Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Będzie ze trzy wiorsty, zaraz za lasem.
— Cóż, nie żal wam pana Buczka?
— Juści co żal! dobry przecież pan, sprawiedliwy, wyrozumiały i nie zdzierus, jak drugie! A z każdym się rozmówi po ludzku, pośmieje i tak o wszystko wypyta, jaże człowiekowi robi się lżej na duszy. Mnie to nawet chłopaka trzymał do chrztu! A czy to prawda, co ludzie bają, jako wyjeżdża uczyć się, niby na tego malarza?…
— Prawda! — odparł takim tonem, że dróżnik zaczął mówić odważniej.
— Tego to już nie poradzę wyrozumieć, żeby taki pan, taki nizinier, a szedł się uczyć do malarzów. Przecie, za przeproszeniem pańskiem, to wstyd dla takiego urzędnika! Jakże, taki nauczny, taki szlachcic, a będzie skakał po drabinach, kiej wiewiórka, i pendzlem zamiatał ściany! Na służbie też mu źle nie było: i krowy miał, i konie, i spory kawał ziemi, i uważanie, bo sam nieraz widziałem, jak naczelnik prowadzał się z nim pod pachę, panowie na stacji żyli z nim w przyjacielstwie, ksiądz dziekan przyjeżdżał na karty, a teraz będzie se takim łachmytkiem, takim prefesjantem! Chyba mu się cosik w głowie popsuło?
Józio parsknął śmiechem.
— A drugie znowu powiedają, co pan Buczek wyjeżdża do ciepłych krajów.
— Tam, gdzie pieprz rośnie i płoty grodzą cynamonem! — rzucił drwiąco.