Marzyciel (Reymont)/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Marzyciel
Wydawca Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Data wydania 1932
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VIII.

Brał przymrozek i chrupało pod nogami, ale noc była dziwnie mętna i jakoś ociężale, jakby w omdlałem wyczerpaniu, zwaliła się na śniegi; gwiazdy, niby bladawe motyle, drgały niekiedy w posępnej kurzawie, przysłaniającej niebo; stacyjne światła mżyły się w czerwonawych otęczach, a nagie drzewa majaczyły jak czarne widma. W martwej, przygniatającej cichości nocy tylko druty telegraficzne dygotały nieustannym, jękliwym pobrzękiem, głucho dudniły przelatujące pociągi, głucho huczały świstawki parowozów i głuche, mrące echa roznosiły się ze stacji.
Było jeszcze dosyć wcześnie, jeszcze we wszystkich domach świeciły okna, tylko u Soczków zamknięte okiennice nie przepuszczały ani źdźbła światła, więc Józio, myśląc, że już śpią, przemknął się cichutko jak wąż do mieszkania.
Zapalił lampę i bardzo przyjemnie się zdziwił, bo na stole stało parę doniczek blado-fiołkowych hiacyntów, przystrojonych w żółte bibułki.
— Poczciwa dziewczyna! — pomyślał o Frani, napawając się odurzającym zapachem.
Ale tuż za nim wpadła Magdzia i zaraz od proga zawołała:
— Prawda, jakie śliczności? Sama pani chodziła po nie do miasta…
— Twoja pani! To powiedz, że ja bardzo dziękuję.
— A to pan se powiedzą sami, bo pani prosi na kolację.
Nie miał wielkiej ochoty, ale w mieszkaniu było tak jakoś pusto i nudno, że poszedł.
W jadalni nie było nikogo, czekał tylko pod zapaloną lampą okrągły stół, przyozdobiony hiacyntem i zastawiony przekąskami.
— Musi być, co moja pani jeszcze się śtafiruje! — objaśniała Magdzia, wnosząc samowar.
Zaczął się przyglądać jakimś pięknościom, wiszącym na ścianie w laubzegowych ramach. Posłyszał za sobą szelest, lecz nim zdążył się odwrócić, już jakieś ciepłe ręce spadły mu na oczy, gorący oddech oblał mu kark i wpierały się w niego rozkoszne miękkości.
— Proszę się nie odwracać, jestem w negliżu! — zaszeptał omdlewający głos.
Odwrócił się tem pośpieszniej. Odskoczyła niby to z przerażeniem i, zakrywając skrzyżowanemi rękoma paromorgowy dekolt, zaszczebiotała:
— Ależ nie można, nie wypada, niech pan nie patrzy!
— I można, i wypada, i na cudności patrzeć wolno! — odpowiedział tym samym tonem.
— Naprawdę! Podoba się panu mój szlafroczek? — wykrzyknęła, zapominając już o wstydzie.
— Prześliczne łaszki, pierwszy raz widzę coś podobnego.
— Łaszki, bardzo proszę. Niech się pan przyjrzy! — zadąsała się i, wstąpiwszy w krąg światła, stanęła w całej okazałości. — To moja własna praca! — dorzuciła z dumą, okręcając się przed nim na wszystkie strony.
Złotawy szlafroczek, bramowany koronkami, a przybrany błękitnemi wstęgami, spływał luźno po jej bujnej postaci. Nisko upięte włosy były przeplecione również błękitnemi wstążkami, w uszach lśniły olbrzymie, podejrzanej wartości turkusy, na szyi, między grubemi obręczami tłuszczu, różowił się sznur białych korali, a na rękach brzęczały bransolety. Okrągła, tłusta twarz polśniewała mimo pudru, a zapasione oczy błyszczały wyzywająco.
— Cudownie. Ale cóżto za uroczystość, że pani się wystroiła?
— I pan ani przeczuwa? Ani się domyśla? — szepnęła, przeszywając go wzrokiem.
— Doprawdy, że nie; a może to pani imieniny? — zapytał z zupełną szczerością.
— Boże, co ja robię!… co pan sobie o mnie pomyśli! — jęknęła, zasłaniając sobie oczy.
— A cóż ja mogę pomyśleć? — wykrzyknął ze zdziwieniem i usiadł przy stole.
Osunęła się na krzesło i wyciągnęła do niego rękę, upstrzoną w pierścionki.
