Marzyciel (Reymont)/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Marzyciel
Wydawca Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Data wydania 1932
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XII.

Poniedziałek. Znowu bilety, bagaże, wydawanie reszty, przegląd brudnych rąk, kłótnie z pasażerami, i tak wkółko, jak codzień, jak zawsze, jak pewnie już do śmierci.
A deszcz siąpi od samego rana, mgły — niby brudne, przemiękłe ścierki — zwieszają się nad ziemią, rynny wciąż bełkocą — i tak strasznie smutno, mokro i zimno!
Nawet pociągi wloką się ociężale, jak psy obmokłe i zaziajane!
Poszedłem na wódkę do bufetu i trafiłem na grubą awanturę; talerze z przekąskami latały po sali, a panna Marychna z takiem serdecznem uniesieniem wymyślała garsonowi, aż guziki od jej wzburzonego gorsu pryskały na wszystkie strony! Podniosłem jeden na pamiątkę i uciekłem do kancelarji, ale i tam nie było weselej! Zawiadowca zmonitował pomocnika, ten odbił się na telegrafiście, który znowu mścił się na kanclerzu, a ten ostatni kopnął jakiegoś psa i miał dziwną ochotę wypłakać resztę swojej goryczy w moją kamizelkę!
Wszyscy chorzy, wzburzeni, znerwowani, a spoglądają na siebie jak zbóje; kłótnia wisi w powietrzu, nadobitkę deszcz pada nieustannie, rynny wciąż bełkocą, druty jęczą coraz boleśniej i jest tak okropnie nudno!
Wyjątkowo mało dzisiaj pasażerów, zaledwie po parę chałatów na pociąg; stacja pusta, nawet panie nie wyglądają oknami; czerwone mury stacji lśnią się od deszczu, jakby świeżo obdarte ze skóry; nie można się dowołać służby, wszyscy śpią albo piją.
Na pośpiesznym jakaś kapeluszowa dama chciała mi wpakować fałszywego rubla, a że się nie dałem nabrać, to mi zato serdecznie nawymyślała! Po kilka razy na dzień mam takie przyjemności. Pasażerowie — to jedna, wielka banda oszustów! Naturalnie, że prym trzymają Żydzi; każdy z nich, bez żadnych wyjątków, zawsze gotów podsunąć fałszywą monetę, lub nie dodać choćby paru groszy. Bardzo często mam wrażenie, że ciśnie się do okienka cała zgraja hien i szakalów.
Przyjechał Rudy Dzięcioł i przy sznapsie opowiedział mi nadzwyczajną hecę. Kaczyński wyzwał na pojedynek Zielonkę, a ten wyrzucił za drzwi jego sekundantów! Cała stacja tak się oburzyła, że postanowiono nie podawać mu ręki, ale Zielonka zapowiedział, że każdemu, który to zrobi, wjedzie na cyferblat! Chamskie ryło! Podobno wachmistrz już wie o całej sprawie i Kaczyński może wylecieć…
Potem przyszedł Soczek i prawie gwałtem zaciągnął mnie do bufetu. Postawił koniak. Nie zostałem dłużny! Kazałem nalać po raz drugi. Dobre i moje! Miał coś na wątrobie, sapał, gryzł wąsy, robił parę i jakoś nie mógł ruszyć z miejsca. Chciał jeszcze stawiać nową kolejkę, ale, na szczęście, musiałem lecieć na ekspres.
Jakoś mi wstyd patrzeć mu w oczy! Czego on może chcieć ode mnie! Musi to być coś bardzo ważnego! Czyżby mu wszystko wyznała? Nie; to wprost niemożliwe. To już cały tydzień, jak jej nie widziałem! Przecież nie mogłem nowego życia rozpoczynać staremi grzechami. A przytem, taka wstrętnie rozpasana, że mi wstyd na samo wspomnienie, co ona ze mną wyrabiała! Musi mieć bogate doświadczenie! I Rudy tam był, i Mikado, i tylu innych, a ja głupi myślałem!… Przecież ją traktowałem, jak uczciwą kobietę! Nigdy sobie tego nie daruję, nigdy.
