybyli od wschodu, przez wielkie słone jezioro i uczynili toż samo.
— Ojcowie moi walczyli równą bronią z przeciwnikami — odparł Indyanin posępnie — tymczasem ogromna jest różnica pomiędzy strzałami naszemi, a ołowianemi kulami, któremi twoi biali bracia nas mordują. Wszak nie zaprzeczysz temu, Sokole-Oko. Wszyscy wojownicy mojego rodu przenieśli się jeden po drugim do krainy duchów. I ja niezadługo połączę się z nimi, a Unkas pójdzie za mną; nie pozostanie nikt z rodu wodzów; syn mój jest ostatnim z rodu Mohikanów.
— Unkas jest tu! — ozwał się w tej chwili głos trzeci w pobliżu — kto woła Unkasa?
W tejże samej chwili wyszedł z gęstwiny leśnej młody wojownik indyjski i usiadł na wybrzeżu obok ojca. Wkrótce potem obaj poruszyli się niespokojnie i nadsłuchiwać zaczęli.
— To są konie białych ludzi braci twoich, Sokole Oko! — rzekł po chwili Wielki Wąż. — Twoją jest rzeczą rozmówić się z nimi!
— Jak najchętniej — odpowiedział myśliwiec — ale ja najmniejszego szelestu nie słyszę, chociaż słuch mam dobry. Aha! teraz dopiero chrzęst gałęzi się odzywa. Kto jesteście? — zapytał podniesionym głosem, zwracając się do podróżnych — kto miał odwagę wkroczyć w głąb niebezpiecznej puszczy, pełnej drapieżnego zwierza?
— Chrześcianie, swoi — mówił człowiek jadący na czele gromadki — ludzie, którzy od samego rana wędrują po tych lasach i znużeni są bardzo.
Zanim jednak myśliwiec miał czas odpowiedzieć, drugi jeździec nadjechał szybko, wołając:
— Czy daleko stąd do twierdzy Williama?
— Jeżeli chcecie połączyć się z wojskiem angielskiem — rzekł myśliwiec — to lepiej skierujcie się do bliższego fortu Edwarda.
— Jakto? wszak my o świcie wyruszyliśmy stamtąd. Mieliśmy przewodnika Indyanina, a pomimo to zmyliliśmy drogę, i teraz nie wiemy, co począć.
— Indyanin miałby zmylić drogę w lesie? — mówił tamten, kręcąc głową z powątpiewaniem — a z jakiego plemienia jest ten przewodnik?
— Obecnie należy do przyjaznego nam plemienia Mohawków[2], ale pochodzi z rodu Huronów. Służy przy naszem wojsku.
— Z Huronów? — powtórzył myśliwiec i znowu pokręcił głową — hultajskie to plemię; choćby go nawet przyjęli Mohawkowie, Huron zawsze zginie Huronem.
— Jeżeli zechcesz wskazać nam drogę do fortu Edwarda, przyjacielu, będziesz za to sowicie wynagrodzony — rzekł major Hejward, gdyż on to był właśnie.
— A któż pan jesteś? — zapytał podejrzliwie myśliwiec.
— Jestem major Hejward, dowódca oddziału z twierdzy Wiliama.
Myśliwiec spojrzał uważniej na młodzieńca i zdjął czapkę z uszanowaniem.
— Dobrze — rzekł, — lecz chciałbym wpierw obaczyć waszego przewodnika.
Odszedł w stronę wskazaną przez majora, gdzie obie panie czekały niecierpliwie zakończenia tej rozmowy. Dalej nieco, wsparty o pień drzewa, stał Indyanin; gdy nadszedł myśliwiec, nie wyrzekł on ani słowa, ale spojrzał na niego wzrokiem ponurym i dzikim.
— Jabym z takim przewodnikiem za nic nie podróżował po lasach — rzekł myśliwiec, powróciwszy do Hejwarda.
— Czy tak? Niedarmo więc go podejrzywałem.
Myśliwiec zwrócił się do swoich dwóch towarzyszów czerwonoskórych i mówił coś do nich z żywością, wskazując w stronę, gdzie stał przewodnik. Oni słuchali w milczeniu, potem wzięli swe strzelby na ramiona, odeszli w stronę przeciwną i znikli w głębi lasu.
— A teraz — rzekł myśliwiec do mayora, staraj się pan zająć rozmową przewodnika, żeby nie zemknął. Ci dwaj Indyanie zajdą ostrożnie z tyłu i pochwycą go nie czyniąc mu żadnej krzywdy.
Major niezbyt chętnie poszedł za tą radą; wiedział jednak, że w tak niebezpiecznem położeniu trudno było przebierać w środkach ratunku, wspiął więc konia ostrogami i po chwili zbliżywszy się do przewodnika, rzekł do niego z udaną obojętnością:
— Widzisz, że nie znasz drogi do fortu, a tu noc zapada. Ale na szczęście spotkaliśmy poczciwego myśliwca, który zna wszystkie ścieżki leśne i podjął się być naszym przewodnikiem.
— To dobrze, więc teraz Chytry Lis[3] może odejść.
— Kogóż to nazywasz Chytrym Lisem?
— To imię nadali mi przodkowie moi, chociaż zowią mnie także Magua.
— Chytry Lis nie powinien opuszczać córek pułkownika Munro, skoro przyrzekł je doprowadzić do ojca — mówił major powoli, aby zyskać na czasie.
Indyanin spoglądał na niego podejrzliwie, a gdy w tej chwili odezwał się lekki szelest liści, pochwycił małą torbę, w której miał zapasy żywności i widocznie gotował się do ucieczki.
— Czemu Chytry Lis nic nie je? — zapytał znów major — może jedzenie jego nie jest dość smaczne, mógłbym w takim razie dać mu cośkolwiek z naszych zapasów.
Mówiąc to wyjmował ostrożnie jedną nogę ze strzemienia, a ręką obojętnie niby sięgnął do torby Indyanina, próbując pochwycić go za ramię. Ale nim zdołał zeskoczyć z konia, Indyanin ugodził go silnie kułakiem w piersi i obalił na ziemię, sam zaś z okrzykiem przeraźliwym poskoczył w gęstwę leśną.
W tej samej chwili dwa inne okrzyki ozwały się z strony przeciwnej. Wielki-Wąż z Unkasem puścił się w pogoń za zbiegiem, myśliwiec strzelił i blask rozjaśnił na chwilę ciemności zapadającej nocy. Major podniósłszy się, pobiegł także w stronę, skąd dochodziły go głosy Indyan i chrzęst łamanych gałęzi, lecz wkrótce spotkał myśliwca i dwóch jego czerwonoskórych towarzyszów, powracających z niczem.
— Czy chcesz gonić wiatr po polu? — rzekł myśliwiec wzruszając ramionami. — Łotr przemknął się koło mnie, słyszałem szelest suchych liści, gdy pełzał po ziemi jak wąż; strzeliłem i chybiłem, a może zraniłem go tylko lekko i tem prędzej zemknął. Ale nie traćmy czasu i czemprędzej uchodźmy, zanim ten zdrajca naprowadzi na ślad nasz nieprzyjaciół. Nikczemnieby to było wydać bezbronne kobiety na łup tych okrutników; jeżeli chcesz panie uchronić te kwiatki od zjadliwych gadów, nie namyślaj się długo. Ja i dwaj dzielni towarzysze moi, Mohikanie, uczynimy wszystko, co będzie w naszej mocy, aby je ocalić, a żaden z nas nie przyjmie za to zapłaty. Ale wprzódy musicie przystać na dwa warunki, inaczej i was nie ocalimy i sami zginąć możemy.
— Jakież to warunki?
— Najpierw ażebyście wszyscy zachowali jak najgłębsze milczenie, a następnie żebyście nikomu nie wskazali drogi, którą was przeprowadzimy.
— Przyjmuję te dwa warunki.
Noc tymczasem zapadła zupełnie, lecz mimo ciemności, myśliwiec trafił prosto do miejsca, gdzie pozostały przerażone kobiety. Mayor powtórzył im w kilku słowach całą rozmowę, pomógł im zsiąść z koni i pieszo doprowadził do brzegu strumienia.
— A co zrobimy ze zwierzętami? — zapytał myśliwiec
— Możemy je puścić na swobodę.
— Nie, lepiej w błąd wprowadzić tych hultajów, aby sądzili, że uciekacie konno. Ale co tam się w krzakach porusza?
— To źrebię.
— Musi zginąć — rzekł myśliwiec i pochwycił je za grzywę. — Unkasie nagotuj strzałę.
— Litości! — zawołał żałosnym głosem właściciel źrebięcia — oszczędźcie życie niewinnego stworzenia.
— Gdy idzie o życie ludzkie — rzekł stanowczym głosem myśliwiec — można poświęcić życie zwierzęcia.
Podczas, gdy wymawiał te słowa, zwierzę, zranione strzałą Unkasa, stanęło dęba, potem padło na kolana, a w tej chwili Wielki-Wąż utopił nóż w jego piersi i popchnął konające stworzenie w strumień.
— A więc nie traćmy czasu, każda chwilka jest dla nas droga, jak krew, która wypływa z rany zranionego jelenia.
Następnie dwaj Indyanie wprowadzili konie w koryto rzeki i znikli z nimi za sterczącą skałą, a tymczasem myśliwiec wydobył z zarośli nadbrzeżnych małe czółenko z kory. Usadowiono w niem wygodnie Korę i Alicyę, trzej mężczyźni weszli w wodę; myśliwiec podtrzymywał wątłą łódkę z jednej strony major z drugiej i w ten sposób popychali ją przeciw prądowi wody. Strapiony właściciel źrebięcia szedł za nimi. Po pewnym przeciągu czasu mayor spostrzegł wśród ciemności jakąś kryjówkę, która zdawała się drogę im tamować. Zwrócił się z zapytaniem do towarzysza.
— To jest właśnie kryjówka, w której Mohikanie umieścili konie — rzekł myśliwiec — woda nie pozostawia śladu, a w tym ciemnym kącie sowa nawet nic nie dostrzeże.
W tem miejscu strome urwiste skały zalegały koryto rzeki, boki ich i wierzchołki porosłe były drzewami; do tych drzew Mohikanie przywiązali konie i czekali na łódkę. Wśród ciszy słychać było huk wody, spadającej gwałtownie ze skały w głęboką przepaść. Myśliwiec wszedł teraz do łódki, usadowił w niej na przodzie obie kobiety, majora i psalmistę, sam stanął z tyłu z wiosłem w ręku i śmiało prowadził wątłe czółenko w spieniony i huczący prąd rzeki. Straszna to była przeprawa! Kora i Alicya zamknęły oczy; łódka podskakiwała i tańczyła na wzburzonych falach, co chwila zdawało się, że ją wir pochwyci i uniesie w przepaść — lecz w końcu wypłynęła szczęśliwie, i dzielny sternik zatrzymał je przy niskiej płaskiej skale.
— Wylądujcie na tę skałę — rzekł myśliwiec — ja wracam do Mohikanów — widziałem, że czasu nie stracili i upolowali jelenia, nie będziemy cierpieli głodu.
Mówiąc to, pomknął znowu po huczących falach i wkrótce powrócił, wioząc obu Indyan i zabitą zwierzynę.
