Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ostatnią parą już zipie, do rana skończy! A tak się chudziak morduje, jaże straszno patrzeć! — odpowiadał przełzawiony głos.
— Był doktór?
— Przyjeżdżał trzy razy. Zrobił swoje, a teraz śmierć robi swoje…
Nie było czasu na dłuższe rozgadki; wózek znowu się potoczył, ale już znacznie wolniej i ciężej, gdyż droga zaczęła się wznosić pod górę i łukami, a przytem wiatr bił w twarze i deszcz zacinał coraz gęstszy, że uważniej oglądali się na sygnałowe światła, które, niby oczy wyzierające z ciemności, stróżowały nad linją kolejową.
Ale kiedy przejeżdżali wysoki, czarny bór, zrobiło się im jakoś strasznie, bo tak ponuro szumiały drzewa, tak żałośnie jęczały druty telegraficzne i takie dziwne głosy hukały w leśnych ciemnicach, że poczuli jakby śmierć, krążącą dokoła, aż niejeden się żegnał i pacierz szeptał, zaś dróżnik zaczął się cicho wyżalać przed Józiem na swoją ciężką dolę:
— Człowiek się drze na służbie prędzej tego buta. Jakże, przecież piątek czy świątek, deszcz czy mróz, dzień czy noc, jednako musi się warować! A te maszyny, panie, to jak wściekłe zwierzaki: ani się spodziejesz, kiej cię przychwyci, a na śmierć zakatrupi! Nawet ten łańcuchowy pies ma lepiej, bo mu chociaż na noc dają folgę…
— To prawda! — przytwierdził, ale naraz spytał szorstko: — daleko jeszcze?