W przeszłą niedzielę, przy kolacji, powiedziałem jej otwarcie, że musimy się rozstać, bo ja nie poradzę już dłużej okłamywać Soczka. Wybuchnęła śmiechem i wzięła to za żart; ale kiedy jej powtórzyłem, nazwała mnie idjotą, a naostatku zalała mnie łzami i chciała udusić w pocałunkach. Chciałem, żebyśmy się rozeszli spokojnie, bez gniewów i żalów — ale cóż, kiedy wkońcu zwymyślała mnie od najostatniejszych i rzuciła we mnie gorącym samowarem.
A teraz zasypuje mnie listami. Wszystkie leżą nierozpieczętowane.
Stołuję się u panny Marychny, a w mieszkaniu tylko sypiam, bo tam teraz jakoś dziwnie pusto, smutnie i nudno, że niepodobna wytrzymać.
— Pójdę dzisiaj po służbie na bilard — muszę sobie czemś wypełniać te długie wieczory.
Konduktor z osobowego przyniósł mi Baedekera po Hiszpanji. Myślał, że zrobi mi przyjemność. Wyrzuciłem cymbała za drzwi wraz z tą głupią książką. Tego rodzaju literatura powinna być tępiona, jak zaraza.
Mikado musi już być w Paryżu!
A niech sobie używa, niech się zadławi takiem szczęściem! Nie zazdroszczę.
Ale czy ten jego romantyczny mecenas nie jest tylko parawanem?…
Komu to zginęło! — jak mówią żartem kolejarze.

Wtorek. Długo nie mogłem zasnąć. Zdawało mi się, że jestem na morzu — tak wicher szumiał i targał ścianami. Niestety, będę jechał, ale najdalej do… Rygi!
Od rana wali gęsty, mokry śnieg i nie przestaje ani na chwilę.
A słońce tam gdzieś grzeje i świeci, pachną kwiaty i lśnią się lazurowe morza… Znowu dostałem list, jak zawsze, z całującemi się gołąbkami na kopercie. Niech poleży. Mamy dzień bardzo urozmaicony; nikt się już nie nudzi na stacji, bo wczoraj wieczorem naczelnikowa złapała męża gdzieś na strychu z Rózią od ekspedytora. Sprawa okazała się de grubis, więc i rozprawa odbyła się bardzo burzliwie; podobno cały korytarz słyszał, jak wśród wycia i szczekania menażerji ryczała naczelnikowa: „Ja ci dam Rózię! Popamiętasz Rózię! Także amator kwaśnych jabłek!“
A od samego rana zrobili zawiadowcy wesołą piłę, bo gdzie się tylko ruszy, to zaraz ktoś woła zmienionym głosem: „Ja ci dam Rózię! Popamiętasz Rózię!“
Tylko zęby zaciska i lata po stacji, jak wściekły pies, a odbija się na wszystkich na swój chamski sposób; już nawet pobił zwrotniczego i nawymyślał pomocnikowi. Skończy się ta chryja ogólnym gniewem i raportami do władz.
A na górze także wesołe piekło: spazmy, płacze i nieustanne wrzaski. Naczelnikowa postawiła ultimatum ekspedytorowej: że jak nie wyrzuci Rózi, to zawoła policję i każe dziewczynę wziąć do rewizji i wyrobić jej czarną książkę…
Tak wstydliwa, słodka matrona i wie o tem wszystkiem.
Myślałem, że miała tylko do czynienia ze „Złotym ołtarzykiem“.
Na złość tym wszystkim cnotliwym klepom, sprowadzę do siebie Franię.
Ale, na ekspresie mieliśmy nadzwyczajną hecę. Raczył wyjeżdżać na Rivierę miejscowy miljoner, prawie chałatowy szajgec, kupiec lasowy. Jechał z żoną i córkami, a odprowadzał ich cały rodzinny kahał. Ciotki w perukach, a kuzyni w pofrendzlowanych jupicach i z pejsami. Na stacji zrobił się gwałt i rejwach, bo kiedy pociąg ruszył, zaczęli wszyscy machać brudnemi chustkami, lecieć z pociągiem i wrzeszczeć:
— Do widzenia, stryj Izydor! Do widzenia, ciocie Regine! A pisz! A pisz!
Psiakrew, żeby takie ordynarne tałałajstwo śmiało się tak rozpierać!
Pieniądz z byle parcha robi króla! Można się wściec za złości!
Ja sobie kpiłem z tego rublowego entuzjazmu, ale zawiadowca, pomocnicy i ekspedytor weszli do wagonu pożegnać państwa Baum i życzyć im szczęśliwej podróży!… Ludzie zawsze muszą przed czemś bić pokłony, chociażby nawet przed cudzym miljonem! A we mnie wzbiera coraz większy wstręt i nienawiść!