— Czy towarzysze twoi nie wytropili gdzie po drodze śladów nieprzyjaciół? — zapytał Hejward.
— Nie, ale spostrzegłem przepływając teraz koło naszych koni, że drżą i wielki niepokój okazują, jakby czuły wilki w pobliżu. A wilki gonią zwykle za dzikimi.
— Może tym razem zwabił je ten jeleń lub zabite źrebię?
— I to być może — rzekł myśliwiec — ale bierzmy się do wieczerzy. Tu jesteśmy bezpieczni, jakby w obronnej twierdzy.
Powstał i oddalił się w towarzystwie dwóch Mohikanów; po chwili znikli wszyscy trzej za urwistą skałą. Dziwna trwoga ogarnęła podróżnych, gdy zostali sami, tylko psalmista nie okazywał zbytniego niepokoju.
Po upływie pewnego czasu usłyszano głosy oddalone, które zdawały się wychodzić z pod ziemi, blask ognia rozjaśnił nagle ciemności i podróżni teraz dopiero ujrzeli dokładnie swoje schronienie. Przed nimi ciągnęła się wąska, głęboka i bardzo długa jaskinia; siedzieli oni przy jej otworze, a na przeciwnym końcu usadowił się myśliwiec, trzymając w ręku płonącą gałąź sosnową. Z boku widniała wysoka postać Unkasa.
— Prosimy państwa na wieczerzę! — ozwał się myśliwiec. — Nie jest to zapewne uczta stosowna dla majora armii królewskiej, ale w czasach wojennych i na tem poprzestać trzeba. No, chodźże pan, panie śpiewaku i przestańże już rozpaczać nad tem źrebięciem — a gdy już wszyscy weszli do podziemia, dodał: — Płomień jest za jasny i mógłby zwabić Huronów. Zapuść zasłonę, Unkasie.
Podczas gdy młodzieniec spełniał to polecenie, zapuszczając grubą kołdrę u wejścia jaskini, z głębi wysunęła się ogromna postać. Alicya krzyknęła przeraźliwie — wnet jednak poznano w nowoprzybyłym Wielkiego-Węża; w milczeniu cofnął się on znowu w głąb i odchylił drugą zasłonę, ukrywającą inne wejście, którem wszedł do jaskini.
Podróżni mieli ze sobą trochę zapasów żywności, które dodali do świeżo upieczonej zwierzyny. Wszyscy zasiedli przy ognisku; Wielki Wąż usadowił się także obok syna. Obaj bardzo byli podobni do siebie, pomimo różnicy wieku. Twarz Wielkiego-Węża miała ten wyraz głębokiego spokoju, jakim odznaczają się wojownicy indyjscy przed lub po walce.
Myśliwiec był niezmiernie ożywiony, nawet jedząc i pijąc, rzucał oczyma na wszystkie strony i pilnie nadsłuchiwał.
Nagle ozwał się w oddaleniu krzyk dziki, przeraźliwy, echo go powtórzyło. Wszyscy umilkli zatrwożeni.
— Co to może być? — zapytała Alicya półgłosem.
Ani myśliwiec ani Indyanie nie umieli na to odpowiedzieć; słuchali tylko z natężoną uwagą, czy dziwny krzyk się nie powtórzy. Potem wszyscy trzej porozumieli się w kilku słowach w języku indyjskim i Unkas wybiegł z jaskini otworem, wychodzącym od tyłu.
— Żaden z nas nie pojmuje co to być może — mówił myśliwiec — chociaż my dwaj starsi od lat trzydziestu przebywamy w tej puszczy. Cóż tam, Unkasie? — zapytał powracającego młodzieńca — czy widziałeś co? czy ogień nasz widać nazewnątrz?
Tamten odpowiedział w narzeczu indyjskiem, a myśliwiec mówił dalej:
— Niczego się nie dowiedział, ognia nie widać. Idźcie więc spocząć do drugiej jaskini, mniejszej nieco, która się z tą łączy. Jutro przededniem, zanim Huroni się przebudzą, musimy już być w drodze do fortu Edwarda.
Hejward zapalił gałąź sosnową, odprowadził obie towarzyszki do drugiej jaskini, którą mu wskazał myśliwiec i zapuścił zasłonę.
— Sądzę — rzekł — że możecie usnąć spokojnie w tej bezpiecznej kryjówce. Ci zacni ludzie będą czuwali nad waszem bezpieczeństwem wraz ze mną, a musicie być bardzo znużone.
Upłynęło kilka godzin. Księżyc zajaśniał na niebie, łagodnym światłem oblewając lasy i wody. Obie siostry usnęły przytulone do siebie, a Hejward, okrywszy je ciepłym szalem, położył się także u stóp skały. Dawid chrapał smacznie, tylko myśliwiec, którego Wielki-Wąż nazywał Sokole-Oko, czuwał z obu Mohikanami.
Gdy pierwszy promyk różowej zorzy zwiastował świt poranny, myśliwiec dotknął ramienia Hejwarda i przebudził go ze snu.
— Czas nam w drogę — szepnął — trzeba budzić panie i wsiadać do łódki; ja śpieszę po nią.
Hejward zerwał się, przetarł oczy i zdjął szal ze śpiących dziewcząt.
— Koro! Alicyo! — zawołał — wstawajcie, pora już wyruszyć w drogę!
Ale zaledwie wymówił te słowa, gdy okrzyki straszliwe naraz ze wszystkich stron słyszeć się dały; zdawały się wychodzić jednocześnie i z lasu i z wodospadu i ze skał i nawet z powietrza. Mohikanie odpowiedzieli śmiało podobnym okrzykiem. Dawid, nagle ze snu zbudzony, podniósł się, wyprostował swoją wysoką postać i w tejże samej chwili padł jak martwy na ziemię, a jednocześnie kilkanaście wystrzałów przebiło powietrze.
Mohikanie zaczęli także strzelać raz po raz; łódki tymczasem nie było widać, ale na wierzchołku skały rozległ się ryk wściekły i jęk żałosny. Potem nastała cisza i dzicy umknęli do lasu. Hejward podniósł nieszczęśliwego Dawida i pośpieszył z nim do jaskini, gdzie wkrótce zgromadzili się wszyscy.
— Biedak tym razem jeszcze zachował skórę na czaszce — rzekł Sokole Oko dotykając ręką głowy śpiewaka — któż to widział stawać, jakby na cel, kiedy kule latają na wszystkie strony? Dziwna rzecz, że wyszedł cało z takiej przygody; nic mu nie będzie i wkrótce napewno odzyska przytomność.
W rzeczy samej Dawid westchnął głęboko i otworzył oczy. Obie siostry, choć same najokropniej przerażone, otoczyły go troskliwemi staraniami. Hejward sądził, że niebezpieczeństwo już przeminęło, ale myśliwiec pokręcił głową i prowadząc go do otworu jaskini:
— Patrz pan, — rzekł — co się dzieje na rzece. Założyłbym się, że ci hultaje odważą się puścić wpław przez wodospad, a może im się uda i na naszą wysepkę się dostać.
Hejward ujrzał z przerażeniem cztery postacie miedziane, walczące z gwałtownym prądem i czepiające się pni drzewnych, które woda unosiła w tę stronę; może widok tych pni dodał im odwagi. Już dopłynęli tak blisko, że za chwilę mogli wyskoczyć na brzeg wysepki.
— Gotuj się pan do walki — szepnął Sokole Oko do towarzysza — moja strzelba nie chybi.
Powiedziawszy to, przytknął palec do ust i gwizdnął przeraźliwie; Mohikanie usadowieni po drugiej stronie skały odpowiedzieli w sposób podobny. Czarne głowy napastników ukryły się kłodami drzewnemi.
Hejward usłyszał szelest, odwrócił się i spostrzegł Unkasa, który zbliżył się pełzając jak wąż. Sokole-Oko wydał mu jakieś rozporządzenie w języku indyjskim, poczem młodzieniec stanął w ukryciu. W tej chwili czterej dzicy wydali okrzyk wojenny, wskoczyli na kłody, a stamtąd jednym susem na skałę. Hejward chciał się rzucić na nich, ale towarzysze ich powstrzymali. Sokole-Oko, wyczekał jeszcze, aż napastnicy zbliżyli się na odległość strzału, wówczas wymierzył, strzelił, a dziki, pędzący naprzód, stoczył się ze skały w przepaść głęboką.
— Teraz na ciebie kolej Unkasie — rzekł wyjmując nóż z za pasa — mierz dobrze, a dwóch tylko zostanie.
Unkas wykonał rozkaz niezwłocznie i w rzeczy samej dwóch tylko Indyan zostało żywych na wysepce. Hejward podał myśliwcowi jeden ze swych pistoletów, drugi sam trzymał silnie w ręce i obaj pobiegli naprzeciw nieprzyjaciół. Strzelili razem i chybili.
— Wiedziałem, że tak będzie — mruknął Sokole-Oko. — Te krótkie lufy nic nie warte — i rzucił pistolet na ziemię — ale nie stracicie na tem hultaje, ja wam potrafię dać radę.
Olbrzymi Indyanin rzucił się na niego, drugi jednocześnie przypadł do Hejwarda i rozpoczęła się straszna walka. Sokole Oko mocował się przez jakiś czas z przeciwnikiem, wytężając wszystkie siły; obaj starali się wzajemnie ubezwładnić. Natomiast Indyanin zachwiał się pod naciskiem silnych ramion myśliwca, który go przebił ostrym nożem.
Hejward przełamał miecz swój w czasie walki, ale udało mu się wyrwać nóż przeciwnika. Lecz tamten pochwycił go i dusił w objęciach, ciągnąc do brzegu skały; każdy usiłował zepchnąć drugiego w wodę, Hejward czuł, że palce Indyanina zaciskały mu gardło i przeszedł go dreszcz śmiertelny. Wtem nagle ręka przeciwnika opadła bezwładnie i stoczył się w głęboką otchłań wodną.
To Unkas przyszedł w porę z pomocą i głośnym okrzykiem wojennym obwieścił swoje zwycięstwo.
— Uchodź pan, uchodź, jeśli ci życie miłe — wołał Sokole Oko i wszyscy trzej ukryli się znowu w jaskini.
Doświadczony myśliwiec wiedział, co mówił; w tej chwili gromada Huronów podniosła wściekłe okrzyki i grad kul spadł na miejsce, z którego umknęli zwycięscy.
— Unkasie — rzekł Sokole-Oko — śpiesz do łódki i przynieś mi ładownicę i rożek z prochem, bo już mi wszystkie ładunki wyszły.
Młodzieniec pobiegł szybko spełnić ten rozkaz. Myśliwiec szukał jeszcze po kieszeniach, ale nadaremnie, gdy usłyszano okrzyk Unkasa, nie wróżący nic dobrego. Hejward przerażony, zapominając o niebezpieczeństwie, wybiegł z jaskini, za nim pośpieszyli Wielki-Wąż i myśliwiec, a nawet dwie siostry i Dawid, którego rana była lekka.
Najsmutniejszy widok przedstawił się ich oczom: łódka, w której znajdowały się resztki prochu i kul odpływała szybko, widocznie popychana niewidzialną ręką. Gdy już dostatecznie się oddaliła, czarna głowa podniosła się przy niej nad powierzchnię wody i głośny śmiech dał się słyszeć.
