Marzyciel (Reymont)/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Marzyciel
Wydawca Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Data wydania 1932
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IX.

Pociąg już stał pod peronem i chmury Żydów tłoczyły się do niego z wrzaskiem. Józio chyłkiem przedostał się do wagonu i pojechał, ale całą drogę przepędził na korytarzach, spacerując nieustannie po całym pociągu.
Wagony trzeciej klasy były nabite i pełne dymu i szwargotów; w drugiej jechało znacznie mniej osób, a pierwsza była prawie pusta, tylko w jednym z przedziałów zbierali się konduktorzy w przerwach między stacjami, rżnęli w karty i zajadle się kłócili.
Pociąg leciał jak oszalały i z przeszywającym świstem przelatywał małe stacyjki, zatrzymywał się na większych, wyrzucał pasażerów, nabierał nowych i znowu pędził całą siłą pary, rozwłócząc za sobą skłębione, czarne smugi dymów.
A Józio, niby automat, wciąż spacerował po pustych korytarzach i przez powywierane drzwi do przedziałów przyglądał się nieznajomym twarzom i słuchał rozmów, przygłuszanych nieustannym hukiem kół. Ale w trzeciej klasie było mu za brudno i za ciasno, a przy tem jakiś podpity drab grał na harmonijce i wściekle przytupywał; w drugiej było mu znowu za nudno, gdyż wszyscy siedzieli z uroczystemi minami, rozmawiali szeptem, jakoś nieufnie spoglądając na niego; wracał więc do pierwszej, otwierał okno i przez dłuższą chwilę włóczył oczami po zaśnieżonych polach, zamkniętych granatową, daleką linją borów.
Wiosnę już było czuć w powietrzu, słońce świeciło jasno, przejrzyste chmury białemi puchami leżały na lśniącem, błękitnem niebie, po nagich drzewach świergotały wróble, a wilgotny, rzeźwy wiatr chłodził mu zgorączkowaną twarz.
— Kogo rubelek swędzi, niech do sztosika popędzi!
— Ignac, a stasuj uczciwie, żebym ci znowu na cyferblat nie wjechał towarowym!
— Bez komplimentów! Zebrać! Przeciąć! Gotowe! Kto ze mną jedzie za gotówkę?
— Walę w piąteczkę, oczko dziesięć kopiejeczek!
— Rubelek stoi na damie! Syp Ignac, na całego, cholero, z marcepanem!
— Piąteczka, moja! Płacić! Ósemka, moja! Nóżki na stół! Dama kładzie się sama! Gotówka!
Wykrzykiwali za jego plecami konduktorzy, odsunął się od nich z głębokiem lekceważeniem, a ponieważ właśnie minęli przedostatnią stację, zamknął się w pustym przedziale, otworzył walizę i przebrał się w nadzwyczajny, podróżny kostjum; włożył workowate nieprzemakalne palto, zawiesił na brzuchu podróżną lornetkę, nadział płaską angielską czapkę, wsadził na nos binokle i, skoro tylko pociąg przystanął, wyskoczył na peron. Był tak jaskrawo pokratkowany, że natychmiast otoczyli go tragarze. Oddał im walizę i łamaną polszczyzną rozkazał sprowadzić dorożkę i zawieźć się do Europejskiego hotelu.
Sprawiało mu głęboką przyjemność udawanie Anglika, więc jak prawdziwy cudzoziemiec rozglądał się z dorożki po ulicach i domach.
W hotelu nie mógł się porozumieć, aż musiano sprowadzić tłumacza. Zapisał się w książce przyjezdnych jakiemś angielskiem nazwiskiemi i, uprzedziwszy, że może będzie zmuszony wyjeżdżać jeszcze dzisiaj w nocy, kazał się zaprowadzić do kawiarni.
U Loursa było już tak natłoczone, że z trudem znalazłszy wolny stolik, bardzo głośno po angielsku polecił garsonowi podać sobie wody sodowej z whisky i ostatniego Times’a. Zwrócił na siebie ogólną uwagę strojem i angielszczyzną. Przy sąsiednich stolikach robiono już o nim złośliwe uwagi, a jakieś srodze wymalowane damy uśmiechały się do niego słodko, — ale mężnie znosił wszystko, ze sztywną wyniosłością, i nawet nie drgnął, gdy któraś powiedziała głośno, przyglądając mu się przez pince-nez:
— Ubrany jak August z cyrku, ale śliczny chłopak.
— Może jaki akrobata, lub żongler! — zauważyła druga.
Skończył Times’a i, przeprowadzany rozciekawionemi oczami, wyszedł na ulicę.
Modry zmierzch sypał się na miasto, zapalono latarnie, wystawy sklepowe kładły szerokie pasy światła na trotuary, zapchane publicznością, brzęczały setki przelatujących sanek.
Józio, nieco oszołomiony gwarem i ruchem ulicy, szedł coraz wolniej i obojętnie a zgóry spoglądał na przechodniów. Na rogu Królewskiej przyczepiła się do niego jakaś wiedźma w łachmanach z rozpłakanem dzieckiem na ręku, odsunął ją wyniosłym gestem. Potem chłopak z gazetami zaczął zastępować mu drogę i wykrzykiwał:
— Kur… Warszawski! Go… Wieczorowy! Niech wielmożna osoba kupi! Może jaśnie pan hrabia…
Józio zaklął, gdyż plątał mu się pod nogami, chłopak odskoczył i zawrzeszczał:
— Małpa pokratkowana! Pomaluj się zielono, burżuju jeden!
