Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Na jeden dzień Paryża wystarczy! — szepnął Józio z wymuszonym uśmiechem, nie mogąc oderwać oczu od pieniędzy i mimowoli dotykając ich palcami.
— Nie jadę przecież na hulankę! Musi mi starczyć, co najmniej, na dwa lata. Bilety dała mi dyrekcja do samego Paryża. Nie wydam już przed wyjazdem ani grosza.
— I nie obawiacie się przyszłości?
— Jeżeli mam talent, to jutro moje, a jeśli nie… — zawahał się trwożnie.
— To na kolej zawsze wrócić można… — podsunął Józio z ironją.
— Nie wątpię, że może się doczekamy kiedyś tej szczęśliwej chwili.
— Nie za rok, to za dziesięć… w każdym razie usłyszycie o mnie!
— Czekaj tatka latka, aż kobyłkę wilcy zjedzą! — bryznął zjadliwie Józio, nie mogąc już ukryć rozdrażnienia, lecz Mikado nie dosłyszał, gdyż równocześnie wybuchnęła przy stole gwałtowna kłótnia. Swiderski ogniście czegoś dowodził, a prawie całe towarzystwo napadało na niego tak namiętnie, aż Zielonka trzasnął pięścią w stół i zakrzyczał:
— Psiakrew, ryje burżujskie! trzeba was sparzyć ukropem, jak pluskwy, to może prędzej odczujecie, że i robociarz jest człowiekiem, że i jemu należą się ludzkie prawa! Ale powiadam wam: „Nadejdzie wkrótce dzień zapłaty! Sędziami będziem my!“