— Tak, śmiejcie się łotry, macie z czego! — mówił myśliwiec z boleścią — najlepsze trzy strzelby, jakie kiedykolwiek grzmiały w tej puszczy, teraz tyle warte, co ździebełka słomy. Wszystko więc skończone. Co do mnie, potrafię mężnie umrzeć, jak na białego człowieka przystało. Wielki-Wąż umrze po swojemu.
— Pocóż macie umierać? — odezwała się Kora, — wszak macie przed sobą rozległe lasy, czemużbyście w nich nie szukali schronienia?
— Huroni nadto są przebiegli, — rzekł Sokole-Oko, kręcąc głową — oni nas nie dopuszczą do lasu.
— To spróbujcie ratować się wpław przez rzekę.
— A cóż powiemy, gdy komendant Munro zapyta nas o swoje córki?
— A więc do niego właśnie spieszcie, powiedźcie mu, aby przybył na ratunek swoim dzieciom, które Huroni uprowadzą w głąb puszczy. Któż wie, czy nie przybędzie w porę, a gdyby się spóźnił, zanieście mu ostatnie pożegnanie i ostatnie modlitwy kochających córek.
– Rozum przemawia czasem i przez usta młodzieży — rzekł myśliwiec po chwili namysłu. Potem naradził się pocichu z Mohikanami. Wielki-Wąż założył za pas swój nóż i siekierę wojenną, wysunął się cicho z jaskini i wskoczył w nurty rzeki. Myśliwiec wahał się jeszcze, przystąpił do dziewcząt i rzekł:
— Jeśli was uprowadzą w lasy, starajcie się jak najwięcej gałązek łamać po drodze i stąpać tak, aby ślady zostały na ziemi.
Uścisnął serdecznie rękę Kory, wziął strzelbę do ręki, popatrzył na nią ze smutkiem i złożył w kącie jaskini. Wyszedł potem tąż samą drogą, gdzie znikł przed chwilą Wielki-Wąż i wskoczył co rzeki. Unkas patrzał na to w milczeniu, lecz sam nie ruszał się z miejsca.
— Czegóż czekasz, młodzieńcze? — rzekła Kora, zbliżając się do niego — śpiesz do naszego ojca; tu nam nic nie pomożesz, a jako wierny posłaniec, będziesz wybawcą naszym.
Młody Indyanin nic nie odpowiedział, lecz oddalił się szybko i znikł tąż samą drogą.
— A ty, Hejwardzie — rzekła Kora do mayora — czyż nie jesteś także wybornym pływakiem? czemuż się nie ratujesz za przykładem tych ludzi?
— Takie wyobrażenie ma Kora o opiekunie swoim? — wyrzekł Hejward z goryczą.
Kora nie powiedziała nic więcej, zbliżyła się tylko do płaczącej siostry i tuliła ją czule do siebie.

II.

W jaskini zapanowała teraz cisza głęboka, nie trwała jednak długo. Wściekłe wrzaski Huronów odezwały się znowu i zbliżały szybko. Hejward zaprowadził towarzyszki swoje do drugiej jaskini, ukrytej w głębi skały, gdzie spoczywał ranny Dawid. Kryjówka ta mogła ujść przed wzrokiem dzikich, gdyby się nawet dostali do podziemia.
Nakoniec głosy napastników dały się słyszeć tak wyraźnie, że już nie można było wątpić o obecności ich na wysepce. W parę chwil później wkroczyli do podziemia i Hejward, stanąwszy przy szczelnie osłoniętym otworze, który łączył obie jaskinie, mógł słyszeć ich wykrzykniki. Po kilkakrotnie powtarzany z radością okrzyk: “Długa Rusznica! Długa Rusznica!” zwrócił jego uwagę. Słyszałem bowiem, że był to przydomek sławnego myśliwca, który ogromne usługi oddawał wojskom angielskim. Teraz dopiero domyślił się, że to on właśnie był ich przewodnikiem i dał im schronienie w tej jaskini. Huroni poznali strzelbę jego, pozostałą w kącie.
Zgraja dzikich z hałasem plądrowała w podziemiu, rozrzucając skwapliwie gałęzie, nagromadzone po kątach. Otworu, który prowadził do kryjówki, nie spostrzegli wcale, a nawet lepiej go jeszcze przysłonili sami, składając w tem miejscu gałęzie w stos ogromny. Nie znalazłszy nic, oddalili się wreszcie i znowu cisza głęboka zaległa wszędzie. Hejward zaczynał się uspakajać.
— Dzięki Bogu! — szepnęła Alicya — jesteśmy ocaleni. Ukochany ojciec nie będzie płakał po nas.
Lecz zaledwie wymówiła te słowa, gdy bladość śmiertelna lica jej pokryła, a ręce, przed chwilą do nieba wzniesione, kurczowo wyciągnęły się w stronę, gdzie druga szczelina w skale wychodziła na rzekę. Hejward spojrzał tam i z przerażeniem zobaczył dziką twarz Chytrego-Lisa, przewodnika, który ich zdradził i wydał na łup wrogom. Zapominając o wszystkiem jedynie żądzą zemsty wiedziony, mayor podniósł pistolet i strzelił. Gdy dym się rozproszył, nie było już w otworze nienawistnej twarzy. Hejward poskoczył tam, wyjrzał i miał czas jeszcze zobaczyć, jak ciemna postać, pełzając jak wąż, spuszczała się ze skały i znikła na jej zakręcie. Groźna cisza trwała przez chwil kilka, lecz wnet straszliwa zgraja dzikich z hałasem i wrzaskiem wpadła do jaskini i otoczyła bezbronnych więźniów.
Podczas gdy wszyscy biegali, jak szaleni, szukając po kątach zdobyczy, Chytry-Lis stał spokojnie i z uśmiechem zadowolenia spoglądał dokoła. Przystąpił nareszcie do Hejwarda i rzekł po angielsku:
— Huroni szukają Długiej-Rusznicy. Ci, którzy go ukryli, krwią odpowiedzą za niego.
— Nikt go dosięgnąć nie zdoła — odrzekł Hejward. — Gdy mu zabrakło prochu, umknął, rzucając się wpław do rzeki.
— A czy Mohikanie umieją pływać tak dobrze, jak przeciskać się przez gęstwiny leśne? Gdzie jest Wielki-Wąż?
— Umknął także wpław.
— A Jeleń-Chyży?
— Nie wiem, kogo nazywasz Chyżym-Jeleniem.
— Unkas, młody Mohikanin — rzekł Magua — w języku czerwonoskórych tak się zowie.
— Ten młodzieniec uratował się tak samo, jak i tamci.
Huroni czekali w milczeniu końca rozmowy, gdyż nie rozumieli po angielsku; ale gdy wódz im powtórzył słowa Hejwarda, wpadli w straszną wściekłość i podnieśli wrzask przeraźliwy. Uspokoiwszy się nieco, wyprowadzili więźniów z podziemia i kazali im wsiąść do łódki, za pomocą której dostali się na wysepkę. Jeden z Indyan wsiadł z nimi, jako sternik, reszta wskoczyła do wody i wpław zdążała za łódką. Wylądowano na tem samem miejscu, gdzie dnia poprzedniego spuszczał czółenko swoje myśliwiec. Konie Huroni zabrali po drodze. Potem gromadka dzikich się rozdzieliła; wódz wsiadł na wierzchowca Hejwarda i odjechał, zabierając z sobą większą część swoich ludzi; jeńcy pozostali pod strażą sześciu Indyan, na czele których stanął Chytry-Lis.
Kazano obu siostrom wsiąść na konie; Hejward i Dawid szli obok nich pieszo; Indyanie uszykowali się dokoła i orszak w milczeniu puścił się w drogę. Kora przypomniała sobie ostatnie słowa myśliwca i próbowała chwytać gałązki, aby je obłamywać. Ale zauważyli to natychmiast Indyanie i nie dozwolili jej wykonać zamiaru. Nie mogli jeńcy nawet liczyć na ślady koni, ponieważ i wódz ze swoją gromadką zostawiał takież same za sobą.
Po kilku godzinach Huroni zatrzymali się na wypoczynek, wybierając do tego niewielkie wzgórze w miejscu, gdzie las był znacznie przerzedzony. Uwiązano konie do gałęzi, dzicy zasiedli w cieniu ogromnego buku i rozłożyli zapasy żywności. Tylko Magua nic nie jadł; był posępny i zamyślony. Hejward nie spuszczał go z oka i nieznacznie się do niego podsunął.
— Komendant fortu Wiliama ucieszyłby się bardzo, gdyby zobaczył swoje córki, zanim druga noc upłynie. Toby go do tem większej wspaniałomyślności pobudziło.
— Odejdź! — rzekł Huron z niewzruszonym spokojem — i powiedz dziewczynie o czarnych włosach, że Chytry-Lis chce mówić z nią samą.
Hejward sądził, że Indyanin chce się umówić o nagrodę ze starszą córką komendanta, pośpieszył więc do Kory i prosił, aby była roztropną i ostrożną. Młoda dziewczyna odważnie przystąpiła do Hurona.
— Przyszłam wysłuchać — rzekła z powagą — co Lis-Chytry ma do powiedzenia córce komendanta Munro.
— Słuchaj! — mówił Indyanin — stary wojownik, twój ojciec, był dowódcą indyjskich oddziałów. Co on rozkazał my wykonywaliśmy posłusznie. Wydał rozkaz, aby każdy Indyanin, który wypije zadużo wody ognistej i wejdzie pod namioty angielskich wodzów, srogo był karany. Magua popełnił szaleństwo, upił się wodą ognistą i wszedł do mieszkania komendanta Munro... Córka siwego wodza wie zapewne, co się wówczas stało. Wódz Huronów przywiązany był do pala wobec wojowników białych i bity rozgami, jak pies podły.
— Jeżeli ojciec mój był niesprawiedliwym — rzekła Kora z trwogą w sercu — potrafi to naprawić i obsypie cię darami, gdy mu córki jego odprowadzisz.
— Słuchaj — mówił dalej Huron — niech dziewczę o jasnych włosach powraca do ojca i powie całą prawdę staremu. Ale czarnowłosa córka angielskiego wodza zostanie na zawsze w mojej chacie i będzie moją żoną. Chcę, aby córka komendanta Munro nosiła mi wodę, uprawiała mi ogród i przyrządzała zwierzynę.
— Potworze! — zawołała Kora oburzona. — Sam szatan nie wymyśliłby straszniejszej zemsty. Ale moc twoja nie sięga tak daleko; ja ci pokażę, że potrafię być godną córką dzielnego wojaka i nie ulęknę się ciebie.
Huron szyderskim uśmiechem odpowiedział na to i dał znak, że rozmowa skończona. Poszedł potem do towarzyszów, zaczął przemawiać do nich, przypominając wszystkie krzywdy, jakich doznali od tych, których obecnie mieli w swoich rękach. Wyliczał okropne szczegóły niedawnej walki; jak najdzielniejsi wojownicy zginęli od kul angielskich, jak młody oficer strącił własną ręką jednego z nich w przepaść, a drugi spadł w otchłań wodną, ugodzony śmiertelnie. Gdy skończył, cała zgraja z wrzaskiem przerażającym otoczyła jeńców, dobyto nożów i dwóch Huronów rzuciło się na Hejwarda i Dawida, wyzywając ich do walki. Obaj bronili się dzielnie, w końcu jednak Dawid padł na ziemię nawpół żywy, a Hejwarda uwiązano mocno sznurami do drzewa. Nie wątpił już ani na chwilę o okrutnej śmierci, jaka go czekała, bolał tylko nad losem nieszczęsnych swych towarzyszek. Huroni uwiązali tak samo do drzew obie dziewczyny i Dawida. Alicya drżała, jak listek, psalmista odważnie spoglądał dokoła.