— Nawet się pan nie przywitał ze mną!
— Ale, co gorsze, nie podziękowałem jeszcze za kwiaty i dopiero teraz serdecznie dziękuję.
Pocałował ją w rękę i podsunął półmisek, ale jeść nie chciała.
— Nie mogę, boli mnie głowa i taka jestem smutna, taka strasznie smutna! — zajęczała ni z tego, ni z owego, a wsparłszy brodę na dłoniach, zatopiła w nim rozłzawione oczy…
— A pójdziesz, bydlaku jeden! — zakrzyczała naraz, opędzając się serwetką przed wyżłem, który wpadł do pokoju i rzucał się na nią z radosnem skomleniem. — Magdziu, zabierz psa! Mówiłam ci już tyle razy, żebyś go z kuchni nie wypuszczała!
— Za ogon przecież go nie przywiążę, a obróżkę kajś zadział — wrzasnęła naodlew Magdzia, wyciągając skowyczącego psa.
— Cicho! żebyś czego nie oberwała!
I tak za nią trzasnęła drzwiami, aż się zatrzęsły ściany. Ale uspokoiła się rychło i, powróciwszy do dawnej pozy, zaczęła się cicho i żałośnie wyżalać na osamotnienie i brak przyjaznej duszy, aż Józio spojrzał na nią ze współczuciem.
— Ani przemówić mam do kogo, ani się przed kim użalić, ani nawet wypłakać. Bo niech pan tylko pomyśli, jaka ja jestem strasznie sama!
— A mąż? — rzucił, aby jej przerwać tę płaczliwą i nudną lamentację.
— Mój mąż! — wołała z urągliwym uśmiechem. — Mój mąż przychodzi do domu tylko sypiać, zabawić się z psami albo z Magdzią i poznęcać się nade mną! Cóż ja mogę mieć z nim wspólnego? I gdyby nie różne okoliczności… gdyby nie moje sieroctwo…
— A chwalił się kiedyś przede mną, że pani wyszła za niego z wielkiej miłości — sondował.
— Kłamstwo! Nieprawda! — zaprzeczała gwałtownie. — Jak pan może pomyśleć, że mogłabym kochać takiego potwora! Wyszłam za niego z rozpaczy… byłam sierotą, na łasce krewnych… sama jedna na świecie i tak nieszczęśliwa… że musiałam się zgodzić na ten ohydny mezaljans! Przecież ja jestem z domu Kijaszewska i nie wychowywali mnie na żonę jakiegoś Soczka, maszynisty! Boże, nie o takiem ja życiu marzyłam! — załkała, wycierając załzawione oczy.
Blagowała jak z nut, bo Józio doskonale wiedział, że była z domu panna Kijaszek, córka zwrotniczego, i wstydziła się własnych rodziców, ale wysłuchał z uwagą, pocałował ją w rękę i rzekł z obłudnem współczuciem:
— Biedna, zapoznana dusza! Ale nie wiedziałem, że Soczek taki w domu przykry!
— Przykry?… ale to cham, brutal, niegodziwiec, pijak i rozpustnik! — wyrzuciła jednym tchem. — Włosy by panu wstały na głowie, gdybym mogła opowiedzieć, co chciał zrobić ze mnie wtedy, kiedy go zasuspendowali w służbie za to wjechanie całą maszyną osobowego do bufetu! Wie pan… zaprosił na herbatę naczelnika śledczej komisji, kazał mi się wystroić i zostawił nas samych… umyślnie! I gdybym nie była uczciwą kobietą…
— Jakiś swąd w pokoju, coś się tli… — zauważył, rozglądając się niespokojnie.
Pociągnęła nosem i wlot zrozumiała.
— Samowar! Ta małpa znowu w nim napaliła węglem kamiennym!
Poleciała do kuchni, a mimo zatrzaśniętych drzwi, rozległy się wrzaski, brzęk rozbijanych talerzy i zajadłe szczekanie psa.
Wróciła zadyszana, czerwona jak burak i z jękiem padła na krzesło.
— Boże! jaka ja jestem nieszczęśliwa! Ostrożnie, bo rozbijesz samowar! — krzyknęła za Magdzią, wylatującą z pokoju jak zasapana lokomotywa.
Józio tak już miał dosyć wszystkiego, że podniósł się do wyjścia.
Skoczyła do drzwi jak pantera i zaparła je plecami.
