Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


się krwawym rumieńcem wstydu i momentalnie odechciało mu się dalszego udawania. Był jednak zgnębiony tem spotkaniem i taki zły, że zrobił w hotelu awanturę o jakieś głupstwo, zabrał walizę i pierwszym osobowym powrócił do domu.


X.

A rano o zwykłej godzinie poszedł na służbę, ale przez cały dzień był dziwnie cichy i melancholijny, wzdychał, przyglądał się rozsłonecznionym polom i wychodził na każdy osobowy, aż go zapytał zawiadowca:
— Czeka pan na kogo?
— Nie, nie! — zaprzeczał, uśmiechając się przytem dwuznacznie.
— Znowu pan wczoraj latał na randkę do Warszawy!
— Cóż znowu!… byłem za interesami.
— Blondyna czy bruneta? Niech się pan przyzna! — nacierał zawiadowca.
— Ruda! — szepnął Józio tajemniczo. — Atłas i lilje! Brzoskwinia, obsypana puszkiem!
— Piegowata i może nawet Żydówka! Bóg zapłać za cebulkową brzoskwinię!
— Autentyczna Angielka! Ani jednego słówka po polsku. Dama z towarzystwa! — szeptał z coraz większą zapalczywością.