Marzyciel (Reymont)/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Marzyciel
Wydawca Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Data wydania 1932
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
X.

A rano o zwykłej godzinie poszedł na służbę, ale przez cały dzień był dziwnie cichy i melancholijny, wzdychał, przyglądał się rozsłonecznionym polom i wychodził na każdy osobowy, aż go zapytał zawiadowca:
— Czeka pan na kogo?
— Nie, nie! — zaprzeczał, uśmiechając się przytem dwuznacznie.
— Znowu pan wczoraj latał na randkę do Warszawy!
— Cóż znowu!… byłem za interesami.
— Blondyna czy bruneta? Niech się pan przyzna! — nacierał zawiadowca.
— Ruda! — szepnął Józio tajemniczo. — Atłas i lilje! Brzoskwinia, obsypana puszkiem!
— Piegowata i może nawet Żydówka! Bóg zapłać za cebulkową brzoskwinię!
— Autentyczna Angielka! Ani jednego słówka po polsku. Dama z towarzystwa! — szeptał z coraz większą zapalczywością.
— Gdzieżeś pan poznał taki specjał? — pytał, mocno zainteresowany.
— W pociągu! — zawołał triumfująco i zaczął snuć zaraz, na poczekaniu, nadwyczajną historję. — Pojechałem rzeczywiście za interesami. Wsiadłem do pierwszej klasy. Już tam siedziała jakaś para. Ona: rudo-złoty cud z szafirowemi oczami, biała, jak śniegi, usta krwawe, postawa królowej! On; dryblas pod sufit, wygolony, szczęka krokodyla, oczy ugotowanego karpia, ukratkowany od stóp do głowy i mina lorda z pism humorystycznych. Siadłem naprzeciwko niej. Szampańska kobieta! więc po jakimś czasie zaczynam do niej sypać oko — nic; ponawiam atak — nic, marmur! Próbuję telegrafować… cofnęła nóżkę, ale się uśmiechnęła.
— I pan się odważył tak obcesowo?
— To moja metoda! Z kobietami tylko zapalczywie i bezczelnie… to albo się zaraz, z miejsca, dostaje w pysk, co zresztą nie przesądza o niczem, albo, idzie jak po maśle…
— Można także dostać kijem od męża! — zauważył ironicznie zawiadowca.
— Ależ to byli kulturalni ludzie! — wykrzyknął z druzgocącą wyniosłością.
— I kulturalni tłuką kochanków swoich żon! A pamięta pan, jak to zbił kijem zawiadowca z Rososzy tego Rudego Dzięcioła?
— To było zwyczajne chamstwo! Bili się, jak parobcy, na peronie, przy wszystkich! Trudno, żebym takich zaliczał do kulturalnych ludzi. Dajmy im spokój. Wracam do opowiadania. Para rozmawiała po angielsku, kłócili się zawzięcie, jak najprawowitsi małżonkowie. Na tym jedynym punkcie arystokracja nie różni się niczem od gminu. Przysłoniłem się gazetą i, zapuszczając do niej żórawia, manewrowałem w dalszym ciągu. Odpowiedziała wreszcie, ostrzegając oczami przed mężem… — opowiadał gorąco, porwany własną blagą.
— Ależ to chyba była kokota?
Józio uśmiechnął się pobłażliwie i rzekł z głębokiem przekonaniem:
— Proszę pana, nawet najporządniejszej kobiecie może się chociaż raz w życiu zdarzyć jakaś romantyczna przygoda. Chyba, że za brzydka i za głupia! Otóż, zachęcony jej uśmiechem, próbuję znowu telegrafu, gdy naraz dryblas się zrywa i zaczyna czegoś szukać po przedziale. Pokazało się, że zapomniał jakiejś walizy na granicy. Na pierwszej stacji chce telegrafować, ale, naturalnie, nikt go nie rozumie, ani słowa. Wtedy ja występuję w roli Opatrzności, załatwiam wszystko i już dalej jedziemy w dobrej komitywie. O zmierzchu byliśmy na takiej stopie przyjaźni, że prosił mnie w zaufaniu o pokazanie nocnego życia Warszawy, a ona coraz milej na mnie patrzała. Stanęliśmy w jednym hotelu i reszta poszła gładko, aksamitnie, powiadam panu, aksamitnie…
— Wprost nie do uwierzenia, żeby mieć takie szczęście! — westchnął zazdrośnie zawiadowca. —
Ale nie pojmuję, kiedy?… jak? Przecież musieli oboje stanąć w jednym numerze?
— Przedewszystkiem mała informacja. Tacy ludzie zajmują zwykle cały apartament, gdyż jeżdżą ze służbą! A reszta… mój Boże, od czegóż spryt, przemyślność i wprawa! — zaśmiał się z drażniącą pewnością siebie. — Obwiozłem go po różnych miejscach i pokazałem, co tylko jest w Warszawie godnego widzenia między północą a wschodem słońca. Naturalnie woziłem go po miejscach, otwierających się tylko dla wtajemniczonych, tam, gdzie się tylko gra, i tam, gdzie się tylko wybiera, i tam gdzie się tylko patrzy…
— Naprawdę pan zna takie domy w Warszawie? — spojrzał niedowierzająco.
— Mogę pana o tem przekonać, ale uprzedzam: to kosztuje gruby grosz!
— A niechże pana drzwi ścisną! Historja, jakby z książki!
— Życie, panie, to najciekawszy romans! — powiedział Józio sentencjonalnie.
— Szczęśliwy z pana chłop! Mój Boże, ja tylko raz próbowałem zrobić w pociągu taką karjerę i zrobił się bigos, że omal nie wyleciałem z posady. Trafiłem na siostrę jednego z naszych dygnitarzy! A co potem miałem od żony, tego najgorszemu wrogowi nie życzę. Muszę już lecieć… Ale… Przyjdź pan do nas na kolację… Przyjechała panna Kalińska.
— U państwa to już stała panieńska załoga! I często się zmienia.
— Bo moja żona pasjami lubi swatać!
— A pan także ma na tem porękawiczne, co?
— Bywa i tak, bywa! Przyjdziesz pan? bo muszę panie uprzedzić…
— Dzisiaj nie mogę. Zaraz z wieczora jadę do Mikada na pożegnalną bibę…
Jakoż wcześniej zwolnił się ze służby i poleciał do domu, aby się przebrać. Ale pani Zofja czuwała… Więc pojechał dopiero koło północy jakimś towarowym…

· · · · · · · · · · · · · · · · · · ·
· · · · · · · · · · · · · · · · · ·



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.