Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Łóżko stało w drugim końcu pokoju, obok szerokiego okna, z którego sączyło się nieco mętnego brzasku, drzewa chwiały się za szybami, a niekiedy gałąź trącała w szkło jakby suchym, kościstym palcem, poduszki bielały z mroków, niby z pod sadzy, zegar szeleścił swojem wiecznem: raz, raz, raz, raz! oddechy rozlegały się rytmicznie…
Już stanął przy łóżku, gdy Mikado się poruszył i coś zamruczał przez sen.
Józio nie drgnął i cierpliwie czekał przez długą chwilę…
Przeszła jednak. Posunął się nieco naprzód i tak się nisko nad nimi pochylił, że poczuł ich gorące, przesycone wódką oddechy. Wyprostował się machinalnie, aby zaczerpnąć powietrza; robiło mu się strasznie gorąco — i chociaż był zupełnie spokojny, serce tłukło mu się, jak obłąkane…
Nadeszła ostatnia chwila… jeszcze jeden krok… jeszcze jedno sprężenie woli… jeszcze tylko jedno wyciągnięcie ręki… Naraz — dziw, że nie krzyknął, dotknął się bowiem spuszczonej bezwładnie głowy Frani; sparzyła go, jak rozpalone żelazo… Zawahał się przez mgnienie… ale zebrał wszystkie siły, wsunął rękę pod poduszkę i wyciągnął pugilares, uderzając równocześnie łokciem w stolik, aż coś z brzękiem zleciało.
Zmartwiał, jakby zabity na miejscu.
— Kto tu? — zamruczała sennie Frania. — Kto? — powtórzyła, macając po stoliku.