— Nie puszczę pana… długo czekałam na taką chwilę… mam tyle do powiedzenia… pan jeden mnie zrozumie… zostanie pan jeszcze… — zaszeptała gorączkowo.
— Kiedy taki jestem znużony, że ledwie się już trzymam na nogach!
I postąpił ku wyjściu.
— To chyba pan wyjdzie przez siłę!
Rozkrzyżowała się na drzwiach takim gwałtownym ruchem, aż cały szlafroczek się otworzył i rozbłysnęły obnażone piersi.
— Naprawdę muszę już iść! — powiedział lodowato, cofnął się nieco i odwrócił oczy.
— Bo pan się na mnie gniewa?
Opadły jej ręce i spojrzała wystraszona.
— Na panią nie; ale doprawdy nie rozumiem…
Poruszył się, chcąc wyjść przez kuchnię.
— Niech się pan nie gniewa… błagam o przebaczenie… ale ja musiałam ją wygnać… musiałam…
Rzuciła mu się na szyję, oplotła go rękami i wybuchnęła płaczem. Zrozumiał za co go przepraszała i, uniesiony nagłym gniewem, odepchnął ją od siebie.
— Jak pani śmiała ją wypędzać z mojego mieszkania! I jakiem prawem! — zakrzyczał.
— To było dla mnie okropne!… — bełkotała nieprzytomnie, zalewając się łzami. — Ja pana tak strasznie lubię… Przecież codziennie… jak pies waruję przy drzwiach, aby pana chociaż zobaczyć… a pan sprowadza sobie taką ostatnią, taką ulicznicę.
— Od kwartału się wyprowadzam. Nie potrzebuję opieki, jestem już pełnoletni. A Frania więcej jest warta od niejednej! Sto razy więcej! — zakrzyczał z wściekłością i wyszedł.
Zamknął się, pozapalał lampy i, niezmiernie wzburzony, spacerował po mieszkaniu.
— Psiakrew z takimi opiekunami! Sentymentalna krowa! Małpa! — wymyślał, bo miotał nim coraz sroższy gniew, a przytem ta myśl, że Frania może w tej chwili błąka się po jakiejś stacyjce i nie ma się gdzie schronić przed mrozem, strasznie mu dokuczała.
— Biedne stworzenie! I nawet się nie poskarżyła. Że też ja niczego się nie domyśliłem.
Przypomniał sobie całą scenę rozstania i zrobiło mu się jej okropnie żal.
— Taka poczciwa, taka dobra i przywiązana! Sprowadzę ją choćby jutro — postanowił nagle.
Rozległ się jakiś głuchy szmer i ktoś bardzo lękliwie zapukał do drzwi.
— Kto tam?
Przystanął na środku pokoju i nasłuchiwał.
Nie było odpowiedzi. Ale posłyszawszy jakby stłumione łkania, otworzył szybko drzwi, był prawie pewny, że to wracała Frania.
Weszła cicho Soczkowa okryta czarnym burnusem, z kapturem nasuniętym aż na oczy; zamknęła za sobą drzwi na klucz i rzuciła się przed nim na kolana.
— Musi mi pan przebaczyć… nie odejdę, będę błagać choćby do rana… Odbiorę sobie życie, jeśli mi pan nie daruje! — prosiła cichutko, wyciągając do niego ręce. Burnus osunął się na ziemię, została tylko w koszuli i we łzach, spływających aż na piersi.
— Co pani robi! — zawołał strasznie zmieszany, usiłując ją podnieść. — Ależ ja się nie gniewam, było mi tylko przykro. Przecież Frania nie jest moją kochanką. Co pani jest? Przyjeżdżała reparować bieliznę. Pani Zofjo! Jezus Marja! — bełkotał przerażony, gdyż leciała mu przez ręce omdlała. Zaniósł ją na łóżko i tak troskliwie trzeźwił, rozcierał jej skronie i zlewał kolońską wodą, aż otworzyła oczy, westchnęła ciężko, powiodła błędnem spojrzeniem po pokoju i raptem się podniosła.
— Boże, co się ze mną dzieje? Gdzie ja jestem? Czy aby mnie kto nie zobaczy!
— Nie, przecież to pierwsze piętro. Czy pani już lepiej?
— Tak mnie razi to światło lampy… może pan zgasi. Wody! słabo mi! — zajęczała znowu.
