Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Można! Wykrzyczą się, to im ulży. Czy Soczka nie było?…
— Siedzi w kuchni, doprawia krupnik. Tęskno panu do niego?
— Mnie się już z tego bebechy wywracają do góry nogami. Chyba się napijemy, co?
— Gotowe. Słychać aż na plancie, żeby się tam nie znalazły jakie niepotrzebne uszy…
— Maciuś, spuśćno z łańcucha pieski, to przypilnują. Nalej, Franiu, piwa!
— Ja mam już dosyć; ten śpiew bardziej idzie do głowy, niźli gorzałka.
— Wyją, jak psi na nowiu. Psia ich mać papuaska! — mamrotał coraz zawzięciej.
— Jakto, nie lubi pan tej pieśni?
— Jestem z sześćdziesiątego trzeciego, a nie żaden międzynarodowy gnojek! — krzyknął groźnie, aż Frania znowu nalała kieliszki, skwapliwie dobierając się do swojego.
— Nie pij! już się ledwie trzymasz na nogach — wstrzymał ją Józio, odbierając kieliszek.
— Tylko ździebełeczko! Tylko kapeczkę, tylko usta umaczam! Przecież sama robiłam ten wiśniak! — bełkotała prawie już nieprzytomnie, usiłując odebrać chociaż butelkę, i naraz zaśmiała się, skoczyła na krzesło i, wytrząsając pięściami, zaczęła śpiewać przepitym, schrypniętym głosem:

„Niech zginie stary podły świat.
............
Dalej więc, dalej! Wznieśmy śpiew…“