— Alicyo! — rzekła Kora, zwracając się do siostry — Huron ofiarował mi ocalenie dla ciebie i Hejwarda, przyrzekł odprowadzić was natychmiast do obozu naszego ojca, pod warunkiem, że ja z nim pozostanę na zawsze, że... będę jego żoną.
— Nigdy! lepsza śmierć! — zawołała Alicya z żywością — gińmy razem, siostro.
— A więc giń! — krzyknął Chytry-Lis i z zamachem straszliwym cisnął siekierę swoją w drzewo, do którego Alicya była przywiązana. Siekierka przeleciała przed oczyma mayora, odcięła promień jasnych włosów dziewczyny i utkwiła w pniu drzewa ponad jej głową. Rozpacz dodała sił młodzieńcowi; zerwał nagle swoje więzy i rzucił się na drugiego Indyanina, który podniósł siekierkę za przykładem Lisa. Po krótkiej walce, obaj zapaśnicy padli na ziemię, ale nagi Indyanin wyśliznął się jak wąż z rąk Hejwarda: przycisnął pierś jego kolanem i już nóż podniósł do góry, gdy wtem kula świsnęła tuż koło ucha mayora, strzał przebił powietrze i Huron, wykrzywiając się okropnie, runął na ziemię.
Na ten widok niespodziewany Huroni stanęli, jak wryci. Gdy oprzytomnieli po chwili, ze wszystkich ust wyrwał się okrzyk: “Sokole-Oko!” Odpowiedział na to inny krzyk donośny, wychodzący z pobliskiej gęstwiny, gdzie dzicy złożyli swoje strzelby. Huroni podnieśli wrzaski rozpaczliwe, widząc, że nieprzyjaciel broń ich opanował, a w tejże chwili myśliwiec Sokole-Oko wyskoczył z gąszczów, trzymając siekierkę w ręku. Biegł szybko, a jednak wyprzedził go młodzieniec czerwono-skóry, dziwacznie umalowany i z nożem podniesionym groźnie stanął przy drzewie, do którego uwiązana była Kora. Za nimi zdążał trzeci towarzysz, ogromny Indyanin, umalowany tak samo, jak młodzieniec. Huroni cofnęli się przerażeni, powtarzając po kilkakrotnie imiona dobrze znane: “Chyży-Jeleń! Wielki-Wąż!”
Tylko Chytry-Lis nie stracił głowy, pochwycił swój długi nóż i z przeraźliwym okrzykiem rzucił się na Wielkiego-Węża. Dwaj zapaśnicy warci byli w tej chwili swych imion: tarzali się po ziemi, krwią zalanej, kłęby kurzawy i suchych liści unosiły się nad nimi, a ruchy ich były tak gwałtowne, że przyjaciele, którzy na pomoc nadbiegli, nie mogli znaleźć chwili sposobnej, aby ugodzić w Hurona. Rysy jego wściekłością wykrzywione, oczy błyszczące, jak węgle rozżarzone, migały przed nimi, a ile razy Unkas lub Hejward podnosili siekierki, lub myśliwiec kolbą się zamierzał, pojawiała się na tem samem miejscu twarz Mohikanina. Musieli więc stać i patrzeć bezczynnie. Udało się nakoniec Wielkiemu Wężowi oswobodzić rękę, w której trzymał nóż i ostrze jego pchnąć w bok przeciwnika. Magua padł na wznak i ani drgnął. Zerwał się zwycięzca na nogi i okrzyk zwycięstwa rozległ się po lesie: “Chwała Mohikanom!” Tak samo wołał myśliwiec, gdy nagle Chytry Lis z szybkością błyskawicy dał kozła w bok i w kilku susach zniknął w gęstwinie leśnej.
— Ha, gracko się spisał! — rzekł Sokole Oko — teraz go nie dogonimy, ale już nam szkodzić nie zdoła; jest bezbronny.
Trudno opisać uniesienia radości dwóch młodych dziewcząt i wdzięczność ich dla wybawców, którzy je od niechybnej śmierci ocalili. Kora uwolniła już z więzów ukochaną siostrę, a myśliwiec podążył odwiązać Dawida.
— Odzyskałem wierną przyjaciółkę, moją długą rusznicę! — mówił Sokole-Oko, oglądając z rozrzewnieniem broń swoją, którą dzicy wraz z własną złożyli w gęstwinie. — Huroni są chytrzy, a jednak popełnili nieroztropność, wypuszczając broń z ręki.
Mówiąc to, poszedł z towarzyszami przeszukać lepiej kryjówkę leśną; znaleźli tam strzelby Wielkiego Węża i Unkasa, dwie inne dla majora i Dawida i oprócz tego spory zapas kul i prochu. Gdy już wszyscy byli uzbrojeni, myśliwiec zaczął naglić do podróży. Odszukano i konie dwóch sióstr. Sokole-Oko szedł naprzód, wskazując drogę, a Mohikanie zamykali pochód.
— Jakimże sposobem to się stało — zapytał Hejward — żeście tak śpiesznie przybyli i czemu nie przyprowadziliście na pomoc żołnierzy z twierdzy?
— Nie bylibyśmy nigdy na czas zdążyli; twierdza jest za daleko, woleliśmy z bliska czuwać nad wami.
— Jakto? więc widzieliście wszystko, co się działo z nami?
— Domyślaliśmy się tego przynajmniej; słyszeliśmy wrzaski Huronów, ale unikaliśmy starannie ich wzroku. Pełzaliśmy jak węże wśród gęstwiny i dzięki Bogu nie straciliśmy śladu i przybyliśmy w porę.
Myśliwiec postępował krokiem pewnym, kiedy niekiedy zatrzymując się, patrzał na zachodzące słońce, to znów uważnie oglądał korę drzew. Po pewnym przeciągu czasu odszukał już zapewnie drogę dobrze znaną, bo przyśpieszył kroku, i nie oglądnął się już więcej ani razu.
Nim noc zapadła zupełnie, podróżni ujrzeli przed sobą rozwalony budynek. Był to szałas sklecony na prędce, później opuszczony. Gromadka podróżnych znalazła tam nocleg dość wygodny i bezpieczny, a dnia następnego wyruszono o świcie i jeszcze słońce nie weszło, gdy dwie siostry z uczuciem niewymownej radości ujrzały z daleka baszty obronnej twierdzy, w której przebywał ich ojciec.
Nie upłynęło godziny, a uszczęśliwione dziewczęta znalazły się w objęciach starego pułkownika, który w uniesieniu radości przyciskał je do piersi, a grube łzy spływały po jego pomarszczonej twarzy i siwych wąsach.
— O dzięki ci, Boże! — wołał głosem wzruszonym — żeś mi wrócił moje drogie ukochane dzieci! I wam dzięki zacni, szlachetni wybawcy! — mówił ściskając ręce myśliwca i jego dzielnych towarzyszów.


. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Upłynęło dni kilka w spokoju, pośród radości i opowiadań o przebytych niebezpieczeństwach, gdy dnia pewnego przyniesiono pułkownikowi list, w którym jenerał Webb polecał mu natychmiast wyjść z częścią oddziału, dla objęcia dowództwa nad innym fortem, leżącym dalej na południu.

Zaraz nazajutrz o świcie oddział, z trzech tysięcy ludzi złożony, wyruszył z bram twierdzy; pułkownik i major szli na jego czele. Za nim postępowały wozy z rzeczami — a na samym końcu w pewnem oddaleniu szły obok małego wózka Kora i Alicya pod opieką Dawida w otoczeniu licznej gromadki kobiet i dzieci, gdy pomiędzy żołnierzami było dużo żonatych. Gdy oddział wkroczył w las, nagle z pomiędzy drzew zaczęli się wysuwać Indyanie, zrazu pojedynczo, potem coraz liczniejszemi gromadkami. Kora z nieopisanem przerażeniem poznała między nimi Chytrego Lisa który na jej widok wydał dziki okrzyk radości, a po chwili drugi straszliwszy jeszcze okrzyk wojenny. Niezliczone tłumy Indyan wyległy z gąszczów leśnych i rzuciły się na oniemiałą ze strachu gromadkę. Zanim się kobiety opamiętały i krzyknęły o ratunek, Magua Chytry-Lis pochwycił Korę i biegł z nią w gęstwinę.
— Teraz nie umkniesz już z chaty Hurona! — wołał ze śmiechem szatańskim. Odważna dziewczyna wyrwała się z rąk jego i zaczęła uciekać, on wówczas porwał omdlałą Alicyę i pobiegł z nią w las jak szalony.
— Nędzniku! — krzyknęła Kora i puściła się za nim. Magua dopadł wąwozu, gdzie stał inny Huron trzymając trzy konie. Dawid strapiony i przerażony, nie mogąc przeszkodzić porwaniu, biegł także za Korą, krzycząc i zaklinając Hurona, aby się opamiętał.

Chytry Lis nie zważał jednak na niego wcale, lecz z Korą wskoczył na konia; omdlałą siostrę dał drugiemu Huronowi; następnie pochwycił cugle i szybko popędził konie w gęstwinę leśną. Dawid czemprędzej dopadł swego konia i podążył za nieszczęśliwemi dziewczętami.
III.

Nad wieczorem tego samego dnia przed zachodem słońca, pięciu ludzi szło ścieżyną przez las w stronę, gdzie znikli Huroni. Byli to dwaj Mohikanie, ojciec ich i syn, potem przyjaciel ich myśliwiec, a nakoniec sędziwy pułkownik Munro i major Hejward. Nieszczęsny ojciec oddawszy komendę nad oddziałem innemu oficerowi, szukał zaginionych swych dzieci, major przyłączył się do niego, a trzej dzielni mieszkańcy lasów przyrzekli im swą pomoc.
— O, gdybym mógł odgadnąć, gdzie są ukochane moje córki! — mówił starzec żałośnie.
— Cierpliwości — mówił Sokole-Oko — musimy na ich ślad natrafić.
— Patrzcie! patrzcie! — wołał Unkas i podniósł w górę strzępek gazy, oderwany od zasłony Kory, zawieszony na gałęzi.
— A ja tu widzę ślad stopy męskiej — ozwał się Hejward, pochylony ku ziemi. Młody Mohikanin przykląkł i obejrzał ślad z wielką uwagą.
— To stopa Chytrego Lisa — rzekł po chwili.
— Nie mylisz się Unkasie — powiedział myśliwiec. Tak często goniliśmy za tym łotrem, że znamy już dobrze ślady jego stóp. Niema wątpliwości, że młoda dziewczyna o czarnych włosach przechodziła tędy i Magua był przy niej.
— Musi być w jego mocy, ale co się stało z Alicyą?
