Marzyciel (Reymont)/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Marzyciel
Wydawca Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Data wydania 1932
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XI.

Pociąg wyrzucił go na jakiejś małej stacyjce i powlókł się dalej. Na peronie było pusto, zimno, mokro i ciemno, tylko gdzieś po krańcach stacji tliły się czerwone światła haltsygnałów. Noc była prawie czarna, wicher przewalał się z głuchym poszumem i zacinał drobnym, dokuczliwym deszczem, pola szarzały przemiękłemi śniegami. Józio rozejrzał się w ciemnościach, binokle schował, postawił kołnierz i odważnie ruszył plantem, brnąc przez kałuże i potykając się na wekslach. Mikado bowiem mieszkał o parę wiorst za stacją, ale, na szczęście, czekał na niego dróżnik przy pierwszym przejeździe i, dosłyszawszy kroki, zamachał zapaloną latarnią i krzyknął:
— Jesteśmy! Chłopcy, nastawiać wózek! Myślałem, że się już pana nie doczekamy.
— Spóźniłem się na osobowy. Dawno czekacie?
— Od pośpiesznego! Pan dozorca kazał nam czekać choćby do rana.
Szczęknęły koła, ustawiane na szynach, i ktoś zawołał z ciemności:
— Gotowe! Będziemy w trymiga! Wojtek, daj sztosa, ino krzepko!
Dwóch robotników stanęło na platformie kolejowego wózka i zaczęli go odpychać długiemi kijami, niby łódź z mielizny, a trzeci leciał ztyłu, dawał co chwila sztosa ze wszystkiej mocy i wieszał się na krawędzi platformy, aby nieco złapać powietrza. Wózek tylko zawarczał i, bijąc z hukiem o złączenia szyn, potoczył się, jak kula, po dosyć dużym spadku.
— Uważać na sygnały za nami! — przypomniał Józio, siedzący na przodzie obok dróżnika, trzymającego zapaloną latarnię.
Przed wózkiem leciał świetlisty krąg, w którym migotały połyskliwe szyny, obmokłe podkłady, szare, drgające przędziwa deszczu, niekiedy słupy telegraficzne i uśpione domki dróżnicze.
— Dużo przyjechało gości?
— A bogać ta mało! We trzy wózki przywieźlim z kurjera.
— I sami tylko panowie? — rozpytywał.
— Niby bez żonów? juści. Jest ino ta panna, co się cięgiem szwenda po stacjach. Obyłoby się to bez niej! Jeszcze onegdaj przyszła w nocy i siedzi…
Wyminął ich jakiś towarowy, ciężko sapiący pod górę.
— Pociąg za nami, już przechodzi stację! — meldował któryś z robotników.
— Ostro, chłopcy, żeby chociaż zdążyć do przejazdu…
Głuchy, prędki, monotonny a rozdygotany łomot kół zbliżał się do nich z coraz większą szybkością, że ledwie zdążyli zrzucić wózek, pociąg przeleciał, jak huragan, czerwonemi światłami zamigotał i przepadł gdzieś w nocy i głębokich przekopach.
— A tam co się dzieje? Biją się, czy co? — spytał naraz Józio, wskazując na jakieś oświetlone okna niedaleko przejazdu, z których wydobywały się rozpaczliwe zawodzenia.
— Zaśby się ta bili! To ino Kowalik wyciąga kopyta i targuje się ze śmiercią. To ten, co go to pociąg zmaglował! — objaśniał dróżnik.
— Nic o tem nie słyszałem! Kiedy?
— A tej nocy, jak pociągi stanęły! Był na obchodzie; kurzyło, że ręki nie dojrzał, ekspres tyrpnął go buforami, jaże mu popękały wszystkie żebra, i gotowy! Będzie dopiero z rok, jak nasz pan zrobił go dróżnikiem. Prędko wysłużył, prędko! Dycha to jeszcze, Michał, co? — krzyknął do jakiejś latarni, śpieszącej z domu do przejazdu.
— Ostatnią parą już zipie, do rana skończy! A tak się chudziak morduje, jaże straszno patrzeć! — odpowiadał przełzawiony głos.
— Był doktór?
— Przyjeżdżał trzy razy. Zrobił swoje, a teraz śmierć robi swoje…
Nie było czasu na dłuższe rozgadki; wózek znowu się potoczył, ale już znacznie wolniej i ciężej, gdyż droga zaczęła się wznosić pod górę i łukami, a przytem wiatr bił w twarze i deszcz zacinał coraz gęstszy, że uważniej oglądali się na sygnałowe światła, które, niby oczy wyzierające z ciemności, stróżowały nad linją kolejową.
Ale kiedy przejeżdżali wysoki, czarny bór, zrobiło się im jakoś strasznie, bo tak ponuro szumiały drzewa, tak żałośnie jęczały druty telegraficzne i takie dziwne głosy hukały w leśnych ciemnicach, że poczuli jakby śmierć, krążącą dokoła, aż niejeden się żegnał i pacierz szeptał, zaś dróżnik zaczął się cicho wyżalać przed Józiem na swoją ciężką dolę:
— Człowiek się drze na służbie prędzej tego buta. Jakże, przecież piątek czy świątek, deszcz czy mróz, dzień czy noc, jednako musi się warować! A te maszyny, panie, to jak wściekłe zwierzaki: ani się spodziejesz, kiej cię przychwyci, a na śmierć zakatrupi! Nawet ten łańcuchowy pies ma lepiej, bo mu chociaż na noc dają folgę…
— To prawda! — przytwierdził, ale naraz spytał szorstko: — daleko jeszcze?
— Będzie ze trzy wiorsty, zaraz za lasem.
— Cóż, nie żal wam pana Buczka?
— Juści co żal! dobry przecież pan, sprawiedliwy, wyrozumiały i nie zdzierus, jak drugie! A z każdym się rozmówi po ludzku, pośmieje i tak o wszystko wypyta, jaże człowiekowi robi się lżej na duszy. Mnie to nawet chłopaka trzymał do chrztu! A czy to prawda, co ludzie bają, jako wyjeżdża uczyć się, niby na tego malarza?…
— Prawda! — odparł takim tonem, że dróżnik zaczął mówić odważniej.