Zdmuchnął światło. Napiła się wody i, przytuliwszy głowę do jego piersi, szepnęła:
— Tylko trochę odpocznę i zaraz sobie pójdę… zaraz… zaraz…
— Nie zaraz… nie, nie… zostaniesz… — mówił coraz ciszej, czując, że obejmują go nagie ramiona i jej gorące, rozpalone usta żarłocznie szukają jego ust.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Posępna, szara noc marcowa zaglądała oknami; niekiedy zadygotały ściany i zahuczał przelatujący pociąg, niekiedy głucho uderzył dzwon stacyjny i schrypnięte świsty maszyn przedzierały się przez szyby.
A w pokoju zalegało milczenie pełne wrzących szeptów, pocałunków, nieprzytomnych śmiechów i westchnień.
Józia ogarnął chaos i pogrążał jakby w odmęt cudownego szaleństwa; cały świat znikał mu z pamięci a równocześnie wszystko, za czem tęsknił i marzył, zaczynało się stawać jakąś półsenną rzeczywistością, jakąś jawą i urojeniem, czemś, co było widomem, a zgoła niepojętem, już mu się bowiem wydało, że jakiś pociąg unosi go z szaloną szybkością gdzieś daleko, daleko… a oto biała księżniczka spłynęła mu w ramiona i tuli głowę do jego piersi; że to jej wrzące szepty, jej ogniste pocałunki, jej uściski; że to jej płomienne ramiona go ogarniają i unoszą aż pod gwiazdy roztlałe w nieskończonościach.
— Czekałem na ciebie zawsze! Kochałem cię zawsze… Zawsze… zawsze! — wołał nieprzytomny. I tamtą wyśnioną miał w zgorączkowanych oczach, tamtą wielbił i tamtej oddawał się z takiem namiętnem uniesieniem, że Soczkowa, porwana siłą jego temperamentu, krzyczała w dzikiem, bezprzytomnem uniesieniu:
— Boże, ja umrę! ja oszaleję, ja się wścieknę!
— I tak tęskniłem za tobą, i tak cię kochałem!… — powtarzał zamierającym głosem.
— Kochałeś mnie! Kochałeś! Ja od pierwszego widzenia, pamiętasz? Nie mogłam potem sypiać… całe noce myślałam o tobie… Tak strasznie cię pragnęłam… aż nieraz darłam pazurami ściany… rozumiesz, ty smoku! ty ludojadzie, ty mój mężczyzno, ty mój djable najdroższy.
Szalała wśród nienasyconych pieszczot i pocałunków.
Ale Józio nieprędko usłyszał jej szepty i nierychło pojął, co się z nim dzieje. Dopiero, kiedy zapaliła lampę i ujrzał ją przy sobie, wtedy zrozumiał całą nędzę rzeczywistości. Jakiś gryzący wstyd ścisnął mu serce, ale jeszcze nie wiedział, czy więcej się wstydzi tego, co mu się tylko zdawało być, czy też tego, co się stało, co było…
Siadła przy nim na łóżku i, zaplatając swoje bujne włosy, paplała takie głupie i ohydne anegdoty, że patrzał na nią z coraz większem zdumieniem i odrazą — wydała mu się teraz ordynarna i wstrętna,
— Skąd pani wie takie rzeczy?
Nie mógł już znieść nawet jej głosu.
— Cóż ty sobie myślisz, że kobiety nawet nie wiedzą, gdzie białe raki zimują?
— Ależ to świństwo!
— Myślałam, że i ty lubisz wesołe kawały! Wszyscy je lubią… przecież takie śmieszne…
— To dobre dla kolejarzy i w szynku, ale nie dla kobiet.
— E, kiedy Józio taki niegrzeczny, to Zosia swoje gałganki pozbiera i pójdzie się bawić na inne podwórko! — zadąsała się, udając małą dziewczynkę.
— Pierwszy raz w życiu słyszę coś podobnego od kobiety!
— Kiedyś taki, to już naprawdę sobie pójdę!
Poczuła się nieco dotkniętą.
— To plugawe, obrzydliwe i wstrętne! — wybuchnął, nie mogąc się już pohamować.
— A Józio taki niedobry i taki niewdzięczny, że Zosi jest bardzo przykro, bardzo… Niech ją zato przeprosi, no prędko i mocno! — zaszczebiotała, okrywając go pocałunkami.
