Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


A teraz zasypuje mnie listami. Wszystkie leżą nierozpieczętowane.
Stołuję się u panny Marychny, a w mieszkaniu tylko sypiam, bo tam teraz jakoś dziwnie pusto, smutnie i nudno, że niepodobna wytrzymać.
— Pójdę dzisiaj po służbie na bilard — muszę sobie czemś wypełniać te długie wieczory.
Konduktor z osobowego przyniósł mi Baedekera po Hiszpanji. Myślał, że zrobi mi przyjemność. Wyrzuciłem cymbała za drzwi wraz z tą głupią książką. Tego rodzaju literatura powinna być tępiona, jak zaraza.
Mikado musi już być w Paryżu!
A niech sobie używa, niech się zadławi takiem szczęściem! Nie zazdroszczę.
Ale czy ten jego romantyczny mecenas nie jest tylko parawanem?…
Komu to zginęło! — jak mówią żartem kolejarze.

Wtorek. Długo nie mogłem zasnąć. Zdawało mi się, że jestem na morzu — tak wicher szumiał i targał ścianami. Niestety, będę jechał, ale najdalej do… Rygi!
Od rana wali gęsty, mokry śnieg i nie przestaje ani na chwilę.
A słońce tam gdzieś grzeje i świeci, pachną kwiaty i lśnią się lazurowe morza… Znowu dostałem list, jak zawsze, z całującemi się gołąbkami na kopercie. Niech poleży. Mamy dzień bardzo urozmaicony; nikt się już nie nudzi na stacji, bo