— Tego to już nie poradzę wyrozumieć, żeby taki pan, taki nizinier, a szedł się uczyć do malarzów. Przecie, za przeproszeniem pańskiem, to wstyd dla takiego urzędnika! Jakże, taki nauczny, taki szlachcic, a będzie skakał po drabinach, kiej wiewiórka, i pendzlem zamiatał ściany! Na służbie też mu źle nie było: i krowy miał, i konie, i spory kawał ziemi, i uważanie, bo sam nieraz widziałem, jak naczelnik prowadzał się z nim pod pachę, panowie na stacji żyli z nim w przyjacielstwie, ksiądz dziekan przyjeżdżał na karty, a teraz będzie se takim łachmytkiem, takim prefesjantem! Chyba mu się cosik w głowie popsuło?
Józio parsknął śmiechem.
— A drugie znowu powiedają, co pan Buczek wyjeżdża do ciepłych krajów.
— Tam, gdzie pieprz rośnie i płoty grodzą cynamonem! — rzucił drwiąco.
— Ja ta nie wiem, kaj — powtarzam jeno za drugiemi.
— Brak mu poprostu piątej klepki.
— To samo pedział i pan zawiadowca. Juści, żeby rzucać taki urząd…
Józio już się nie odezwał, siedział schmurzony, jak noc, zazdrość ugryzła go w samo serce i z taką niechęcią myślał o Buczku, że skoro wreszcie dojechali na miejsce, odezwał się do dróżnika:
— Zobaczy, że wszędzie psi boso chodzą, i wróci, jak niepyszny.
— Juści, jeno co urząd czekał na niego nie będzie…
— Na starszego robotnika zawsze go przyjmą — wyrzekł wzgardliwie.
Dom Buczka stał w głębi sadu, przyparty szczytem do wielkiego lasu — i chociaż wszystkie drzwi i okna miał szczelnie zamknięte i pozasłaniane, już na plancie słychać było wrzawę i krzyki.
— Używa sobie bractwo, jak prosięta w deszcz! — myślał, wchodząc do przedpokoju. — Pan w domu? — spytał z wyniosłą miną służącego.
— Są wszystkie! Dyć się zabawiają, jaże się rozlega! — zaśmiał się głupkowato.
Istotnie, gdzieś w głębi mieszkania rozlegały się burzliwe śmiechy i gwary, ale jakoś nikt nie wychodził na powitanie, czem Józio poczuł się tak głęboko dotknięty, że już zamierzał się wynieść zpowrotem, gdy nadbiegła Frania.
— Józio! Kruszyna moja! Najdroższy małpidrągu! — wołała, rzucając mu się na szyję. — Myślałam, że się już nie doczekam! Wspaniała biba, brakowało nam tylko pana!
— Widzę, nie traciłaś czasu, nasiąkłaś wódką, jak gąbka… — szepnął ironicznie.
— Czego się śmiejesz, kulfonie? — krzyknęła.
— Adyć panienka zadziała kajś pantofel i łyska gołą piętą, hi, hi, hi!…
— Poszukaj! Włóż mi na nogę i poszoł won! — rozkazywała, zanosząc się od śmiechu.
— Ledwie się już trzymasz na nogach.
— Tylko kapichnę, tylko kruszyneczkę piłam! — bełkotała, czepiając się jego ramienia.
— Chodźmy prędzej, głodny jestem jak wilk!
— Taki pan dzisiaj jakiś pachnący! — Pociągnęła nosem koło jego włosów. — Heljotrop, jak Bozię kocham! Zaraz, zaraz, kto mi to nim tak pachniał?… Aha, Soczkowa! Czyżby?…
— Dajże mi spokój! — żachnął się niecierpliwie.
Zajrzała mu w oczy i szepnęła cichutko, z bolesnym wyrzutem:
— I pan się dał nabrać! Przecież to takie stare gracisko!
— Nie wtrącaj się do cudzych spraw! — mruknął zirytowany.
— Przemówił dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu! — wybuchnęła jakimś gorzkim, schrypniętym nagle głosem. — Prawda, cóż tam ja dla pana znaczę! Maciuś! Zgubiłam znowu pantofel! — zakrzyczała gwałtownie i pobiegła naprzód.
Z jadalni huknął potężny śpiew, aż się zatrzęsły ściany:

„Nasz sztandar buja…”

— Cicho, burżuje! Przyjechał pan Józio! Cicho, psiakrew! — wrzeszczała Frania, ale napróżno, nikt jej nie słyszał, wszyscy już bowiem byli nieco pijani i śpiewali dzikim, bezładnym chórem.
W pokoju było czarno od dymu i tak gorąco, że siedzieli rozmamłani, bez surdutów i kamizelek, pot się im lał po zaczerwienionych twarzach, ale oczy mieli rozpłomienione i jakby wniebowzięte, ryczeli ze wszystkich sił, tłukąc pięściami w stół i tak zapalczywie przytupując, że aż trzęsły się ściany, brzęczało szkło, a gdzieś w podwórzu wyły pieski. Mikado stał i, wymachując ręką takt, śpiewał najgłośniej i przytupywał najsiarczyściej. Brzuchaty dozorca drzemał, rozciągnięty na kanapie i, od czasu do czasu, hukał swoim potężnym, byczym głosem, tylko jeden Kaczyński milczał, skulony w końcu stołu, zapalał gasnącą co chwila fajkę, pił kieliszek za kieliszkiem, przeplatając je szklankami piwa, i spluwał z coraz większą złością.
— Uważasz pan, co wyją, psia ich mać? Chyba się napijemy, co? — mruknął do Józia, który obok niego zabrał się do jedzenia, skwapliwie obsługiwany przez Franię.
— Można! Wykrzyczą się, to im ulży. Czy Soczka nie było?…
— Siedzi w kuchni, doprawia krupnik. Tęskno panu do niego?
— Mnie się już z tego bebechy wywracają do góry nogami. Chyba się napijemy, co?
— Gotowe. Słychać aż na plancie, żeby się tam nie znalazły jakie niepotrzebne uszy…
— Maciuś, spuśćno z łańcucha pieski, to przypilnują. Nalej, Franiu, piwa!
— Ja mam już dosyć; ten śpiew bardziej idzie do głowy, niźli gorzałka.
— Wyją, jak psi na nowiu. Psia ich mać papuaska! — mamrotał coraz zawzięciej.
— Jakto, nie lubi pan tej pieśni?