— Dotąd nie natrafiliśmy jeszcze na ślad jasnowłosej — rzekł myśliwiec rozpatrując się starannie w zaroślach — ale cóż tam leży pod krzakiem? Aha, to piszczałka tego śpiewaka.
— A oto ślad nogi obutej — mówił Hejward — może to trzewik Dawida.
— Broń Boże! — rzekł Sokole-Oko — gdzieżby jego łapa tu się pomieściła; to trzewiczek dziewczyny czarnowłosej.
— O pokażcie mi ślad stopy mego dziecka — ozwał się stary wojak i przyklęknąwszy, całował ze łzami miejsce, na którem spoczęła drobna nóżka dziewczęcia.
— Czyż nie znajdziemy nigdzie śladów Alicyi? — powtarzał Hejward ze smutkiem.
— Cierpliwości — mówił myśliwiec — oto Unkas podniósł jakiś przedmiot błyszczący. Pokaż nam to młodzieńcze.
Hejward poznał na pierwszy rzut oka medalion, który Alicya miała tego rana na szyi. Młodzieniec zaczął naglić towarzyszów do pośpiechu, ale powstrzymał go roztropny myśliwiec.
— Już się ściemnia — rzekł — pośpiech jest bardzo dobry, jeżeli się na co przydać może; teraz darmobyśmy tylko wyczerpali siły, które jeszcze do długich i mozolnych poszukiwań będą nam potrzebne. Cierpliwością więcej dokażemy, musimy więc szukać sobie noclegu.
Przenocowawszy w zaroślach, gromadka podróżnych nazajutrz o świcie wyruszyła w dalszą podróż. Przez cały dzień przechodząc przez dzikie lasy i gąszcze niedostępne, Sokole Oko z przenikliwością niepojętą odnajdywał ślady dwóch dziewcząt i Chytrego Lisa. Unkas dzielnie mu w tem dopomagał.
Wieczór się przybliżał, niepokój nieszczęsnego ojca wzrastał z każdą chwilą. Myśliwiec zaczął iść tak szybko, że komendant i Hejward zaledwie podążyć za nim zdołali. Po pewnym przeciągu czasu zwolnił znów kroku; nakoniec zatrzymał się, czekając na towarzyszów.
— Czuję Huronów w pobliżu — rzekł — drzewa zaczynają się przerzedzać, niebo ukazuje się ponad wierzchołkami, tam dalej musi być rozległa łąka; miejmy się na baczności, abyśmy nie wpadli przedwcześnie do obozu nieprzyjaciela. Potem zwracając się do Mohikanów, dodał: — Niech Wielki-Wąż wejdzie na ten wzgórek po prawej stronie, a Unkas na ten drugi po lewej, ja zaś pójdę środkiem szukać śladów.
Mohikanie spełnili rozkaz w milczeniu, a dwaj wojskowi poszli za myśliwcem. Drzewa przerzedzały się coraz więcej; po chwili myśliwiec zwrócił się na prawo, a majora prosił, aby zaczekał na niego na końcu lasu, gdzie rosły już tylko niskie krzaki. Hejward wszedł na niewielkie wzgórze, skąd rozległy i wspaniały widok roztaczał się na okolicę. Drzewa na znacznej przestrzeni były wycięte, a zachodzące słońce padało wprost na wielką dolinę; płynął po niej strumień przejrzysty i spadał w szerokie zagłębienie, tworząc jeziorko, które wyglądało zupełnie, jak sadzawka, ludzką ręką urządzona. Na wybrzeżach jeziorka, a nawet na wodzie w pobliżu brzegów wznosiły się domki ze szczytami zaokrąglonymi. Wyglądały z nich jakieś czarne, kędzierzawe głowy. Major spoglądał niespokojnie na to dziwne widowisko, gdy nagle spostrzegł w oddaleniu Indyanina, stojącego pośród tych mieszkań i przyglądającemu się im z widocznem zajęciem. Był on cały dziwacznie wymalowany i okryty łachmanami. Młodzieniec ukrył się za krzakiem, a wtem ujrzał przy sobie myśliwca i wskazał mu w milczeniu tę postać. Sokole Oko podniósł strzelbę, lecz spuścił ją po chwili, mówiąc:
— To nie jest Huron; nie należy on także do żadnego innego plemienia kanadyjskiego.
— Dziwi mię — rzekł Hejward — że dotąd nas nie spostrzegł i nie dał znać towarzyszom w tych domkach ukrytym.
Myśliwiec roześmiał się, ale tak cicho, że go wcale słychać nie było.
— Otóż to jest nauka, którą ludzie czerpią w szkołach, nie wydalając się ze swoich miast murowanych. Pójdę ja tymczasem, zakradnę się do tego hultaja i chwycę go za te długie nogi, tylko nie strzelaj pan do niego.
Ale w miarę, jak Sokole Oko zbliżał się do Indyanina, zaczął iść śmielej i śpieszniej, nakoniec dotknął tylko jego ramienia, mówiąc:
— Cóż to, przyjacielu, czy bobry uczysz psalmy śpiewać?
Wielkie było zdziwienie Hejwarda, gdy się dowiedział, że to, co wziął za osadę indyjską, była to po prostu osada bobrów, które tu sobie urządziły staw i groblę. W mniemanym Indyaninie poznał teraz Dawida psalmistę i skoczył go powitać. Myśliwiec śmiał się ciągle serdecznie i nakoniec zapytał Dawida:
— Powiedz-że mi najpierw, co się stało z dziewczętami?
— Są w niewoli pogańskiej — odrzekł tamten. — Wódz tych dzikich ludzi poszedł na łowy, a jutro udamy się dalej w głąb lasów. Starszą siostrę zabrano aż tam za góry, do innego plemienia, młodsza jest stąd niedaleko u Huronów.
— A jakimże sposobem pozwolono ci odejść swobodnie samemu? — zapytał Hejward.
Myśliwiec dotknął palcem czoła z uśmiechem znaczącym i rzekł.
— Indyanie nie czynią nigdy krzywdy ludziom, którym braknie tego...
Nadszedł tymczasem i pułkownik, zarzucono Dawida pytaniami, a on opowiedział, co następuje:
Magua początkowo ukrywał się w pobliżu twierdzy. Dopiero potem oddalił się niepostrzeżony. Nie zważał wcale na Dawida, który jechał w ślad za nim. Gdy przybyli do głównego obozu Huronów, Kora musiała odjechać do dalszej osady, gdzie był także i Dawid. Nie umiał jednak opowiedzieć dokładnie, jak wyglądali Indyanie tego plemienia. Gdy jednak Sokole-Oko zaczął się rozpytywać, jak się ci dzicy ubierają i malują, rzekł Dawid.
— Mało mnie wprawdzie obchodzą takie drobnostki, spostrzegłem jednak, że mają na ciele osobliwsze figury zwierząt.
— Może węże? — spytał myśliwiec.
— Nie, podobniejsze to jest do żółwi.[4]
— Ho, ho! — wykrzyknęli obaj Mohikanie razem.
— Jest to odkrycie, które nie wiem jeszcze, czy nam wyjdzie na złe, czy na dobre — mówił Sokole-Oko zamyślony. — Smutne są to dzieje. Część Delewarów oddzieliła się od braci swoich i to plemię właśnie nosi znak żółwia. Wielki Wąż, który jest potomkiem bardzo dawnego i znakomitego rodu ma prawo do godności wodza w plemieniu Żółwi.
— A więc Kora jest u tych Delewarów?
— Widocznie i sądzę — mówił dalej Sokole-Oko po chwili namysłu — że przedewszystkiem trzeba śpiewaka odesłać do Indyan, aby uwiadomił kobiety o naszej obecności w pobliżu. My się tu usadowimy, a on na znak umówiony będzie tu do nas przychodził, i donosił nam o tem, co się dziać będzie.
— Słuchaj więc, gdy usłyszysz trzykrotne wołanie kukułki, śpiesz natychmiast do miejsca, skąd się odezwie.
— Stójcie — przerwał Hejward — ja chcę iść z Dawidem. I ja także mógłbym się przebrać, wymalować, udawać waryata i tym sposobem dostać się do Huronów. Oni mnie przecież nie pożrą, skoro nie pożarli naszego śpiewaka. Kora jest u Delewarów, wy obmyślcie zatem sposób wydobycia jej stamtąd, ale Alicya pozostaje w rękach najzawziętszych wrogów naszych, Huronów. Jestem żołnierzem i nie zbywa mi na odwadze; pójdę tam śmiało, a może mi się uda ją uratować.
Sokole-Oko, spoglądając z upodobaniem na młodzieńca, któremu z oczu patrzała nieustraszona odwaga, uśmiechał się i mówił:
— Nikt nie powstrzyma jelenia, gdy ma ochotę wskoczyć do wody. Wielki-Wąż ma zapas farb przy sobie i zna się dobrze na sztuce malowania ciała. Siadaj pan tam pod drzewem, a on z pana zrobi tak pysznego waryata, że wszystkich w pole wyprowadzisz.
Wielki-Wąż zabrał się niezwłocznie do dzieła, wymalował całą twarz młodzieńca tak cudacznie, że nadał jej wyraz wesoły i błazeński, jaki zazwyczaj miewają kuglarze. Mayor miał teraz na sobie odzienie cywilne, a ponieważ umiał doskonale po francusku, więc mógł śmiało udawać takiego wędrownego kuglarza. Uradzono później, ażeby pułkownik Munro został w tem ustroniu, pod opieką Wielkiego-Węża. Sokole-Oko zaś z Unkasem postanowili pójść na zwiady do osady plemienia Żółwi. Zanim się rozstali, myśliwiec zalecił raz jeszcze mayorowi jak największą ostrożność — ten uścisnął serdecznie dłoń zacnego Mohikanina, którego pieczy pozostawiał sędziwego swego przyjaciela, potem każdy poszedł w swoją stronę.
Hejward kroczył szybko obok Dawida, który wskazywał mu drogę “do obozu Filistynów”, jak mówił. Nie bez obawy puszczał się młodzieniec na te niebezpieczne przygody, ale nie dbał o własne niebezpieczeństwo; szło mu tylko o powodzenie przedsięwzięcia, o wyrwanie Alicyi z rąk dzikich.
Wkrótce ujrzeli przed sobą gromadkę dziatwy indyjskiej, która na widok ich zaczęła umykać z wrzaskiem przeraźliwym. Wrzask ten wywabił z mieszkań ze dwustu wojowników, którzy w postawie nieruchomej czekali zbliżenia się dwóch przybyszów. Dawid, obyty już z miejscowymi zwyczajami, szedł prosto do najobszerniejszej chaty, gdzie zwykle odbywały się narady starszyzny i rozmaite zebrania publiczne. Hejward z trudnością zdołał zachować minę obojętną, wszedł do środka chaty i, naśladując we wszystkim Dawida, usiadł w kącie na pęku gałęzi.
Wysunął się natychmiast z drugiego kąta stary, osiwiały Indyanin i przemówił do niego w języku Huronów. Hejward pokręcił głową na znak, że nie rozumie, a po chwili odezwał się po francusku:
— Czy nikt nie potrafi rozmówić się ze mną w języku, którego używa wielki ojciec, gdy przemawia do swych indyjskich dzieci?