Pani prezesowa zaprosiła mnie do siebie na herbatę.
Leje znów jak z cebra, błoto i strasznie ciemno; ale pójdę, przecież to jedyny w mieście dom, gdzie się nie spotyka kolejarzy.

Środa. Wciąż i bezustannie pada, czarno, ponuro, zimno i tak strasznie smutno! Pociągi przechodzą puste i zaszargane, jak chałaciarze; w bufecie ani żywej duszy, tylko pieski wyprawiają sobie wesela; nawet panna Marychna uśmiecha się jakoś żałośnie i mokro. Muszę pisać, bo inaczej wściekłbym się z nudów.
Pani Zofja pojechała do Warszawy. Bez jednego słowa podała mi bilet przez okienko; szyby były zapotniałe, nie mogłem dojrzeć twarzy, ale poznałem ją po pulchnych rękach; ostemplowałem bilet i zwróciłem; przytrzymała mi rękę i szepnęła jakoś łzawo:
— Jeśli się stanie jakieś nieszczęście, to niech pan chociaż wspomni o mnie.
Nim się zebrałem na odpowiedź, już jej nie było; nie wyjrzała nawet z pociągu.
Strachy na lachy! Nie mnie brać na takie plewy! Kupi sobie nowy kapelusz i już będzie po tragedji! Ale i Soczek mnie unika; był na stacji, przechodził koło okna i umyślnie odwrócił głowę, żeby mi się nie ukłonić! To i lepiej, nie potrzebuję mu świecić baki. Musi jednak mieć do mnie jakąś ansę!
Żal mi jej trochę. W domu tak nudnie, że piesby nie wytrzymał, a Magdzia wszystko robi mi na złość i posługuje jakby z łaski. Wróciłem od prezesów dosyć wcześnie i musiałem się zaraz położyć, bo nie nalała mi nafty i zapomniała napalić w piecu!
Łapacz wygarnął z osobowego pół wagonu gapy — sami chałaciarze; narobili wrzasku i uciekali, jak zające; łowili ich po całej stacji, ale większa część uciekła. Konduktora natychmiast zasuspendowano. Słusznie — złodziejstwo powinno być tępione bez miłosierdzia. Ale czy można wyżyć z rodziną za czterdzieści rubli miesięcznie?…
Mieszka u Soczka, na dole, znamy się z widzenia; przyszedł do kasy, jak z krzyża zdjęty, i płakał… Boi się, że go wyrzucą i pójdzie na dziady! Straszna rzecz patrzeć na płaczącego mężczyznę! Przyleciała jego żona i z rykiem tarzała się u nóg zawiadowcy. Obiecał znaleźć jakieś łagodzące okoliczności! Poco szukać wykrętów? Służy trzydzieści lat, ma sześcioro dzieci, ciągłe areszty na pensji, a nędza żre go przez całe życie!
Oto obraz kolejarskiego żywota! Lepiej się nad tem nie zastanawiać!
Ledwie skończyło się z konduktorem, zrobiła się heca z Rózią; ekspedytorowa musiała ją wyrzucić, ale dziewczyna wzięła na kieł i, rozpuściwszy język, nawymyślała jemu od złodziejów, jej jeszcze gorzej, aż ekspedytor wyleciał z kijem i groził żandarmami. Rózia się nie ulękła, ale zaczęła na całe gardło pomstować, rozpowiadając z płaczem, jak to było, że wieszała bieliznę, że chciała nawet krzyczeć, ale ją zaczął bić…
Prawie cała stacja słuchała tych szczegółów, a mój bagażowy krzyknął:
— Baj, baju, będziesz w raju! Wiadomo — jak suczka nie da, to piesek nie weźmie.
Dostał zato przez łeb czemś twardem, a że nie pozostał dłużnym, zrobiła się jeszcze większa i głośniejsza awantura.
Zawiadowca uciekł gdzieś na stację towarową, w domu takie piekło, aż słychać w bufecie, menażerja szaleje, dzieci płaczą, służba lata nieprzytomnie; pani podobno chora, przychodził już doktór, posyłała nawet po księdza; dziekan, który ją dobrze zna, kazał powiedzieć, że przyjdzie wieczorem, ale na preferansa…
Skończy się wszystko na spazmach, krzykach, jeneralnem praniu domowych brudów przed sąsiadkami, a sutej kolacji z obfitą podlewą dla przebłagania wzburzonej opinji — jak zawsze i jak wszędzie.