— Jestem z sześćdziesiątego trzeciego, a nie żaden międzynarodowy gnojek! — krzyknął groźnie, aż Frania znowu nalała kieliszki, skwapliwie dobierając się do swojego.
— Nie pij! już się ledwie trzymasz na nogach — wstrzymał ją Józio, odbierając kieliszek.
— Tylko ździebełeczko! Tylko kapeczkę, tylko usta umaczam! Przecież sama robiłam ten wiśniak! — bełkotała prawie już nieprzytomnie, usiłując odebrać chociaż butelkę, i naraz zaśmiała się, skoczyła na krzesło i, wytrząsając pięściami, zaczęła śpiewać przepitym, schrypniętym głosem:

„Niech zginie stary podły świat.
............
Dalej więc, dalej! Wznieśmy śpiew…“

Naraz dzwonek zahuczał tak gwałtownie, że aż wszyscy raptem przycichli.

— Fijoły! — zawołał ktoś trwożnie.
— Nie puszczać! Zgasić lampy! Maciuś! powiedz, że niema nikogo! — podniosły się ciche wołania ze wszystkich stron, lecz nim się Maciuś zjawił, Mikado sam poleciał zobaczyć, kto się tak dobija do drzwi.
Zaległo złowrogie milczenie, spoglądali na siebie z niepokojem, Frania srodze wylękniona, przywarła do Józia, gruby dozorca odwrócił się do ściany i zachrapał, udając śpiącego.
— Zuchy — psia ich mać! — zamamrotał Kaczyński. — Chyba się napijmy, a?
Ale po chwili wrócił Mikado z jakąś depeszą w ręku i zakrzyczał radośnie.
— Mój mecenas dokłada mi jeszcze na drogę!
— Kiedy tak, to „Mecenasa zdrowie — wypijmy panowie!“ — zarymował chudy telegrafista, przezywany Rudym Dzięciołem, podnosząc kieliszek.
— Niech żyje i niechaj mu się darzą dzieci! — huknął dozorca, zrywając się z kanapy.
— Brawo! Niech żyje! Wgórę go! — Podniósł się wrzask i zabrzęczały szkła.
— Śpiewajmy dalej! Zaczynam! Raz, dwa! „A kolor…“ Gotowe, panowie, Jazda!
— „A kolor jego jest czerwony…“ — Źle! Świderski, fałszujesz, psia twarz! „A kolor jego…“
— Halte pisk, Zielonka! Możemy zato beknąć — gasił go energicznie dozorca.
— Odknaj, brachu! Miejsca, panowie! Krupnik wjeżdża! — wydzierała się Frania, rozpychając wszystkich przed Soczkiem, niosącym uroczyście ogromną, płonącą wazę. Pogasły momentalnie lampy i w tem chybotliwem, błękitno-krwawem świetle krupniku, twarze uczyniły się upiorne, sine, zwarli się dokoła Soczka w milczeniu, wyciągając szklanki, a on nalewał każdemu z nabożnem namaszczeniem i, gdy skończył, Dzięcioł przystąpił do Buczka i zawołał:
— „A teraz każda twarz czerwona, czy blada
„Niechaj wraz krzyknie: Za zdrowie Mikada“!
Ryknęli ze wszystkich sił i zaczęli go brać w ramiona, całować i wrzeszczeć, jak opętani. Zahuczało, niby w ulu, ale hałas jeszcze się powiększył, gdyż trzy ogromne psy wdarły się do pokoju i, biegając, szczekały radośnie, a za niemi ganiał zrozpaczony Maciuś, usiłując je połapać. Zrobił się z tego nieopisany harmider, aż Frania padła na kanapę i, bijąc nogami, śmiała się do rozpuku i krzyczała, ale wnet się przyciszyło, bo Dzięcioł zadzwonił w butelkę i wniósł toast:
„Przyszedł czas panowie,
„Żeby wypić Soczka, Soczkowej i Soczątek zdrowie“.
Zatrzęsło się od nowych wiwatów, śmiechów i krzyków!
Zapalono zpowrotem lampy, wszyscy się porozsiadali, gdzie komu było wygodniej; Mikado przysiadł się do Józia i utonęli w przyciszonej rozmowie, Kaczyński wiódł jakiś burzliwy spór z Zielonką i Świderskim, bo warczał gniewnie, co chwila zapalał fajkę i nerwowo przegarniał brodę, dozorca tak baraszkował z Franią na kanapie, aż wybuchała histerycznym śmiechem. Dzięcioł spacerował ze szklanką w ręku i coś sobie półgłosem przepowiadał, kilku zaczęło grać w lancusia na rogu stołu, psy skamlały pod piecem nad ogromną miską kości, a tylko jeden Soczek czuwał nad wszystkimi, dolewał, gdzie tylko dojrzał pustą szklankę, czerwony już był, jak burak, a tak roztkliwiony krupnikiem, że z każdym się trącał, całował i wciąż obcierał załzawione oczy.
— Więc jutro jedziecie z pewnością! — mówił Józio, pociągając ze szklanki.
— Tak, jutro dzień mojego wyzwolenia! Wstąpię jeszcze na parę godzin do Warszawy odwiedzić mojego mecenasa i wieczorem w świat! W szeroki, wolny świat! — zawołał Mikado, i twarz mu rozbłysła niezmierną radością.
— Macie wszystko przygotowane? — Ledwie wykrztusił te słowa.
— Wszystko. Paszport w kieszeni, a gotówka na sercu. Patrzcie, to przekaz na tysiąc dwieście franków, płatne w Paryżu, a oto tęczówki! — Rozrzucił przed nim na stole pięć stówek, z lubością przyglądając się ich barwom. — To moje krowy, konie, cała gospodarka i oszczędności! — dodał z pewną dumą.
— Na jeden dzień Paryża wystarczy! — szepnął Józio z wymuszonym uśmiechem, nie mogąc oderwać oczu od pieniędzy i mimowoli dotykając ich palcami.
— Nie jadę przecież na hulankę! Musi mi starczyć, co najmniej, na dwa lata. Bilety dała mi dyrekcja do samego Paryża. Nie wydam już przed wyjazdem ani grosza.
— I nie obawiacie się przyszłości?
— Jeżeli mam talent, to jutro moje, a jeśli nie… — zawahał się trwożnie.