Dzicy nazywali wielkim ojcem wielkorządcę francuskiego, część bowiem Ameryki północnej należała wówczas jeszcze do Francyi.
— Czemuż wielki ojciec nie mówi do Huronów w ich własnym języku? — odparł stary wojownik łamaną francuzczyzną.
— Bo — ciągnął Hejward powoli i dobitnie, ażeby go należycie zrozumiano — jeszcze się go dobrze nie nauczył. Ale on swoich Huronów kocha więcej od innych dzieci. Oto i teraz przysłał mię do nich i kazał zapytać, czy niema tu pomiędzy nimi chorych, bo wielki ojciec wie, że nikt lepiej ode mnie nie posiada sztuki lekarskiej.
— Biali ludzie nie malują zazwyczaj twarzy, ale chełpią się swoją bladością.
— Często jednak wodzowie indyjscy wkładają na siebie odzienie białych ludzi, gdy przychodzą do mieszkań ojców swych białych — mówił Hejward śmiało i dobitnie — ja też umalowałem twarz swoją na znak przyjaźni dla moich indyjskich braci.
Mowa ta widocznie dobre sprawiła wrażenie i wywołała szmer zadowolenia, gdy wtem straszliwy hałas dał się słyszeć na dworze; dzikie jakieś wrzaski, piskliwe głosy kobiet mieszały się z męskimi, tworząc chór prawdziwie piekielny. Indyanie szybko wybiegli z chaty, a Hejward wysunął się za nimi. Jeszcze było dosyć widno wśród wieczornego zmroku, mógł więc dojrzeć, że ta gromada wojowników powracała z jakiejś wyprawy. Każdy trzymał w ręku krótki kij, na którym zatknięte były skalpy, to jest skóry z włosami, zdjęte z czaszek zwyciężonych nieprzyjaciół, jak to jest we zwyczaju u czerwonoskórych. Wszyscy ci wojownicy ustawili się w dwa szeregi, pozostawiając wązkie przejście pomiędzy sobą, a każdy trzymał w ręku nóż. Kobiety chwytały także to noże, to siekierki i przyłączały się do nich, chcąc mieć udział w straszliwem widowisku, które się gotowało. W głębi widać było dwóch ludzi, stojących osobno. Trudno było wśród zmroku rozpoznać ich rysy, lecz mayor spostrzegł odrazu, że jeden z nich trzymał się prosto i śmiałą miał postawę, podczas gdy drugi był skurczony w kabłąk i głowę pochylił na piersi.
I znowu podniósł się wrzask okropny: na to hasło pierwszy z tych dwóch ludzi ze zwinnością jelenia zaczął wyskakiwać pomiędzy dwoma rzędami uzbrojonych Indyan. Ale zamiast biedz prosto wśród nożów, których ostrza zwracały się ku niemu, dał nagle tak potężnego susa, że przeskoczył przez głowy wojowników i umknął w stronę.
Lecz kilku dzikich puściło się za nim w pogoń i pochwyciło go bardzo prędko; musiał więc powtórnie biedz przez środek owej gromady okrutników czychających na jego życie. W szalonym pędzie przebiegł tak blisko Hejwarda, że otarł się prawie o niego; olbrzymi Huron gonił tuż za nim z nożem w ręku i już miał mu zadać cios śmiertelny, gdy Hejward, zdjęty litością, podstawił nogę niby przypadkiem i obalił Hurona. Zbieg umknął znów z błyskawiczną szybkością i znikł z oczu mayora.
Ten przez chwilę sądził, że mu się ucieczka tym razem powiodła szczęśliwie, lecz wkrótce ujrzał go znowu stojącego spokojnie pod drzewem, do którego był sznurami przywiązany.
Stara kobieta z głownią zapaloną w ręku zbliżyła się do więźnia i zaczęła go obrzucać obelgami. On patrzał jej prosto w oczy z wyrazem najwyższej pogardy, a przy świetle płonącej głowni Hejward poznał ze zdumieniem i przerażeniem młodego Mohikanina, Unkasa...
Upłynęło chwil kilka, gdy sędziwy Indyanin zbliżył się do jeńca, odwiązał go i poprowadził za sobą do owej chaty, w której odbywały się wszelkie narady. Drugi młodzieniec, który przez cały ten czas stał zdaleka nieruchomy, schylony i przygnębiony, nie probując nawet ucieczki, poszedł teraz za nimi na skinienie starego wojownika. Hejward wcisnął się także do wnętrza chaty, gdzie zebrała się liczna gromada Indyan, wszyscy zasiedli dokoła i przez czas pewien panowało głębokie milczenie. Wreszcie jeden ze starszych wodzów podniósł głos, zwracając się do Unkasa.
— Delewarze! w plemieniu twojem niema mężnych wojowników, tylko same baby; a jednak ty postępujesz jak mężczyzna. Nie mogę cię poczęstować jedzeniem, bo musiałbym cię uważać potem za przyjaciela, lecz spocznij między nami do jutra rana, a usłyszysz swój wyrok. A teraz powiedz nam, jakim sposobem najdzielniejszy z Delewarów dostał się w nasze ręce?
— Bo gonił za podłym tchórzem i wpadł w zasadzkę — mówił Unkas, wskazując na młodzieńca, który stał w kącie, jakby przygnieciony swoją hańbą.
Wówczas ten sam stary wojownik, który przemawiał do Unkasa, zbliżył się do tego nieszczęśliwego z zapaloną pochodnią, a Hejward widział, że młody Huron drżał ze strachu.
— Trzcino chwiejna! — rzekł wódz — lepiej byłoby dla ciebie, gdybyś się był wcale nie rodził. Chociaż Wielki-Duch[5] dał ci postać wdzięczną, język masz wprawny, ale serce słabe i niedołężne ramię. Imię twoje nigdy więcej nie będzie wymówione wśród twojego plemienia — będziesz zapomniany na wieki!
Winowajca stał nieruchomy, a surowy sędzia podniósł nóż i utopił go w obnażonej piersi. Młody Huron padł bez życia u stóp Unkasa, który z dumą i obojętnością patrzał na niego. Po chwili Mohikanin nieznacznie przysunął się do Hejwarda i szepnął ledwo dosłyszanym głosem:
— Wyjdź i nie daj poznać po sobie, że znasz Unkasa.
Wolnym krokiem wysunął się mayor z chaty i zmieszał się z tłumem; nikt na niego nie zważał, chodził więc od chaty do chaty, wszędzie zaglądał, lecz nie odkrył żadnego śladu Alicyi. Stroskany, powrócił znowu do izby obrad, chcąc wyszukać Dawida, którego stracił z oczu, aby od niego się czegośkolwiek dowiedzieć. Zaledwie wszedł i usiadł na uboczu, gdy jeden z najstarszych wojowników zbliżył się do niego i zagadnął go w języku francuskim:
— Czy mądry cudzoziemiec, który umie leczyć różne choroby, nie mógłby poradzić co żonie jednego z naszych młodzieńców, którą zły duch opanował?
Hejward skinął głową na znak przyzwolenia. Wtem Huron ogromnego wzrostu ukazał się na progu, przeszedł w milczeniu przez środek chaty i usiadł przy nim, a mayor z nieopisanem przerażeniem poznał w sąsiedztwie swoim Chytrego-Lisa. Jeden z wodzów zbliżył się do nowego przybysza i mówił:
— Delewarowie krążą około mieszkań Huronów, jak niedźwiedzie, gdy miodu szukają, ale Huroni podejść się nie dadzą. Jeden z nich tu jest.
— A czy zdjęto mu skalp z głowy?
— Nie — odrzekł tamten, wskazując na Unkasa, który stał ciągle nieruchomy i wyniosły — ma nogi bardzo zwinne, chociaż ręce jego nie stworzone do broni.
Magua i Unkas zmierzyli się oczyma. Młody Mohikanin, wyprostowany dumnie, z czołem podniesionem, z rozdętemi nozdrzami, wyglądał, jak bohater prawdziwy; posępne rysy Chytrego-Lisa natomiast przybrały wyraz radości i wykrzyknął z tryumfem:
— Jeleń Chyży!
Na to imię, dobrze znane, wszyscy wojownicy hurońscy powstali i otoczyli Unkasa, który ich mierzył pogardliwym wzrokiem, nie okazując najmniejszego wzruszenia. Magua podniósł rękę do góry, potrząsnął nią gwałtownie i strasznym głosem zawołał:
— Musisz umrzeć Mohikaninie!
Szybkim ruchem zrzucił z ramion skórę zwierzęcą, którą był okryty, jak płaszczem i wymachując rękami z żywością, opowiadał wszystkie powody zemsty, jaką poprzysiągł temu młodzieńcowi. Opowiadał, ilu dzielnych Huronów zgładziła jego ręka, ile klęsk sprowadziła na całe plemię.
— Kości niepogrzebane braci naszych wołają na nas, abyśmy je pomścili. On musi zginąć, ale w dzień biały, przy świetle słońca, nie trzeba, by cienie nocy okryły trwogę jego śmiertelną. Zaprowadźcie go na noc do ustronnego miejsca, obaczymy, czy Mohikanin potrafi usnąć przed śmiercią.
Gdy skończył mówić, wodzowie rozchodzili się w milczeniu, a starzec, który przed przybyciem Chytrego-Lisa prosił Hejwarda o radę lekarską dla jakiejś kobiety, skinął teraz na niego i obaj wyszli razem. Huron omijał wszystkie chaty, do których mayor zaglądał już przedtem i skierował się do ogromnej skały, sterczącej na skraju lasu. Dziatwa indyjska wyprawiała tu swoje harce i bawiła się zapaleniem stosów suchych gałęzi. Przy blasku tych ogni, których promienie odbijały od białej skały, Hejward ujrzał na drodze przed sobą duży przedmiot czarny, poruszający się zwolna; za zbliżeniem poznał niedźwiedzia. Zwierz siedział na ziemi, przykucnięty w kłębek, kiwając głową kudłatą. Huron cofnął się zrazu, lecz gdy niedźwiedź nie okazywał żadnych nieprzyjaznych zamiarów, przeszedł obok niego spokojnie, a Hejward, który słyszał nieraz o tem, że Indyanie miewają niedźwiedzie oswojone, szedł za swoim przewodnikiem bez obawy. Obejrzawszy się, zobaczył niedźwiedzia, kroczącego poważnie w ślad za nimi. Mieszkanie, do którego Huron prowadził majora, wykute było w skale, nakształt groty i osłonięte u wejścia korą drzewną. Weszli tam obaj, a gdy chcieli zasunąć za sobą zasłonę z kory, ów niedźwiedź chwycił ją łapą i wszedł także do środka.
Chora leżała na posłaniu w głębi jaskini, a przy niej siedział Dawid, i półgłosem śpiewał psalmy. Hejward poznał od razu, że biedna kobieta była umierająca, i już zupełnie nieprzytomna, usiadł jednak przy niej i chciał rozpocząć jakie kuglarstwo, dla zmylenia czujności Hurona. Dawid tymczasem śpiewał ciągle, lecz jakież było jego zdumienie, gdy głos głuchy, jakby grobowy, wtórując mu, ozwał się z kąta. Hejward odwróciwszy się, ujrzał niedźwiedzia przytulonego w tym kącie, zaś Dawid przerażony zerwał się i uciekł, szepnąwszy tylko do majora: “Ona tu jest, czeka na ciebie!”