Zacisnął tylko zęby i szedł dalej równym, spokojnym krokiem. Zaczepiały go dziewczyny, przechodził sztywno, jakby mówiły nie do niego; sankarze wlekli się za nim natarczywie, zapraszając do przejażdżki, patrzył przed siebie jakimś szklanym wzrokiem, prawdziwie po angielsku, jak mu się zdawało. Włóczył się tak bez celu przez parę godzin, wstępując tylko do każdej większej kawiarni, aby zaimponować kostjumem, angielszczyzną i wodą sodową z whisky. Wszędzie też efekt był jednakowy, budził bowiem sensację, przyciszone szepty, ciekawe spojrzenia i bardzo złośliwe uwagi.
— Głęboka prowincja! Wstrętna dziura! — myślał wzgardliwie o Warszawie i niósł dalej swoje pokratkowane korty i kiepską angielszczyznę.
Był jeszcze w paru kinematografach i koło północy wstąpił do jednego z kabaretowych szynków, gdzie już panował nieopisany wrzask i nie było ani jednego wolnego miejsca, ale jakiś bardzo rudy i kędzierzawy jegomość skwapliwie zaprosił go do swojego stolika, i gdy Józio rozkazał garsonowi przynieść syfon wody i whisky, uśmiechnął się do niego przyjaźnie i zagadał angielsko-nalewkowskim żargonem:
— Pan pewnie tylko przejazdem?
— Yes! — odmruknął, rozglądając się po zatłoczonej sali.
— Zaraz poznałem, że pan zagraniczny! Ja mam oko! To śliczny, pierwszorzędny zakład i można się w nim wesoło zabawić — objaśniał, przysuwając się bliżej.
— Podoba się panu ta czarna? — wskazał jakąś mało ubraną damę, skaczącą po estradzie. — Fajna dziewczyna! Prawdziwa Węgierka! Niech pan uważa, jak ona zbudowana. To jest huśtawka sprężynowa, nie kobieta! To śliczny kawałek!
Mlasnął językiem i oblizał lubieżne, półfuntowe wargi.
Józio milczał, zwracając oczy na jakieś towarzystwo, trącające się kieliszkami.
— Pan pierwszy raz w Warszawie? — pytał niestrudzenie i nalał sobie whisky.
— Yes!…
Niecierpliwiła go już ta bezczelna natarczywość.
— Nie podoba się panu czarna? Ma pan gust… to nie dla pana. To jest oficerska zabawa! Ja mam oko… spojrzę i zaraz wiem, co komu potrzeba! Jak pan chce… ja nie namawiam… to możemy pojechać gdzie indziej. Ja mam duże stosunki! A może pan woli coś jeszcze fajniejszego? Prawdziwe damy? I to można znaleźć! Za dobry grosz…
Zaśmiał się tak wstrętnie, że Józio już się z trudem powstrzymywał, żeby go nie trzasnąć syfonem.
— Znam jeden prywatny dom, komfort pierwszej klasy, tylko dla arystokracji. Tam można zagrać, można zobaczyć ciekawe kawałki… jest w czem wybierać! A pod wielkim sekretem to można się zapoznać nawet z prawdziwą hrabiną! Daję słowo, pan mi bardzo podziękuje. A może pan chce jeszcze coś innego? — zapytał naraz i szepnął mu coś z pobłażliwym uśmiechem.
Józio poczerwieniał, zapłacił i odszedł, nie odezwawszy się ani słowa.
Rudy jegomość dopędził go przy drzwiach i szepnął nieco zakłopotany:
— Ja przecież bezinteresownie, tylko tak z przyjaźni…
Józio odwrócił się raptem i powiedział mu twardo i po polsku:
— Odczep się, żebyś z tej przyjaźni nie dostał w mordę, alfonsie jeden!
Rudy cofnął się prędko i jeszcze prędzej zginął wśród tłumów.
A Józio wszedł do garderoby i tuż za progiem spotkał się oko w oko z kolegą z sąsiedniej stacji, który, mocno podpity, rzucił mu się w ramiona.
— Jak się masz, Józiu! A to góra z górą się nie zejdzie, a gęba z wiechciem zawsze!
Odsunął go szorstko i rzekł wyniośle po angielsku:
— Przepraszam, nie mam przyjemności znać pana!
— W imię Ojca i Syna! A jabym był przysiągł! — bełkotał zdumiony.
Józio ani nie drgnął i, chociaż wytrącony nieco z równowagi, spojrzał na niego zgóry i, wzruszywszy ramionami, śpiesznie wyszedł, ale na ulicy oblał się krwawym rumieńcem wstydu i momentalnie odechciało mu się dalszego udawania. Był jednak zgnębiony tem spotkaniem i taki zły, że zrobił w hotelu awanturę o jakieś głupstwo, zabrał walizę i pierwszym osobowym powrócił do domu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.