Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Rzędy portretów rodzinnych na ścianach, a może tak samo wynajęci na dzisiaj, jak lokaje. Kwaskowscy, musi to być jakaś wielka parafjalna dynastia!
Były też dwie nadzwyczajnie szykowne facetki — cisnęli się do nich jakby do ołtarzy, i bezczelnie oblagowywali. Kobiety są dziwnie łakome na takie głupie zawracania głowy, a co jeszcze dziwniejsze, że im wierzą. Wstydziłem się za nie, tem bardziej, że słyszałem, jak ci sami je przedtem obgadywali. Zwłaszcza jakiś starszy pan w monoklu, który dosyć głośno zwierzał się przed wymiękłym młodzieńcem z rozłupaną główką, że jedna z tych pań, doktorowa, ma nadzwyczajny pieprzyk pod lewą piersią…
Koronny świntuch! Coprawda, to i na kolei nie brakuje takich ananasów!
Przysiadłem się do starszych pań; obejrzały mnie przez binokle, jak małpę w klatce, i rozprawiały dalej. Nie wiedziałem, co zrobić ze sobą, i już miałem odejść, gdy jakaś matrona o czterech podbródkach zwróciła na mnie oczy i pyta:
— A z jakich to dobrodziej Pełków?
Myślałem, że mnie szlag trafi! Dopiero potem przyszła mi doskonała odpowiedź, ale było już za późno. Miałem jeszcze jedną przykrą chwilę. Zajrzałem do gabinetu, gdzie grali w karty, i zobaczyłem naszego rotmistrza, więc się pytam znajomego:
— A ten co tutaj robi?
— Gra w karty, jak pan widzi.