Tak wrogo spojrzał na nią, że odskoczyła od łóżka, narzuciła burnus na ramiona i stanęła przerażona, z zapartym tchem, a nie doczekawszy się ani słowa, padła mu na piersi z wesołym chichotem. Była przekonana, że on udaje i tylko dla kawału robi takie srogie miny.
Pozwalał się całować z ledwie już ukrywanem obrzydzeniem i wreszcie, aby się jej pozbyć jak najprędzej, zdobył się na jakieś zdawkowe słowa i czułości. Uwierzyła i niezmiernie znowu szczęśliwa całowała go tem ogniściej.
— Muszę już uciekać! On wraca o trzeciej! Boże, jak mi ciężko się oderwać! — wykrzykiwała zadyszana. — Jeszcze w oczy… wydrę ci je, jak spojrzysz na inną! Jeszcze w usta! Przyciśnij mnie! Mocniej! Jeszcze! Jeszcze! Kocham cię! Do widzenia, mój złoty ryjku! A nie smuć się! Nie tęsknij już! Przyjdę do ciebie jutro, i pojutrze, i codzień! Pa, mój skarbie, pa!…
— Ani jutro, ani pojutrze, ani nigdy! — miał straszną ochotę krzyknąć za nią.
Zamknął drzwi na dwa spusty, zgasił lampę i położył się spać.
Noc otuliła go szarawym mrokiem, ale nie zasnął, był za bardzo przemęczony i znerwowany, a przytem za oknami nieustannie dudniały pociągi: leciały wciąż, leciały ze wszystkich stron i na wszystkie strony, przelatywały jakby zdyszane i zgorączkowane, błyski latarni parowozowych migotały po suficie a głuchy łomot wstrząsał ścianami, aż brzęczały szyby i dygotała lampa.
Józio rozpamiętywał wszystko, co się stało, i w jakiemś mgnieniu zgryzoty, żalów i wyrzutów sumienia zajęczał rozpaczliwie:
— Jak ja mu teraz spojrzę w oczy? Jestem ostatnie bydlę! Ostatni idjota!
I, tak rozmyślając gorzko nad sobą, zasłuchiwał się bezwiednie w głuche dudnienia pociągów i znowu zwolna zapominał o rzeczywistości, aż zbudziły się w nim i porwały go w otchłanne wiry stare, nieukojone tęsknoty i marzenia za tamtą wyśnioną, za tamtą, która w tej chwili nie miała już żadnej nazwy, ni oblicza, ni nawet kształtów, a której może nigdy i nigdzie nie było na świecie — bezbrzeżna tęsknota za jakiemś bujnem, innem życiem, i za jakiemś wielkiem i potężnem kochaniem…
Zapłakał i wśród gorących łez wyciągał roztęsknione ramiona ku gwiazdom, w przestrzenie, tam gdzieś, gdzie tak leciały wszystkie pociągi, gdzie tak rwało się jego sieroce serce, gdzie tak ponosiły go marzenia…
A kiedy rano zbudził go woźny wołaniem, że pierwszy osobowy już wyszedł i przy kasie czeka dużo pasażerów, zbuntował się nagle i krzyknął rozsrożony:
— Nie pójdę na służbę! Niech całą kolej cholera zatłucze! Powiedz, że jestem chory!
I pierwszy raz, odkąd był na kolei, nie poszedł na służbę, przewrócił się na drugi bok i tak mocno zasnął, że nawet go nie zbudziły gwałtowne dobijania się Magdzi.
Dopiero w samo południe otworzył oczy i leniwie wyciągnął rękę po książkę, ale tknięty jakąś nadzwyczajną myślą, śpiesznie wyskoczył z łóżka, ubrał się, zapakował wspaniałą walizę, gęsto upstrzoną kolorowemi adresami hotelów całego świata, i chciał niepostrzeżenie wymknąć się z domu, ale p. Zofja już czyhała w uchylonych drzwiach i wciągnęła go do przedpokoju.
— Co się stało? Możeś chory? Tak się strasznie bałam! Magdzia nie mogła cię dobudzić…
— Dostałem pilną depeszę, jadę do Warszawy i wrócę jutro rano. Do widzenia, pociąg już…
— I nawet mnie nie pocałujesz? — szepnęła z wyrzutem, zarzucając mu ręce na szyję.
Spłoszył ich Soczek, który ryknął w głębi mieszkania.
— Magdzia! Zośka! Buty dawajcie!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.