— To na kolej zawsze wrócić można… — podsunął Józio z ironją.
— Nie wątpię, że może się doczekamy kiedyś tej szczęśliwej chwili.
— Nie za rok, to za dziesięć… w każdym razie usłyszycie o mnie!
— Czekaj tatka latka, aż kobyłkę wilcy zjedzą! — bryznął zjadliwie Józio, nie mogąc już ukryć rozdrażnienia, lecz Mikado nie dosłyszał, gdyż równocześnie wybuchnęła przy stole gwałtowna kłótnia. Swiderski ogniście czegoś dowodził, a prawie całe towarzystwo napadało na niego tak namiętnie, aż Zielonka trzasnął pięścią w stół i zakrzyczał:
— Psiakrew, ryje burżujskie! trzeba was sparzyć ukropem, jak pluskwy, to może prędzej odczujecie, że i robociarz jest człowiekiem, że i jemu należą się ludzkie prawa! Ale powiadam wam: „Nadejdzie wkrótce dzień zapłaty! Sędziami będziem my!“
— Nadejdzie, i wtedy niejeden z towarzyszów będzie musiał powrócić do wideł! — huknął dozorca, porywając się z kanapy, i trącił po drodze Kaczyńskiego. — Nie śpij pan, jedziemy!
— A to wrócą; ale do czego powrócą eks-dziedzice? Chyba pod płot i do torby!
— Panowie eks-ludzie i panowie przyszli ludzie, proszę o głos! — wrzeszczał Dzięcioł, dzwoniąc w butelkę, ale głos jego utonął we wrzawie i krzykach.
Kaczyński przetarł oczy z drzemki, zapalił fajkę i rzekł do zadumanego Józia:
— Demokraty, psia ich mać! zaledwie od święta i w socjalistyczne galówki chodzą na dwóch nogach, a już im smakuje panowanie nad drugimi.
— Panowie, porozumiejmy się! Panowie! A żeby was djabli wzięli! — wołał płaczliwie jakiś młodzieniec w straszliwie czerwonym krawacie i gumowym kołnierzyku. Napróżno jednak błagał i klął, wszyscy już bowiem naraz mówili, krzyczeli i nawzajem usiłowali się przekonywać, a ponad całym wrzaskiem huczał tylko potężny bas dozorcy, od którego dygotały wszystkie światła. Kłótnia stawała się coraz zapalczywsza, już zaczynało dochodzić do sporów osobistych i przaskakiwań z zaiskrzonemi oczami, ale Soczek załagadzał wciąż, dolewając krupniku, i przepijał do każdego zosobna.
Frania spała na otomanie, pomiędzy psami, a gracze, ślepi i głusi na to, co się działo dokoła, grali zaciekle, że tylko krótkie, zadyszane słowa latały między nimi, a jakiś zgrany wykrzykiwał żałośnie:
— A niech psy gryzą takie szczęście! To mam pech!
Rzucał karty, zrywał się od stołu, pożyczał od przyjaciół i znowu zasiadał do gry.
Tylko Józio w niczem nie brał udziału. Siedział przy drzemiącym Kaczyńskim i przypatrywał się Buczkowi, ale nie mogąc znieść jego rozpłomienionej szczęściem twarzy, zaczął spacerować po całem mieszkaniu, zajrzał nawet do kuchni, gdzie Maciuś z robotnikami od wózka również wesoło się zabawiali, wychodził przed dom na zimny wiatr i deszcz, lecz nie mógł nigdzie zgubić straszliwego żalu, jaki nim miotał, ni tej okropnie żrącej zazdrości, ni tego poczucia beznadziejnej niemocy.
Chwilami, bezwiednie, chwytał się za kieszeń, jakby chcąc dotknąć się tych pieniędzy, jakie mu pokazywał Mikado — i ręka mu opadała, a duszę mroczył jeszcze sroższy tuman udręczeń i zawiści. Pił z Soczkiem, pił z Kaczyńskim, przepijał z każdym, kto tylko chciał, ale wódka zupełnie na niego dzisiaj nie działała, był przytomny aż do bolesnej świadomości wszystkiego, co się w nim dzieje.
Położył się wreszcie na otomanie i, leżąc z szeroko otwartemi oczami, zatapiał się w sobie coraz głębiej; dawał nurka w taką otchłań, że wszystkie wrzaski zewnętrzne odbijały się o niego słabemi, dalekiemi echami; gonił za jakąś myślą, która zwolna wyłaniała się na jaśnię, stawała się wyraźną i nakazującą; myśl była tak dzika i straszna, że zadrżał, ale czepił się jej gorączkowo, wbijał ją w siebie, jak żelazny trzpień, który go wzmacniał i sprężył w jakiemś niezłomnem postanowieniu.
Ale niekiedy odzywał się w nim głęboko przytajony głos sumienia i wtedy trwożnie spoglądał po twarzach i nasłuchiwał gwarów z gwałtownie bijącem sercem, gdyż mu się zdawało, że rozmawiają jakoś ciszej i ukradkowo, a dziwnie podejrzliwie patrzą w jego stronę… Czuł się jakby pod pręgierzem, kurczył się w sobie i, oblany potem strachu, przemykał się prawie chyłkiem do przedpokoju, nie śmiejąc podnieść oczów, i uciekał — cóż, kiedy ta władcza myśl zawracała go zpowrotem i znowu kładł się na otomanie i rozmyślał coraz odważniej i szczegółowiej.
— Niedobrze wam, co? Napijcie się czarnej kawy! — radził Mikado, zauważywszy jego wychodzenia. Józio nie odpowiadał, udając głęboko uśpionego.
Wybiła już druga godzina, gdy zaczęli powstawać od stołów i zabierać się do wyjazdu; ściągnięto Franię z kanapy, a do Józia krzyknął Soczek:
— Jedziemy! Wstawajcie! Wstawajcie! — wołał mu do ucha, trzęsąc nim z całych sił.
— Wstawił się, jak Bela! Panie Józiu! Wózki już czekają! Spóźnimy się na pociąg!
Józio zamruczał coś, jakby przez sen, odwrócił się twarzą do ściany i zachrapał. Soczek dał mu spokój i skwapliwie wrócił do kieliszka, pito już bowiem strzemiennego i żegnano się z Buczkiem; każdy go brał w ramiona, każdy ściskał i każdy z serdecznem wylaniem życzył mu szczęścia na nowej drodze; wielu miało szczere łzy w oczach, Buczek był głęboko wzruszony, a Frania, pod wpływem ogólnego rozczulenia, wybuchnęła płaczem i również całowała się ze wszystkimi.
