Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Pociąg leciał jak oszalały i z przeszywającym świstem przelatywał małe stacyjki, zatrzymywał się na większych, wyrzucał pasażerów, nabierał nowych i znowu pędził całą siłą pary, rozwłócząc za sobą skłębione, czarne smugi dymów.
A Józio, niby automat, wciąż spacerował po pustych korytarzach i przez powywierane drzwi do przedziałów przyglądał się nieznajomym twarzom i słuchał rozmów, przygłuszanych nieustannym hukiem kół. Ale w trzeciej klasie było mu za brudno i za ciasno, a przy tem jakiś podpity drab grał na harmonijce i wściekle przytupywał; w drugiej było mu znowu za nudno, gdyż wszyscy siedzieli z uroczystemi minami, rozmawiali szeptem, jakoś nieufnie spoglądając na niego; wracał więc do pierwszej, otwierał okno i przez dłuższą chwilę włóczył oczami po zaśnieżonych polach, zamkniętych granatową, daleką linją borów.
Wiosnę już było czuć w powietrzu, słońce świeciło jasno, przejrzyste chmury białemi puchami leżały na lśniącem, błękitnem niebie, po nagich drzewach świergotały wróble, a wilgotny, rzeźwy wiatr chłodził mu zgorączkowaną twarz.
— Kogo rubelek swędzi, niech do sztosika popędzi!
— Ignac, a stasuj uczciwie, żebym ci znowu na cyferblat nie wjechał towarowym!
— Bez komplimentów! Zebrać! Przeciąć! Gotowe! Kto ze mną jedzie za gotówkę?