Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Psiakrew, a mnie o tem nawet marzyć nie wolno, nie wolno!
Opowiedziała mi dzisiaj pod wielkim sekretem panna Marychna, że właściciel bufetu codziennie dostarcza zawiadowcy wszystkiego, co mu tylko potrzeba do kuchni, a wzamian otrzymuje węgiel, światło i różne rzeczy! Przecież to zwyczajne złodziejstwo!
A co gorsze, iż wszyscy uważają to za zupełnie naturalne, — bo kiedy coś o tem wspomniałem mojemu ekspedytorowi, roześmiał się tylko i powiedział:
— Każdy orze, jak może! Byłby głupi, żeby nie brał! A pana jeszcze to dziwi?
— Tak, mnie to dziwi, a jeszcze bardziej oburza.
— To wyleczalne… Każdy na to choruje, ale przyjdzie sposobność — i jeden, drugi rubelek wleci do kieszonki, to i po krzyku! Żaden pieniądz nie śmierdzi, ręczę panu!
On się zna na tem, stary praktyk! Oto są zasady porządnych ludzi, ojców rodzin — a kto takich nie wyznaje, ten całe życie bieduje i siedzi u Zuga w kieszeni.

Piątek. Deszcz, mgła i nuda! Boże, jaka nuda! Ruszyć się nigdzie niepodobna, bo wszędzie oceany błota! Nawet gazety są puste dzisiaj i nudne!
Do zawiadowcy przyjechała znowu jakaś panna; słyszę ją od samego rana — gra gamy, — prze-