Już mieli wychodzić, gdy Soczkowi strzeliła nadzwyczajna myśl.
— Panowie! — zawołał, wskazując Józia. — Wypijmy za zdrowie tej sieroty, wypijmy!
Zabrzękły kieliszki, otoczyli śpiącego, a Dzięcioł zagrzmiał ostatnim toastem:


„Za zdrowie tej opuszczonej sieroty, naszego kasjera!
Niech ciągle chrapie, a nigdy nie umiera”.


Wytoczyli się ze śmiechem, po chwili zaturkotały wózki, a dom ogarnęła cisza.
Maciuś powysączał resztki z kieliszków, pogasił światła i poszedł spać.
Świeciło się jeszcze w sypialnym, ale drzwi były otwarte narozcież, i smuga światła sięgała do otomany, na której leżał Józio, że słyszał każde słowo i widział najmniejsze poruszenie. Frania zakręcała sobie włosy papierkami, a Mikado rzucił krawat wraz z kołnierzykiem gdzieś w kąt, pugilares wsunął pod poduszkę i, śpiesznie zdjąwszy ubranie, położył się do łóżka.
— Jutro będę już spał w pociągu — zawołał radośnie. — Ale biba się udała, co?
— Napili się i nakrzyczeli za wszystkie czasy, ale tylko Józio urżnął się na fest.
— Bo ciągnął za czterech! Hrabiczowi się zdaje Bóg wie co, a główkę ma słabą, jak panna. — Ziewnął przeciągle. — Moja droga, daj mu co pod głowę i przykryj go, bo tam od wczoraj rana nie palone. Jeszcze się przeziębi.
Józio przymknął oczy i zaczął równo i głęboko oddychać, gdy mu Frania podkładała poduszkę; przykryła go jakimś kożuchem i, pogłaskawszy pieszczotliwie po twarzy, wyszła, zamykając drzwi za sobą.
— Nie zamykaj! Będzie nam za duszno! Kładź się prędzej. Strasznie chce mi się spać.
Lampa zgasła i zegar wybił trzecią.
— Możemy sobie używać chociażby do południa — szepnął sennie Buczek.
Cisza ogarnęła cały dom. Pokój, w którym leżał Józio, z powodu przysłonionych okien był ciemny, jak grób, tylko w sypialnym mżyły się słabe odbrzaski, noc zaglądała przez szyby i deszcz zacinał z sypkiem, usypiającem brzęczeniem, rynny bełkotały nieustannie, czasami zahuczał wiatr i szamotał się z drzewami.
Józio leżał pogrążony w rozmyślaniach i naraz rzekł bezwiednie, a prawie głośno:
— O dziewiątej byłbym już na granicy…
Wystraszył się własnym głosem i zaczął nasłuchiwać z niepokojem.
Cicho było w sąsiednim pokoju — musieli już zasnąć; tylko gdzieś za piecem strzykał świerszcz.
Jakiś pociąg przeleciał, jak grom, aż się wszystko zatrzęsło.
— Pewnie jaka ekstra! — pomyślał, wysuwając się z pod kożucha, który go parzył, jak ogień.
Usiadł na otomanie i cały zamienił się w słuch.
Spali jakoś niespokojnie, Frania mówiła coś przez sen, a Buczek wciąż się przewracał, aż trzeszczało łóżko, ale usłyszał zarazem gwałtowne bicie swojego serca.
Psy zaszczekały w ogrodzie i napływało dalekie jeszcze dudnienie nadbiegającego pociągu.
Podniósł się bardzo ostrożnie, ale mimo to podłoga tak zaskrzypiała, że skamieniał na długą chwilę i z zapartym tchem patrzał w otwarte drzwi.
Spali — słyszał ich przerywane, gorączkowe oddechy i monotonny szelest zegarowego wahadła.
Przemógł się wreszcie i poruszył się z miejsca tak nieszczęśliwie, że potrącił jakieś krzesło, które się z hukiem przewróciło. Jakby mu sufit zleciał na głowę — przerażenie zapchało mu gardło oniemiałym krzykiem; nie śmiał odetchnąć, ni się poruszyć. Długie, jak wieczność, chwile przelewały mu się przez mózg zgiełkliwym warem, chwiał się, jak podcięte drzewo, i prawie tracił przytomność.
Ale nikt się nie przebudził, a nawet Buczek dosyć głośno zachrapał.
Odetchnął z niezmierną ulgą po tem straszliwem wzruszeniu i, przetarłszy oczy zalane potem, zaczął się zwolna posuwać ku drzwiom otwartym, ostrożnie macając dokoła wyciągniętemi rękoma. Musiał jednak bardzo często odpoczywać, gdyż chwilami brakowało mu już sił, jakby tak szedł od wieków.
Zegar jął wybijać jakąś godzinę, ale nie mógł zrozumieć którą — bo słyszał tylko rozpierzchające się, długie i ostre dźwięki…
Posuwał się nieprzerwanie, a wciąż mu się zdawało, że do drzwi jeszcze ma tak daleko, jakby na krańce nieprzejrzanej pustyni. Był już przedtem tak zgorączkowany, że zapominał, gdzie jest, a chwilami każdy szelest stawał mu się przerażającym hukiem, a szum wiatru jakby wyciem huraganów; nawet ciemności przejmowały go niepokojem. Rozglądał się nieprzytomnie. Zdawało mu się, że dokoła czają się jakieś złowrogie oczy, że jakieś groźne cienie idą na niego ze wszystkich stron, zapierają mu drogę i szepczą jakieś niezrozumiałe słowa…
Ale nie dał się tym gorączkowym majakom, gdyż tkwiło w nim coś potężniejszego od wszelkich strachów, coś co go pchało niepowstrzymanie, a czemu jużby się nie mógł oprzeć, gdyby nawet chciał. Więc skoro nareszcie dosięgnął drzwi, pierzchnęły wszystkie obawy i przywidzenia, poczuł się zupełnie spokojny i na wszystko zdecydowany; przygiął się tylko, jakby do skoku, i wyciągnął drapieżne ręce…
Łóżko stało w drugim końcu pokoju, obok szerokiego okna, z którego sączyło się nieco mętnego brzasku, drzewa chwiały się za szybami, a niekiedy gałąź trącała w szkło jakby suchym, kościstym palcem, poduszki bielały z mroków, niby z pod sadzy, zegar szeleścił swojem wiecznem: raz, raz, raz, raz! oddechy rozlegały się rytmicznie…
Już stanął przy łóżku, gdy Mikado się poruszył i coś zamruczał przez sen.
