Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 184 —

— Boże, co ja zrobiłem! Jak ja mogłem! — jęczał, biegając gorączkowo po mieszkaniu.
Magdzia przyszła napalić w piecu i szeroko rozpowiadała o kłótni Soczków, ale nie zrozumiał ani słowa, pochłonięty rozmyślaniem, i gdy się wyniosła, zamknął drzwi za nią na klucz i szepnął z mocą.
— Dosyć tych głupich mrzonek, dosyć! Od dzisiaj zacznę nowe życie! Mogą tak żyć inni, to mogę i ja, nawet muszę i będę!
Rzucił się na łóżko i usiłował sobie wyobrazić to swoje przyszłe, normalne życie, to życie bez żadnych mrzonek i złudzeń; życie, jakiem żyli wszyscy — ale dojrzał tylko przed sobą szarą, monotonną, nieskończoną pustynię lat, wypełnioną nudą i pracą…
— Przecież tak żyją miljony, tak żyją wszyscy na świecie! — wmawiał w siebie coraz zapamiętalej, aby uśpić tę bolesną trwogę, jaka w nim równocześnie powstawała.
Uciekł do swojego sanktuarjum i żałosnemi oczami przeglądał te skarby, zbierane przez całe lata z takim trudem a miłością.
— A jeśli gorszy cię twoje oko, wyłup je! — usłyszał jakiś surowy, nakazujący głos.
— Pojmuję, tak, trzeba z tem skończyć! — szeptał pokornie.
Jeszcze raz rozejrzał się po pokoju i rzucił się gwałtownie na wielką mapę Europy, wiszącą