Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Naraz dzwonek zahuczał tak gwałtownie, że aż wszyscy raptem przycichli.
— Fijoły! — zawołał ktoś trwożnie.
— Nie puszczać! Zgasić lampy! Maciuś! powiedz, że niema nikogo! — podniosły się ciche wołania ze wszystkich stron, lecz nim się Maciuś zjawił, Mikado sam poleciał zobaczyć, kto się tak dobija do drzwi.
Zaległo złowrogie milczenie, spoglądali na siebie z niepokojem, Frania srodze wylękniona, przywarła do Józia, gruby dozorca odwrócił się do ściany i zachrapał, udając śpiącego.
— Zuchy — psia ich mać! — zamamrotał Kaczyński. — Chyba się napijmy, a?
Ale po chwili wrócił Mikado z jakąś depeszą w ręku i zakrzyczał radośnie.
— Mój mecenas dokłada mi jeszcze na drogę!
— Kiedy tak, to „Mecenasa zdrowie — wypijmy panowie!“ — zarymował chudy telegrafista, przezywany Rudym Dzięciołem, podnosząc kieliszek.
— Niech żyje i niechaj mu się darzą dzieci! — huknął dozorca, zrywając się z kanapy.
— Brawo! Niech żyje! Wgórę go! — Podniósł się wrzask i zabrzęczały szkła.
— Śpiewajmy dalej! Zaczynam! Raz, dwa! „A kolor…“ Gotowe, panowie, Jazda!
— „A kolor jego jest czerwony…“ — Źle! Świderski, fałszujesz, psia twarz! „A kolor jego…“
— Halte pisk, Zielonka! Możemy zato beknąć — gasił go energicznie dozorca.