Huron nie zwracał najmniejszej uwagi na niedźwiedzia, lecz zbliżył się do Hejwarda i rzekł uroczyście:
— Mój brat nie chce przy świadkach pozywać swojej siły. Ja wychodzę, zostawiam go samego z chorą.
I wyszedł, a mayor ujrzał się sam z umierającą kobietą i drapieżnym zwierzem. Lecz obawa jego nie trwała długo; niedźwiedź podniósł przednie łapy do uszu, pociągnął je, a cała głowa kudłata spadła mu na plecy, jak kaptur i Hejward ujrzał przed sobą poczciwą twarz starego myśliwca.
— Co to jest! — zawołał — jak mogłeś się narażać na tak straszne niebezpieczeństwo i jakim sposobem zdołałeś oszukać tego Hurona, czyś go oczarował?
— Odgadłeś — mówił Sokole-Oko — chociaż przypadek mi w tem więcej posłużył, niż dowcip własny. Gdyście odeszli z Dawidem, ukryłem pułkownika i Wielkiego-Węża w mieszkaniach bobrów, a sam wybrałem się w drogę z Unkasem. Czy pan go tu nie widziałeś?
— Niestety jest schwytany i skazany na śmierć. Ma zginąć jutro rano.
— Przeczuwałem coś złego — mówił Sokole-Oko — ale zacznę opowiadać od początku. Spotkaliśmy w lesie tych kilka łotrów, a chłopak zwyczajnie gorączka zapędził się, goniąc za jednym z nich, który uciekał jak tchórz nikczemny. Gdy Unkas znikł mi z oczu, zacząłem zbliżać się ostrożnie do osady Huronów, aż tu w zaroślach, patrzę, ogromny drab, sławny czarownik, ubiera się w swoje kuglarskie szaty, w skórę niedźwiedzią. Palnąłem go lekko kolbą po głowie, a gdy padł odurzony, rozebrałem go, związałem mocno i pomyślałem sobie, że i ja potrafię być tak dobrym czarownikiem, jak i on. Ale nie mamy czasu do stracenia, gdzie jest ta młoda dziewczyna?
— Nie wiem, przeszukałem wszystkie chaty.
— Ona tu musi być, wszak śpiewak wyraźnie to powiedział.
— Biedak stracił głowę ze strachu i plótł ni w pięć ni w dziewięć.
— Kto wie; trzeba poszukać. W tej skale musi być kilka kryjówek; widzę nawet otwór u góry, zaraz ja się tam wdrapię.
I naśladując ociężały chód niedźwiedzia, Sokole-Oko zbliżył się do krawędzi skały, wdrapał się na nią zręcznie, zajrzał na drugą stronę i rzekł:
— Jasnowłose dziewczę jest tu rzeczywiście. Poszedłem sam do niej, żeby ją pocieszyć, ale widok drapieżnego zwierza przeraziłby biedne dziecko, zanimbym zdążył dać się poznać. Tu z boku jest szczelina, korą przykryta, możesz pan wejść wygodnie.
Hejward podniósłszy zasłonę z kory, przeszedł do drugiej jaskini, gdzie zastał Alicyę. Młoda dziewczyna wiedziała już przez Dawida o jego przybyciu.
— O byłam pewna, że mnie nie opuścisz, Hejwardzie — rzekła, wyciągając ręce do niego.
— Alicyo — mówił major — zbierz całą swoją odwagę. Z pomocą zacnego naszego przyjaciela, myśliwca, możemy się wymknąć z okrutnych rąk tych dzikich ludzi. Ale pamiętaj, że wszystko zależy od twojej przytomności i mocy ducha. Ufaj nam, a my cię ocalimy i oddamy kochającemu ojcu.
Zanim Alicya odpowiedziała, Hejward uczuł, jak ktoś lekko dotknął jego ramienia; odwróciwszy się z przerażeniem, ujrzał przed sobą złośliwą twarz Chytrego Lisa. Huron patrzył z uśmiechem szatańskim na swoich jeńców, schylił się, posunął ogromny pień drzewa, którym wyjście chciał zatarasować, potem odezwał się w języku angielskim:
— Blade twarze umieją nawet dowcipne bobry oszukiwać, ale czerwone skóry mordują Anglików.
Wtem głuche mruczenie dało się słyszeć i znany nam niedźwiedź wsunął się ostrożnie. Chytry Lis spojrzał nań uważnie i będąc pewnym, że ma do czynienia z czarownikiem, którego się wcale nie lękał, zbliżył się, chcąc dać mu jakieś polecenie. Ale zwierz niespodzianie wyciągnął kosmate łapy, i chwycił go silnie w objęcia, a Hejward zerwał się szybko i mocnym rzemieniem skrępował ręce i nogi Hurona. Wówczas Sokole-Oko złożył Chytrego-Lisa na ziemię, zsunął z głowy skórę niedźwiedzią i ukazał mu swe oblicze. Krzyk wyrwał się z piersi Hurona.
— Aha! odzyskałeś mowę — rzekł myśliwiec — nie potrzeba jednak, abyś jej ze szkodą naszą używał, wolę więc zatkać ci porządnie usta.
Wykonał natychmiast to, co zapowiedział, i, zwracając się do Hejwarda:
— Zabieraj pan młodą dziewczynę, wszak widzisz, że jest prawie omdlona i nie mogłaby iść o własnej sile. Oto jest duża płachta, owiniemy ją tak, aby nie widać było nawet koniuszków palców. Bierz ją pan na ręce i idź za mną śmiało. Ja nie mogę ust otwierać, bo poznanoby mnie natychmiast po mowie. Wytłómacz pan sam, gdybyśmy kogo spotkali, żeś już wypędził z chorej złego ducha i zamknął w jaskini, a teraz musisz ją zanieść do lasu, i nakarmić pewnemi korzonkami, aby zupełnie przyszła do zdrowia.
Śmiały ten pomysł został wykonany. Gdy Hejward wyszedł z jaskini w towarzystwie niedźwiedzia, trzymając Alicyę na ręku, otoczyli ich zaraz u wejścia krewni chorej kobiety. Objaśnił im postępowanie swoje według rad myśliwca, na co odpowiedziano mu szmerem zadowolenia, a dwaj czarownicy w oczach zabobonnych Indyan, oddalili się śpiesznie, omijając zdaleka mieszkania dzikich. Alicya przyszła prędko do siebie na świeżem powietrzu i mogła iść o własnych siłach. Sokole Oko szedł obok nich przez czas jakiś, wreszcie zatrzymał się, mówiąc:
— Idźcie teraz prostą drogą, niezadługo napotkacie strumień, trzymajcie się jego brzegów, aż dopóki nie zobaczycie wodospadu. Wejdźcie wówczas na bliskie wzgórze, a ujrzycie ognie tego plemienia, gdzie przebywa Kora. Jeżeli to są rzeczywiście Delawarowie, nie uczynią wam krzywdy. Nieroztropnie byłoby uciekać dalej, bo Huroni niezadługo puszczą się w pogoń za wami, a wtenczas nie zdołacie się im obronić. Idźcie i niech Bóg ma was w swojej opiece.
— Jak to? chcesz nas opuścić? — zapytał ździwiony Hejward.
— Najdzielniejszy z Delawarów, ostatni potomek wielkiego rodu wpadł w ręce Huronów. Ja go uratować muszę. Gdybyś był zginął majorze, pomściłbym się krwawo; lecz Unkas nie będzie uwiązany do śmiertelnego pala, póki ja żyję i póki moja długa rusznica nie zmieni się w źdźbełko słomy.
Darmo Hejward i Alicya przedstawiali mu straszne niebezpieczeństwo, na jakie się narażał; myśliwiec był niewzruszony, uścisnął dłoń majora i pewnym krokiem poszedł ku mieszkaniom Huronów, a po chwili zniknął wśród ciemności.
Sokole-Oko pojmował trudność swego przedsięwzięcia, zanim więc działanie rozpoczął, postanowił, jak wódz roztropny rozpoznać wprzód stanowisko nieprzyjaciela. Przybrał znów postawę i chód niedźwiedzia, zbliżył się na czworakach do małej ustronnej chatki, i wspiąwszy się ostrożnie do otworu, zastępującego okno, z przyjemnością odkrył, iż było to mieszkanie Dawida. Obszedłszy chatkę dokoła i przekonawszy się, że nie miała żadnego innego mieszkańca, Sokole-Oko drzwi otworzył i wszedł do środka. Usiadł na tylnych łapach naprzeciw psalmisty i obaj przez parę chwil siedzieli w milczeniu. Dawid przerażony stracił prawie przytomność, a przyszedłszy do siebie chwycił swoją piszczałkę i próbował odpędzić natrętne zwierzę. Ale niedźwiedź potrząsnął kudłatą głową i głosem ludzkim przemówił do Dawida:
— Schowajno tę swoją zabawkę, a nadewszystko nie róbno hałasu. Porozumiemy się w kilku słowach.
— Któż ty jesteś? — pytał Dawid z wzrastającym podziwem.
— Człowiek taki sam, jak i ty, twarz moja byłaby nawet biała, gdyby jej wichry i upały nie spaliły.
— Widziałem dużo cudów — mówił psalmista, ale to jest cud nad cudami.
— Spojrzyj na mnie — rzekł Sokole-Oko, odrzucając skórę z głowy. — A teraz skoro już wiesz, z kim masz do czynienia, powiedz mi, czy nie wiesz, gdzie Unkas jest zamknięty, a jeżeli możesz, zaprowadź mnie do niego.
— Mogę to uczynić z łatwością — odrzekł Dawid uradowany.
— A więc idźmy — rzekł Sokole-Oko i wciągnął znów skórę niedźwiedzią na głowę.
Po drodze Dawid opowiedział, że straż, pilnująca Unkasa, pozwalała mu wchodzić do więźnia; zapewne uważano poczciwego psalmistę za nieszkodliwego waryata. Unkas zamknięty był w chacie, stojącej w samym środku osady, nie łatwo więc było dostać się do niej niepostrzeżenie. Ale Sokole Oko liczył na swe przebranie i śmiało szedł za Dawidem. Gdy Indyanie pilnujący więźnia, poznali psalmistę, i mniemanego czarownika, wpuścili ich natychmiast.
Unkas stał w kącie, plecami do ściany zwrócony; ręce i nogi miał związane. Ujrzawszy niedźwiedzia, zmierzył go pogardliwym wzrokiem. Myśliwiec nie chciał mu się dać poznać, póki się nie upewnił, że straż ich nie podpatruje; dopiero na znak umówiony, dany przez Dawida, który przy drzwiach pozostał, Sokole-Oko zasyczał z cicha, naśladując węża. Oczy młodego Mohikanina zabłysnęły nagle, wlepił je chciwie w postać niedźwiedzia. Gdy syczenie powtórzyło się raz jeszcze, rzucił bacznie wzrokiem dokoła, potem wymówił półgłosem: “Ho, ho!”
Myśliwiec zrzucił z siebie zupełnie skórę niedźwiedzią, dobył ostrego noża i poprzecinał więzy Unkasa.
