Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


latały między nimi, a jakiś zgrany wykrzykiwał żałośnie:
— A niech psy gryzą takie szczęście! To mam pech!
Rzucał karty, zrywał się od stołu, pożyczał od przyjaciół i znowu zasiadał do gry.
Tylko Józio w niczem nie brał udziału. Siedział przy drzemiącym Kaczyńskim i przypatrywał się Buczkowi, ale nie mogąc znieść jego rozpłomienionej szczęściem twarzy, zaczął spacerować po całem mieszkaniu, zajrzał nawet do kuchni, gdzie Maciuś z robotnikami od wózka również wesoło się zabawiali, wychodził przed dom na zimny wiatr i deszcz, lecz nie mógł nigdzie zgubić straszliwego żalu, jaki nim miotał, ni tej okropnie żrącej zazdrości, ni tego poczucia beznadziejnej niemocy.
Chwilami, bezwiednie, chwytał się za kieszeń, jakby chcąc dotknąć się tych pieniędzy, jakie mu pokazywał Mikado — i ręka mu opadała, a duszę mroczył jeszcze sroższy tuman udręczeń i zawiści. Pił z Soczkiem, pił z Kaczyńskim, przepijał z każdym, kto tylko chciał, ale wódka zupełnie na niego dzisiaj nie działała, był przytomny aż do bolesnej świadomości wszystkiego, co się w nim dzieje.
Położył się wreszcie na otomanie i, leżąc z szeroko otwartemi oczami, zatapiał się w sobie coraz głębiej; dawał nurka w taką otchłań, że wszystkie wrzaski zewnętrzne odbijały się o niego słabemi, dalekiemi echami; gonił za jakąś myślą, która zwolna wyłaniała się na jaśnię, stawała się