Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Odknaj, brachu! Miejsca, panowie! Krupnik wjeżdża! — wydzierała się Frania, rozpychając wszystkich przed Soczkiem, niosącym uroczyście ogromną, płonącą wazę. Pogasły momentalnie lampy i w tem chybotliwem, błękitno-krwawem świetle krupniku, twarze uczyniły się upiorne, sine, zwarli się dokoła Soczka w milczeniu, wyciągając szklanki, a on nalewał każdemu z nabożnem namaszczeniem i, gdy skończył, Dzięcioł przystąpił do Buczka i zawołał:
— „A teraz każda twarz czerwona, czy blada
„Niechaj wraz krzyknie: Za zdrowie Mikada“!
Ryknęli ze wszystkich sił i zaczęli go brać w ramiona, całować i wrzeszczeć, jak opętani. Zahuczało, niby w ulu, ale hałas jeszcze się powiększył, gdyż trzy ogromne psy wdarły się do pokoju i, biegając, szczekały radośnie, a za niemi ganiał zrozpaczony Maciuś, usiłując je połapać. Zrobił się z tego nieopisany harmider, aż Frania padła na kanapę i, bijąc nogami, śmiała się do rozpuku i krzyczała, ale wnet się przyciszyło, bo Dzięcioł zadzwonił w butelkę i wniósł toast:
„Przyszedł czas panowie,
„Żeby wypić Soczka, Soczkowej i Soczątek zdrowie“.
Zatrzęsło się od nowych wiwatów, śmiechów i krzyków!
Zapalono zpowrotem lampy, wszyscy się porozsiadali, gdzie komu było wygodniej; Mikado