Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 181 —

— Dawaj prędzej samowar! Chodź pan do nas na herbatę, proszę pana bardzo — szepnął ciszej.
Wciągnął go do pokoju, mimo energicznego oporu, i tem zażegnał narazie burzę, gdy pani Zofja zaintonowała zaraz na wstępie przez uchylone drzwi sypialni:
— Jesteś nareszcie, bydlaku jeden! Ty, obmierzły opoju!
— Zosiu! Pan Józio przyszedł ze mną na herbatę! — odezwał się jak mógł najsłodziej.
Drzwi się z trzaskiem zawarły. Spojrzeli na siebie, a Soczek rzekł z uśmiechem:
— Z żoną, uważa pan, to tak: jeśli zaraz z miejsca nie chlaśnie w pysk, to już się skończy wszystko na fluksji, łzach i rozbijaniu talerzy o moje pieski! Jakoś mi, psia twarz, niedobrze… pojadę, czy co? A możeby tak klin klinem?
— Gotowe! — odpowiedział apatycznie Józio.
— Kilonek czystej z angielskiemi kroplami, śledzik z cebulką, a na zakończenie kawał razowca ze słoniną… Toby nam kiszeczki ślicznie wyaksamitniło! Zosiu! daj mi klucz od kredensu.
— Powstrzymaj się z bólami! — odpowiedziała niezbyt uprzejmie.
— Bo pójdziemy do panny Marychny! — żartował, rozzuchwalony obecnością Józia.
— Możesz się do niej wyprowadzić, nie bronię! — rzekła wzgardliwie, ukazując się na progu.
Była udrapowana w burnus straszliwie kraciasty, głowę miała obwiązaną w czerwoną chustkę,