Józio nie drgnął i cierpliwie czekał przez długą chwilę…
Przeszła jednak. Posunął się nieco naprzód i tak się nisko nad nimi pochylił, że poczuł ich gorące, przesycone wódką oddechy. Wyprostował się machinalnie, aby zaczerpnąć powietrza; robiło mu się strasznie gorąco — i chociaż był zupełnie spokojny, serce tłukło mu się, jak obłąkane…
Nadeszła ostatnia chwila… jeszcze jeden krok… jeszcze jedno sprężenie woli… jeszcze tylko jedno wyciągnięcie ręki… Naraz — dziw, że nie krzyknął, dotknął się bowiem spuszczonej bezwładnie głowy Frani; sparzyła go, jak rozpalone żelazo… Zawahał się przez mgnienie… ale zebrał wszystkie siły, wsunął rękę pod poduszkę i wyciągnął pugilares, uderzając równocześnie łokciem w stolik, aż coś z brzękiem zleciało.
Zmartwiał, jakby zabity na miejscu.
— Kto tu? — zamruczała sennie Frania. — Kto? — powtórzyła, macając po stoliku.
— Szukałem zapałek! — wybełkotał z najwyższym wysiłkiem.
— Która godzina?
Zapaliła papierosa i podała mu zapałki.
— Świta! Muszę już iść na pociąg…
Frania jeszcze coś powiedziała, cisnęła papieros na pokój i padła uśpiona.
Przeczekał cierpliwie kilka minut i odszedł równym, automatycznym krokiem, starannie zawierając za sobą wszystkie drzwi; w przedpokoju nasłuchiwał czas jakiś, ubrał się poomacku i najspokojniej wyszedł, ale przed domem zabrakło mu nagle sił, zatoczył się na ścianę i długo dyszał, nie mogąc się poruszyć z miejsca; dopiero kiedy psy rzuciły się do niego z radosnem skomleniem, zerwał się i zaczął gwałtownie uciekać, bo mu się naraz wydało, że ktoś za nim krzyczy:
— Złodziej! Trzymajcie! Złodziej!
Uciekał przez ogród jakby oszalały, ale zastąpił mu drogę na plant jakiś osobowy, który przesuwał się dziwnie powoli, migocąc oświetlonemi oknami, niby rzędem wytrzeszczonych, uciekających oczów. Józio zasłuchał się tak głęboko w rytmiczne uderzenia kół o szyny, że zapomniał o wszystkiem. Zbudziła go dopiero głucha cisza. Obejrzał się trwożnie — pociągu nie było już nawet widać, dom Buczka szarzał ośnieżonemi dachami, a za nim czerniała potężna ściana lasu. Zrobił parę kroków i znowu przystanął, jakby się nad czemś namyślając, rozglądał się przytem na wszystkie strony i słuchał z wytężeniem. Noc była cicha, deszcz ustał, a natomiast polatywał gęsty, puszysty śnieg, roje białych motyli wirowały w ciemnościach niezliczonemi skrzydłami, zasypując świat rozdrganym, sinawym brzaskiem i zaledwie odczutym szelestem, tylko niekiedy jęknęły przeciągle druty telegraficzne, jakby trącone rozełkanem westchnieniem, lub nadpływały głuche dudnienia dalekich jeszcze pociągów.
A Józio chwiał się, niby nad przepaścią, w jakiejś niemej, a straszliwej rozmowie z własną duszą, czasem zajęczał rozpaczliwie, czasem wzdrygał się lodowatym dreszczem, i coraz niżej, i coraz pokorniej schylał głowę, aż wreszcie ugiął się przed nakazem sumienia i z bohaterską rezygnacją powrócił do Buczka… Szedł głośno i hałaśliwie, umyślnie nawet trzaskając drzwiami — wracał, aby mu rzucić pugilares wraz z tem jednem słowem: „Ukradłem!“ I czekać spokojnie końca! I czekać, mój Boże, i czekać… i…
Spali jednak, jak zabici. Wołał na nich, szarpał — żadne się nie przebudziło. Wsunął pugilares na dawne miejsce i wyszedł prędko, ale na palcach… psy odprowadziły go na plant z jakiemś nieprzyjaznem warczeniem.
Nawet nie słyszał, wlokąc się ociężale i potykając na każdym kroku o szyny i podkłady… Bo i cóż, że skradzione pieniądze wrócił dobrowolnie i gotów się był oddać na łaskę i niełaskę Buczka, kiedy i tak podnosił się w nim srogi, karzący głos sumienia, który mu szeptał z nieubłaganą mściwością:
— Podły! Podły! Podły!
Napróżno wyciągał błagające rece, napróżno w skrusze najgłębszej się kajał, napróżno żebrał zmiłowania — ten głos straszny nie ścichnął, lecz wciąż z jednaką mocą szarpał mu mózg, że szedł jakby policzkowany i bity świszczącemi rózgami hańby…
Śnieg walił już tumanami, wytrząsał się, niby z worów niezgłębionych i zasypywał ziemię wilgotnemi puchami; noc zbladła i uczyniła się szarawem bielmem, lasy stanęły bez ruchu, ciche, zdrętwiałe i jakby zapatrzone w wełnistą ulewę śniegów, a tylko gdzie niegdzie z pod białych kożuchów wyciągały się nad Józiem jeszcze czarne, sękate gałęzie, jakby litościwie błogosławiące ręce, że, mimo wewnętrznej męki, zaczynał się im przypatrywać z coraz większą uwagą.