A swoją drogą zawiadowca łajdak, i dziewczynie stała się wielka krzywda.
Chociaż — bo ja wiem…
…Byłem wczoraj u prezesa na przyjęciu! Już tam więcej nie pójdę, bo całe to ich jaśnie państwo wydaje mi się blagą na gruby kamień. Prezesowa na przywitanie podała mi końce palców i zaledwie raczyła mnie sobie przypomnieć! Jakaś de domo Owsikiewiczówna z Psiej Wólki, a robi margrabinę.
Zebrało się ze czterdzieści osób, przeważnie miasto. Błądziłem samotnie po salonach; wszędzie wielki szyk, złocone meble, kwiaty, srebrne kandelabry, dywany, służba w liberjach, a wypadało po sucharku na dwie osoby. Miałem czas na obserwowanie, bo nikt się mną nie zajmował. Zjawiły się i jakieś tartinki, ale przeleciały takim galopem, że ledwie dostało się co piątemu.
Rzędy portretów rodzinnych na ścianach, a może tak samo wynajęci na dzisiaj, jak lokaje. Kwaskowscy, musi to być jakaś wielka parafjalna dynastia!
Były też dwie nadzwyczajnie szykowne facetki — cisnęli się do nich jakby do ołtarzy, i bezczelnie oblagowywali. Kobiety są dziwnie łakome na takie głupie zawracania głowy, a co jeszcze dziwniejsze, że im wierzą. Wstydziłem się za nie, tem bardziej, że słyszałem, jak ci sami je przedtem obgadywali. Zwłaszcza jakiś starszy pan w monoklu, który dosyć głośno zwierzał się przed wymiękłym młodzieńcem z rozłupaną główką, że jedna z tych pań, doktorowa, ma nadzwyczajny pieprzyk pod lewą piersią…
Koronny świntuch! Coprawda, to i na kolei nie brakuje takich ananasów!
Przysiadłem się do starszych pań; obejrzały mnie przez binokle, jak małpę w klatce, i rozprawiały dalej. Nie wiedziałem, co zrobić ze sobą, i już miałem odejść, gdy jakaś matrona o czterech podbródkach zwróciła na mnie oczy i pyta:
— A z jakich to dobrodziej Pełków?
Myślałem, że mnie szlag trafi! Dopiero potem przyszła mi doskonała odpowiedź, ale było już za późno. Miałem jeszcze jedną przykrą chwilę. Zajrzałem do gabinetu, gdzie grali w karty, i zobaczyłem naszego rotmistrza, więc się pytam znajomego:
— A ten co tutaj robi?
— Gra w karty, jak pan widzi.
Obejrzał się podejrzliwie i, odciągnąwszy mnie na stronę, powiada tajemniczo:
— To nie jest bez kozery! Podobno tam wgórze powiał jakiś przychylniejszy wiatr, prezes bada sytuację, uważa pan dobrodziej, maca… Ho, ho! to dyplomata, bismarkowska głowa!
— Ja widzę tylko ordynaryjny ryj — odpowiedziałem zirytowany.
Oniemiał ze zgrozy i oburzenia, pokiwał głową i odskoczył ode mnie, jak od zarażonego.
Cóż tam ja? Szlachecka resztka, jak mawiał Buczek, zwykły kolejowy pachoł — ale nawetby mi na myśl nie przyszło zrobić coś podobnego! Dyplomata od siedmiu boleści!
Wyniosłem się zaraz. Lokaj nie podał mi palta — udawał, że mnie nie spostrzega.
Posiedziałem w cukierni, ale kiedy i tam nie było zabawniej; kawa pod psem, bilard, jak magiel, a dowcipy pogrzebowe. Te same twarze, te same kawały i ten sam Raciborski, który zawsze tak samo łże i tak samo naciąga.
Nie wiem, jak ja dłużej wytrzymam, nie wiem!

Czwartek. Znowu deszcz; mży, sączy się, kapie, ścieka i przejmuje do kości.
Dzisiejszy ekspres był natłoczony, wszyscy uciekają na południe!
Mój Boże, za dwa dni zobaczą Włochy, morze, słońce i zieleń.