— A teraz — rzekł — uciekajmy. Bierz ten nóż w rękę, ja mam drugi i ubieraj się w skórę niedźwiedzia; wszak potrafisz pewnie udawać czarownika nie gorzej odemnie. Gdy nas podstęp zawiedzie, użyjemy siły. Ty zaś — mówił zwracając się do Dawida — nic na tem także nie stracisz, jeśli się ze mną pomieniasz na ubranie. Daleko ci będzie cieplej i wygodniej w mojej myśliwskiej kurcie i porządnej czapce, aniżeli w tych indyjskich łachmanach.
Dajże mi tę płachtę i dziurawy kapelusz, musisz mi nawet pożyczyć okularów, książeczki i piszczałki. Sądzę, że nie jesteś tchórzem. W pierwszej chwili gdy dzicy spostrzegą zniknięcie więźnia, będziesz zapewne w niebezpieczeństwie; ale byleś nie stracił przytomności i zimnej krwi, nic ci nie będzie, ponieważ dzicy mają wielkie uszanowanie dla istot upośledzonych na umyśle. Siadaj sobie w kąciku i staraj się, abyś jak najdłużej był nie spostrzeżony, zresztą możesz uciec w nocy, zanim się opatrzą.
— Ani myślę! — odrzekł Dawid.— Mohikanin walczył za mnie, gdy byłem w niebezpieczeństwie, chętnie mu się teraz odwdzięczę. Uciekajcie i nie troszczcie się o mnie.
— A jeżelibyś jeszcze miał zginąć — mówił Sokole-Oko — bądź pewny, że my z Unkasem pomścimy cię tak, jak najlepszego przyjaciela i najdzielniejszego wojownika.
— Jestem pokornym i posłusznym uczniem Tego, Który nie każe szukać pomsty. Jeżeli zginę, przebaczcie mordercom moim i proście Boga, aby ich natchnął szczerym żalem i dozwolił im dostąpić wiecznej szczęśliwości w niebie.
Myśliwiec słuchał z uwagą i zadumał się na chwilę.
— Dziwne to są przekonania — rzekł wreszcie — my w lasach postępujemy inaczej; a jednak wartoby się nad tem zastanowić, bo słowa twoje są piękne. Jabym chętnie stosował się do nich, tylko to z tymi Huronami trudniejsza sprawa, niż z ludźmi pobożnymi, podobnymi do ciebie. Niechże cię Bóg ma w swojej opiece, poczciwy przyjacielu!
Mówiąc to, wyszedł śmiało z chaty wraz z nowoprzybranym niedźwiedziem. Starał się, o ile tylko mógł, przybrać sztywną postawę Dawida; wyciągniętą ręką wybijał takt w powietrzu i próbował nucić coś nakształt psalmu. Na szczęście noc była ciemna, a słuchacze na muzyce się nie znali, więc podstęp udał się doskonale. Im więcej oddalali się od mieszkań, tem głośniej wyśpiewywał; obaj z największą trudnością powstrzymywali się od pośpiechu, i postępowali wolnym, uroczystym krokiem. Już byli daleko, gdy nagle uszu ich doleciał wrzask przeraźliwy. Unkas zrzucił z siebie skórę niedźwiedzią i pomknął szybko, myśliwiec podążył za nim. Zatrzymali się dopiero w małej kotlinie, ukrytej pomiędzy ogromnemi drzewami.
— Teraz mogą nas gonić, a nawet znaleźć — rzekł Sokole-Oko, wyciągając z dziupli drzewa dwie strzelby, z których jedną podał Unkasowi, drugą zarzucił na ramię, poczem obaj zapuścili się dalej w głąb lasu.
Huroni, którzy stali na straży przy więźniu, byli przekonani, że wielki czarownik w skórze niedźwiedziej chciał za pomocą swej czarnoksięskiej sztuki odebrać odwagę Unkasowi, aby się shańbił tchórzostwem przed śmiercią. Nie przeszkadzali mu więc wcale, a gdy odszedł, pozostawili więźnia działaniom czarów. Jeden z nich wszakże, ciekawszy spróbował zajrzeć szczeliną w drzwiach do chaty, gdzie zrazu niedużo obaczył, choć ogień płonął. Postać w ciemny kąt zasunięta mogła od biedy uchodzić za Mohikanina, a że nie był już dumnie wyprostowany, lecz dziwnie zgięty i pochylony, to oczywiście Huron uważał za skutek czarów. Ale gdy płomień błysnął jaśniej i ujrzał najwyraźniej Dawida na miejscu Unkasa i to w ubiorze myśliwskim — przeląkł się na dobre. Przyszło mu wprawdzie do głowy, że wielki czarownik mógł i takiej przemiany dokonać, po chwili zastanowienia jednak rzecz wydała mu się zanadto podejrzaną i przechodzącą moc nawet takiego cudotwórcy. Krzyk wściekłości, który doszedł do uszu zbiegów, pobudził ze snu wszystkich wojowników, i ze dwustu wojowników gotowało się do pogoni; wprzód jednak kilku najroztropniejszych wodzów udało się do jaskini, gdzie także czary odbywały się tego wieczora.
Cisza panowała w jaskini, w której leżała kobieta martwa i zastygła; nie było jednak czasu ubolewać nad jej zgonem, gdyż zdrada się wydała. Wkroczono więc do drugiej jaskini, gdzie ujrzano przedmiot jakiś nieruchomy, zasunięty w kąt najciemniejszy i łatwo sobie wyobrazić zdziwienie wodzów hurońskich, gdy poznali wykrzywione wściekłością rysy Chytrego Lisa. Jak tylko go z więzów uwolniono i usta odkneblowano, zerwał się jak szalony i wołał w niebogłosy:
— Prowadźcie na śmierć Mohikanina!
— Mohikanin ma nogi zwinne — odrzekł sędziwy Huron — ale młodzieńcy nasi ślad jego odszukają. Zły duch był pomiędzy nami i ślepotę spuścił na nas.
— Zły duch! — powtórzył Magua szyderskim głosem — ten sam zły duch strącał młodzieńców naszych w przepaść u wodospadu, a teraz skrępował ręce Chytrego-Lisa. To ten pies podstępny o bladej twarzy, którego zowią Sokole-Oko.
Groźne tu imię nadzwyczajne wrażenie wywarło na słuchaczach. Skorzystał z tego Magua i ze zwykłą swoją wymową zaczął towarzyszów pobudzać do zemsty; przedstawił im plan pogoni, na który wszyscy przystali i powierzono mu jednozgodnie dowództwo wyprawy.
Nazajutrz, zanim słońce ukazało się na niebie, Sokole-Oko i Unkas byli już w obozie Delawarów, gdzie zastali wszystkich przyjaciół: Wielkiego–Węża, Hejwarda, a nadewszystko Korę i Alicyę, spoczywające spokojnie pod opieką starego ojca. Zobaczywszy zbawców swych córek, pułkownik rzucił im się w objęcia, słowa nie mogąc wymówić ze wzruszenia.
Na wieść o przybyciu Jelenia-Chyżego, młodego potomka wodzów plemienia Żółwi, którego miano już za straconego, wielka radość powstała w obozie Delawarów. Zebrała się natychmiast rada i sędziwy Tamenund, dotychczasowy dowódca plemienia, obnażywszy pierś Unkasa, na której widniał znak żółwia, przemówił uroczystym głosem:
— Dzięki niech będą Wielkiemu-Duchowi, bo oto ten zastąpi mnie u ogniska wielkiej rady. Unkas, syn Wielkiego-Węża, krew z krwi starodawnych wodzów Delawarów się znalazł! Oczy umierającego orła spokojnie mogą patrzeć na wschodzące słońce!
Wśród niemilknących okrzyków radości, dzielny Unkas ogłoszony został wodzem Delawarów.
Przyjąwszy władzę, Unkas wziął za rękę myśliwca i przedstawił go wodzom plemienia.
— Spojrzyjcie na tę bladą twarz! Jestto człowiek prawy, mój zbawca, a serdeczny przyjaciel Delawarów. Jeżeli Unkas jest tu pożądanym gościem i Sokole-Oko nie będzie obcym pomiędzy Delawarami!
Do południa trwały śpiewy i tańce wojenne na cześć młodego wodza — poczem na dany przez niego znak, zwinięto obóz i całe plemię wyruszyło dalej ku zachodowi, w stronę, gdzie powinien był stać oddział pułkownika Munro. Jakoż nad wieczorem spostrzeżono zdala ognie w obozie angielskim — i niezadługo pułkownik z Korą, Alicyą i Hejwardem znaleźli się pośród swoich żołnierzy.
— Czemże się wam odwdzięczymy? — mówiły ze łzami dziewczęta, ściskając na pożegnanie ręce Unkasa i Sokolego-Oka.
— Potomek wielkiego-Węża nie potrzebuje wdzięczności dla siebie — odrzekł dumnie Unkas. — Jeśli jednak blade dziewczęta chcą sercem za serce odpłacić, niech wezmą swego siwowłosego ojca i mężnego brata, aby nie plamili nigdy rąk swych krwią naszych czerwonych braci. Blade twarze zabierają nam ziemię, tępią nasze bawoły, mordują dzieci Wielkiego-Ducha. Niech blade twarze odpłyną na wschód za słoną rzekę i pozostawią nas w spokoju na ziemi ojców naszych!
— Przyrzekamy wam to, przysięgamy! — odpowiedziały z zapałem Kora i Alicya.
I rzeczywiście dotrzymały przysięgi. Nie minęło pół roku, a pułkownik Munro i mayor Hejward postarali się o przeniesienie do Anglii, gdzie stary pułkownik osiadł na wsi po wysłużeniu swych lat, a mayor Hejward, ożeniwszy się z Alicyą, został jednym z najdzielniejszych oficerów armii angielskiej.
Sokole-Oko jeszcze kilka lat żył wśród Delawarów, otoczony czcią i miłością powszechną — póki nie rozeszła się wieść o wielkiej wojnie, jaką jego biali bracia amerykańscy zamierzają toczyć z Anglią, o niepodległość swojej ziemi. Wtedy natychmiast porzucił czerwonoskórych przyjaciół i zaciągnął się w szeregi Stanów Zjednoczonych, gdzie pod wodzą jenerała Washingtona wielokrotnie dokazywał cudów waleczności. Tam zaś z ogromnym podziwem i radością, myśliwiec spotkał się z psalmistą Dawidem, który zawsze pogodny — zawsze pełen miłości chrześciańskiej — przed każdą bitwą krzepił żołnierzy pieśnią pobożną, a po bitwie dozorował rannych.


KONIEC.

Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; umieszczony jest odnośnik do przypisu, ale owego przypisu brak.
  2. Indyanie amerykańscy dzielą się na drobne gromady, zwane plemionami. Na czele plemienia stoi wódz. Takiemi plemionami byli: Mohawkowie, Huroni, Mohikanie, Delawarowie i wiele innych.
  3. Indianie zwykle przybierają takie przezwiska, np. Chytry Lis, Wielki-Wąż, Chyży-Jeleń, Czarny-Sokół i t. p.
  4. Każde plemię indyjskie maluje sobie inne znaki, po których mogą się łatwo poznać ludzie, należący do tego samego plemienia.
  5. Tak nazywają Indyanie Stwórcę świata, Boga.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Fenimore Cooper i tłumacza: Anonim.