W domku, gdzie z wieczora konał dróżnik, błyszczało światło i drzwi były otwarte; zajrzał tam bezwiednie i skamieniał przerażony. Na łóżku rozciągał się zesztywniały, siny trup, obok niego paliła się wysoka gromnica, rozsiewając po całej izbie żółtawe, jakby ropiące światło; do nóg zmarłego tuliło się dwoje uśpionych dzieci, coś jeszcze pojękujących przez sen; w kącie, w kupie łachmanów, leżała nawznak jakaś kobieta z szeroko otwartemi ustami, twarz miała zgorączkowaną i szklistą od łez zastygłych, spała, jak zabita; a przy drzwiach, zwinięty w kłębek, chrapał stary chłop w baraniej czapie na głowie; ze ścian patrzyły surowe, martwe oczy świętych, i duży, biały zegar cykał monotonnie…
Izba zdawała się być martwem pobojowiskiem, z którego przed chwilą odeszła zwycięska śmierć, a tylko pozostały zamierające echa płaczów i zawodzeń…
Józio cofnął się, przejęty takiem uczuciem bezmiernego opuszczenia, że struga palących łez chlusnęła mu z oczów.
— I po całej paradzie! I po całej paradzie! — powtarzał rozpłakanym, smutnym głosem, biegnąc coraz prędzej wskroś nieustannie spadających śniegów.
Na stacji wszystko było jeszcze pozamykane; świeciło się tylko w kancelarji zawiadowcy, gdzie siedział dyżurny, jakby przykuty do aparatu telegraficznego — podniósł zaczerwienione oczy na Józia, skinął głową i stukał dalej, jak dzięcioł.
Na kanapce pod ścianą spał rozmamłany Soczek.
— Ma służbę o ósmej i jeszcze nie pojechał do domu! — zdziwił się Józio.
— Towarowy na haltsygnale! — ktoś krzyknął przez okno.
— Soczek prosił, żebyście go zabrali ze sobą; chciał nieco wypocząć i został…
— Pijany, jak bela! Tak się biedak zmartwił krupnikiem, że już ani rączką, ani nóżką…
— Zabawa musiała być szampańska! Widziałem, że wszystkim kurzyło się ze łbów, a Kaczyński pobił się przy tej okazji z Zielonką.
— O cóż im poszło? — pytał obojętnie, usiłując postawić Soczka na nogi.
— Nawymyślał mu od czerwonych, parszywych ryjów, tamten trzasnął go naodlew w zęby, potem zaczęli się tak serdecznie młócić, że ledwie ich rozdzielili.
— Kaczyński chyba mu tego nie puści płazem…
— Odbił mu zaraz na miejscu z dobrym procentem! A przy tem obaj byli prawie nieprzytomni. Podobno i wy byliście tak wstawieni, że nie mogli się was dobudzić?…
— Ale przespałem się i, jak widzicie, jestem teraz obecny i przytomny.
— Psiakrew, a człowiek musi warować całe noce, jak pies na łańcuchu.
— Wstawaj pan! Pociąg na stacji! — zakrzyczał Józio, dźwigając Soczka, który wreszcie otworzył oczy i naraz zaśpiewał chrapliwie:
— „Pora zdarza, pora zdarza! Pijmy zdrowie gospodarza!“.
I zwalił się zpowrotem na kanapę.
Musieli go zanieść do pociągu. Ale skoro tylko rozległ się sygnał odjazdu i szczęknęły ruszające wagony, Soczek się przebudził, mocno osadził na nogach i, macając przed sobą, zabełkotał:
— Jazda, Świderski! całą parą!
Zrobił kilka automatycznych ruchów i znowu zasnął.
Józio czuwał nad nim troskliwie i, chociaż był niezmiernie znużony, nie potrafił zasnąć ani na chwilę, tylko patrzył w okno i zadumywał się coraz smutniej.
Posępny świt już mglił się w przestrzeniach; wstawał brzydki, mokry i zimny dzień marcowy, drzewa stały obwalone śniegiem, a pola ciągnęły się, jak przemiękły, podarty i splamiony obrus; z brudnego nieba sączył się drobny, przenikliwy deszczyk.
— Muszę zacząć inaczej żyć! — rozmyślał Józio. — Jak wszyscy porządni ludzie, normalnie! — dopowiedział sobie z wielką stanowczością, gdy wysiedli na swojej stacji.
Soczek był już prawie trzeźwy; ale kiedy ruszyli do domu, musiał się trzymać Józia, bo nogi mu się coś dziwnie plątały i z trudem utrzymywał równowagę.
— Niepotrzebnie się skułem! — narzekał, wycierając sobie twarz śniegiem. — A nie mówcie czasem żonie o mojem trynknięciu! Kobiety nie rozumieją prawdziwej zabawy! — zauważył.
W sieni Magdzia nastawiała samowar i było pełno gryzącego dymu.
— Pani wstała? — spytał, usiłując stanąć prosto.
— A bogać! dyć prawie od samego północka wyczekuje!
— Dawaj prędzej samowar! Chodź pan do nas na herbatę, proszę pana bardzo — szepnął ciszej.
Wciągnął go do pokoju, mimo energicznego oporu, i tem zażegnał narazie burzę, gdy pani Zofja zaintonowała zaraz na wstępie przez uchylone drzwi sypialni:
— Jesteś nareszcie, bydlaku jeden! Ty, obmierzły opoju!
— Zosiu! Pan Józio przyszedł ze mną na herbatę! — odezwał się jak mógł najsłodziej.
Drzwi się z trzaskiem zawarły. Spojrzeli na siebie, a Soczek rzekł z uśmiechem:
— Z żoną, uważa pan, to tak: jeśli zaraz z miejsca nie chlaśnie w pysk, to już się skończy wszystko na fluksji, łzach i rozbijaniu talerzy o moje pieski! Jakoś mi, psia twarz, niedobrze… pojadę, czy co? A możeby tak klin klinem?
— Gotowe! — odpowiedział apatycznie Józio.
— Kilonek czystej z angielskiemi kroplami, śledzik z cebulką, a na zakończenie kawał razowca ze słoniną… Toby nam kiszeczki ślicznie wyaksamitniło! Zosiu! daj mi klucz od kredensu.
— Powstrzymaj się z bólami! — odpowiedziała niezbyt uprzejmie.
— Bo pójdziemy do panny Marychny! — żartował, rozzuchwalony obecnością Józia.
— Możesz się do niej wyprowadzić, nie bronię! — rzekła wzgardliwie, ukazując się na progu.