Psiakrew, a mnie o tem nawet marzyć nie wolno, nie wolno!
Opowiedziała mi dzisiaj pod wielkim sekretem panna Marychna, że właściciel bufetu codziennie dostarcza zawiadowcy wszystkiego, co mu tylko potrzeba do kuchni, a wzamian otrzymuje węgiel, światło i różne rzeczy! Przecież to zwyczajne złodziejstwo!
A co gorsze, iż wszyscy uważają to za zupełnie naturalne, — bo kiedy coś o tem wspomniałem mojemu ekspedytorowi, roześmiał się tylko i powiedział:
— Każdy orze, jak może! Byłby głupi, żeby nie brał! A pana jeszcze to dziwi?
— Tak, mnie to dziwi, a jeszcze bardziej oburza.
— To wyleczalne… Każdy na to choruje, ale przyjdzie sposobność — i jeden, drugi rubelek wleci do kieszonki, to i po krzyku! Żaden pieniądz nie śmierdzi, ręczę panu!
On się zna na tem, stary praktyk! Oto są zasady porządnych ludzi, ojców rodzin — a kto takich nie wyznaje, ten całe życie bieduje i siedzi u Zuga w kieszeni.

Piątek. Deszcz, mgła i nuda! Boże, jaka nuda! Ruszyć się nigdzie niepodobna, bo wszędzie oceany błota! Nawet gazety są puste dzisiaj i nudne!
Do zawiadowcy przyjechała znowu jakaś panna; słyszę ją od samego rana — gra gamy, — przeciekają przez sufit i sączą mi się na głowę, niby krople monotonnej, usypiającej nudy: gra jedno i to samo, jakby różaniec nigdy nieskończony; gra z uporem, równo, mechanicznie, jednostajnie, że chwilami muszę skandować, jak to robią dzieci: „Jadą woły do stodoły! Do stodoły jadą woły! Jadą woły do stodoły!…“ i tak wkółko, i tak całemi godzinami, aż do zaśnięcia lub szaleństwa!
A żeby cię pokręciło!
Dobrze przewidziałem: naczelnikowa urządza w niedzielę proszoną herbatę, bufet już dostał polecenie na dostawę przekąsek i napitków — będzie nadzwyczajna wyżerka, ale ja nie pójdę. Chociaż, co mnie to obchodzi, skąd oni biorą! Nie jestem bocianem…
A tamta wciąż gra, bez przerwy, bez zmęczenia, bez folgi, bez miłosierdzia.
„Jadą woły do stodoły! Do stodoły jadą woły!“ Już w głowie mi się kręci od tego brzęczenia.

Sobota. Miałem scenę, po której nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać!
Rano przychodzi Soczek do kasy i zaraz od proga zaczyna:
— Mam z panem na pieńku! Musimy się rozmówić…
Zrobiło mi się na sercu bardzo głupio; sądziłem, że już wie o wszystkiem i przyszedł się ze mną porachować… Na wszelki wypadek chwyciłem za żelazną linję i czekam, a on stanął naprzeciwko i wyrzekł prawie ze łzami:
— Co panu złego zrobiła Zosia? Dlaczego się pan gniewa i nie przychodzi do nas?
Zgłupiałem, wziąłem to za żart i za początek czegoś gorszego.
— Bo pan nawet się nie domyśla, co się teraz u nas dzieje! — ciągnął coraz smutniej. — Zosia wyrzeka na pana, płacze po całych dniach i nocach i wyschła już ze zmartwienia, jak szczapa. Pytam się, co jej jest… Ani słowa! Pytam się po raz drugi, a ona mi na to: „Niech ci powie pan Józef“. I dostała takich spazmów, że musiałem posyłać po doktora! A potem, kiedy się uspokoiła, powiedziała mi, że pan się na nią pogniewał i dlatego nie przychodzi do nas! Przyznaję się, że zły byłem na pana, jak djabli. Przecież od tygodnia nie jadłem w domu obiadu, bo co przyjdę, to płacze, szlochy i pogrzebowe miny, że, psia twarz, żreć się już człowiekowi odechciewa. Ten szturmak, Magdzia, też ryczy po kątach, nawet pieski chodzą osowiałe i tylko skamlą! Mój panie Józiu, przecież tak się nie godzi krzywdzić przyjaciół! Niechże się pan na nią nie gniewa! Nagadała na pana, czy co? To ja pana za nią przepraszam z całego serca. Widzi pan, ona taka prędka i roztrzepana, że nieraz bez zastanowienia chlapnie ozorem, jak zresztą każda kobieta, i z tego potem wychodzą głupie historje; ale w gruncie rzeczy ma złote serce i do pana przywiązała się, jak do brata. Opowiadała, jak to nieraz czytywał pan jej całemi wieczorami, a teraz siedzi biedaczka sama i nudzi się. Pan wie, jaką ja mam psią służbę, że często nie mam nawet czasu z nią porozmawiać! A nuda, panie, to zły dla kobiet doradca! Poczciwe kobiecisko z kościami, przywiązana do mnie serdecznie, ale młoda, niedoświadczona, i pokusy czyhają na każdym kroku! Niechże się pan na nią nie gniewa!
