Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Niby bez żonów? juści. Jest ino ta panna, co się cięgiem szwenda po stacjach. Obyłoby się to bez niej! Jeszcze onegdaj przyszła w nocy i siedzi…
Wyminął ich jakiś towarowy, ciężko sapiący pod górę.
— Pociąg za nami, już przechodzi stację! — meldował któryś z robotników.
— Ostro, chłopcy, żeby chociaż zdążyć do przejazdu…
Głuchy, prędki, monotonny a rozdygotany łomot kół zbliżał się do nich z coraz większą szybkością, że ledwie zdążyli zrzucić wózek, pociąg przeleciał, jak huragan, czerwonemi światłami zamigotał i przepadł gdzieś w nocy i głębokich przekopach.
— A tam co się dzieje? Biją się, czy co? — spytał naraz Józio, wskazując na jakieś oświetlone okna niedaleko przejazdu, z których wydobywały się rozpaczliwe zawodzenia.
— Zaśby się ta bili! To ino Kowalik wyciąga kopyta i targuje się ze śmiercią. To ten, co go to pociąg zmaglował! — objaśniał dróżnik.
— Nic o tem nie słyszałem! Kiedy?
— A tej nocy, jak pociągi stanęły! Był na obchodzie; kurzyło, że ręki nie dojrzał, ekspres tyrpnął go buforami, jaże mu popękały wszystkie żebra, i gotowy! Będzie dopiero z rok, jak nasz pan zrobił go dróżnikiem. Prędko wysłużył, prędko! Dycha to jeszcze, Michał, co? — krzyknął do jakiejś latarni, śpieszącej z domu do przejazdu.