Była udrapowana w burnus straszliwie kraciasty, głowę miała obwiązaną w czerwoną chustkę, z pod której wysuwały się figlarne papiloty, twarz mocno upudrowaną, słodki uśmiech na wargach, w oczach pioruny, ledwie hamowane.
— Ładnie się sprawujecie! Siódma rano! Nie wiedziałam, że i pan lubi pijatyki…
— Ta pijatyka była tylko zwykłem pożegnaniem kolegi!
Nie podobał mu się jej ton.
— Przecież o orgjach u pana Buczka rozpowiada cała kolej…
— I cała kolej plotkuje, jak zawsze, i plotkuje głupio! — wykrzyknął rozdrażniony.
— Kruk krukowi oka nie wykole! Ależ pan go broni gorąco…
— Bo go znam dobrze i wiem, jakie skromne życie prowadzi.
— Buczek i skromność!… doprawdy, to warte śmiechu! — zachichotała wymuszenie.
— Zosia ma rację; dajcie sobie co z garderoby i na zgodę napijmy się gorzałki — zadecydował Soczek, nalewając kieliszki. — Przecież miała go czas poznać: mieszkał u nas przeszło rok, stołował się, jak i pan, a wciąż ją malował na różne fasony. No, chaim, panie Józiu!
— Nie wiedziałem, ale teraz pojmuję, że zna go pani lepiej ode mnie — powiedział z takim naciskiem, że oblała się rumieńcem, a Soczek odezwał się napół żartem:
— Ona tak zawsze: z każdym najpierw przyjaźnie, serdeczności, ansamble, spacery, a potem bij-zabij na niego, i ja muszę wymawiać komorne i szukać nowego lokatora.
— Bredzisz, jak Piekarski na mękach! — syknęła, usuwając się w cień samowara.
— Jak Boga kocham, mówię prawdę, a nie tak było i z Rudym Dzięciołem, co?
— Schowaj sobie w nos takie prawdy! Upiłeś się i nie wiesz sam, co pleciesz…
— A właśnie, że wiem, a właśnie, że będę mówił, psia twarz… a właśnie tylko po pijanemu człowiek poczciwy mówi prawdę! Nie zabronisz! Jak chcę, to wszystko powiem!
Unosił się coraz bardziej, groźnie tocząc pijanemi oczami.
— To szczekaj-że sobie choćby przed całym światem! — wybuchnęła.
— A właśnie, że będę, jak mi się to spodoba! — wykrzykiwał z pijackim uporem i bił pięścią w stół.
Józiowi naraz obmierzli oboje i wydali się tak płascy, ordynarni, nienawistni, że ze wstrętem odsunął herbatę i, nie zważając na błagalne spojrzenia Soczkowej, uciekł do swego mieszkania. A chociaż po chwili zaczęły go dochodzić zdołu brzęki rozbijanych talerzy, żałosne skomlenia piesków i jakieś płaczliwe wrzaski, ze szczętem zapomniał o Soczkach, gdyż przypomnienie tamtej sceny u Buczka znowu chwyciło go za gardziel dzikim spazmem wstydu.
— Boże, co ja zrobiłem! Jak ja mogłem! — jęczał, biegając gorączkowo po mieszkaniu.
Magdzia przyszła napalić w piecu i szeroko rozpowiadała o kłótni Soczków, ale nie zrozumiał ani słowa, pochłonięty rozmyślaniem, i gdy się wyniosła, zamknął drzwi za nią na klucz i szepnął z mocą.
— Dosyć tych głupich mrzonek, dosyć! Od dzisiaj zacznę nowe życie! Mogą tak żyć inni, to mogę i ja, nawet muszę i będę!
Rzucił się na łóżko i usiłował sobie wyobrazić to swoje przyszłe, normalne życie, to życie bez żadnych mrzonek i złudzeń; życie, jakiem żyli wszyscy — ale dojrzał tylko przed sobą szarą, monotonną, nieskończoną pustynię lat, wypełnioną nudą i pracą…
— Przecież tak żyją miljony, tak żyją wszyscy na świecie! — wmawiał w siebie coraz zapamiętalej, aby uśpić tę bolesną trwogę, jaka w nim równocześnie powstawała.
Uciekł do swojego sanktuarjum i żałosnemi oczami przeglądał te skarby, zbierane przez całe lata z takim trudem a miłością.
— A jeśli gorszy cię twoje oko, wyłup je! — usłyszał jakiś surowy, nakazujący głos.
— Pojmuję, tak, trzeba z tem skończyć! — szeptał pokornie.
Jeszcze raz rozejrzał się po pokoju i rzucił się gwałtownie na wielką mapę Europy, wiszącą na ścianie, podarł ją w strzępy i skopał z nienawiścią, jakby najgorszego wroga…
Potem całe naręcze Baedeker’ów zwalił pod piec, poszarpał i cisnął w ogień.
Srożył się, jak burza, podniecał i z coraz większą nienawiścią rwał wszystko i niszczył. Ale kiedy przyszła kolej na albumy z widokami, zawahał się na mgnienie, i serce ścisnął straszny żal; przemógł się jednak i zaczął je tak samo drzeć i palić, tylko że już przez gęste łzy patrzał, jak płomienie ogarniały te lazurowe morza, jak ogniste fale pożerały jego wymarzone miasta, jak ginęły te wyśnione, dalekie lądy i te spowite serdeczną tęsknotą góry, jak obracały się w popiół i nicość, że chwilami wyrywał je z ognia, całował z uniesieniem, sycił po raz ostatni oczy i, modląc się do nich najcięższą z rezygnacyj, dawał nieubłaganie na zatratę.
— Nie będę przez was złodziejem, nie będę! — wołał z płaczem, waląc do pieca coraz to nowe góry książek, broszur, kart i rozkładów jazdy na wszystkie koleje świata.
I czuł, że po każdej kartce i po każdym zniszczonym widoku otwiera mu się niezagojona rana i spływa krwią serdeczną — że z każdym spalonym strzępem obumiera w nim jakaś cząstka jego duszy — że jest już, jak nagie, martwe drzewo, z którego burza odarła wszystkie zielone liście żywota; ale kiedy skończył, odetchnął z niezmierną ulgą, jakby po męczącym, długim śnie.
— Zabiłem zmorę, teraz jestem wolny! — pomyślał, ale bez radości.
I poszedł na służbę, bo już u Soczków biła dziewiąta.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.