Tak mnie policzkowało każde jego słowo, że byłbym się schował pod ziemię, że byłbym nawet wolał, żeby mnie uderzył, a ten idjota z godzinę się wywnętrzał przede mną, aż się wkońcu popłakał, wycałował mnie, poszliśmy na wódkę, no, i musiałem mu obiecać pod słowem honoru, że jutro przyjdę do nich na obiad.
Postępuję, jak świnia, wiem o tem, wstydzę się tego, ale zrobiło mi się ich żal!
A przytem już się strułem bufetowemi obiadami, a panna Marychna jeszcze głupsza i nudniejsza.
Zupełnie szczerze nie chciałem go oszukiwać, a sam zmusza mnie do tego…
Zresztą, będę się od niej trzymał zdaleka, na dystans przyjacielski.
Tylko mi teraz przykro, że postąpiłem z nią za brutalnie. Muszę to jakoś naprawić. Coprawda, to i mnie nikt nie głaszcze z włosem, a los też się ze mną nie pieści.
Mój Boże, dziadek był senatorem, ojciec jeszcze panem na stu chłopach, a ja już tylko kolejowym oficjalistą! Zjeżdżamy galopem! Ciekaw jestem, czemby był mój syn? Chyba gałganiarzem! A na wnuka jużby zupełnie nie było miejsca na świecie! Może to i lepiej, że takie „resztki szlacheckie“, jak mawiał Buczek, djabli wymiatają doczysta! Chamstwo, z nami czy bez nas, i tak zaleje cały świat!
Dzisiaj szabas, ruch był niewielki, a mimo to przeszło dwa tysiące wysłałem do kasy!
Dla kolei to mucha, prawie nic!

Noc na Niedzielę. Znowu jestem na służbie, mój szef zachorował i muszę go zastępować! Tak cicho na stacji. Wspaniała pogoda szykuje się na jutro, niebo czyste i rozgwiażdżone, drzewa obwalone szronem, przymrozek, i tak cicho, że słychać szczekanie psów gdzieś po wioskach. Przejrzałem wieczorowe gazety — same zbrodnie, kradzieże i wypadki! Niektóre są wprost zastanawiające swoją potwornością i odwagą!
Nie mam roboty, a muszę tutaj bawić do rana; wszędzie pusto i sennie, w oknach ciemno, śpią, tylko w telegrafie czuwają dyżurni, a pociągi wciąż lecą, słychać je zdaleka, ziemia dudni pod kołami, szyny brzęczą, w dalach błyskają światła, jak wilcze ślepia — przelatują stację, niby huragany; wagony, pełne ludzi, zamigotały oknami, świsty rozpruły powietrze, rozsypały się w długie warkocze dymów i iskier, i znowu lecą dalej, niepowstrzymanie. Upaja mnie już sam lot tych potworów z ognia i żelaza.
Upajam się, a muszę tylko patrzeć, jak o każdej porze dnia i nocy, na wszystkie strony świata i wszystkiemi pociągami inni gdzieś jadą, inni się śpieszą, inni…
Przecież sam dobrowolnie wdeptałem się w ziemię, przykułem się na łańcuch i nałożyłem na siebie żelazny kantar — to chociaż zawyć z tęsknoty, to mi wolno!
Żeby można zabić w sobie wszelkie marzenia, byłbym zupełnie szczęśliwy!
Zimno na dworze — uspokoiłem się jednak; do pociągu mam jeszcze z godzinę — idę spać!

Niedziela. W tej chwili otrzymałem list Mikada z Paryża!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Rzucił notes w kąt i więcej już nie pisał.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.