Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


oficjalistą! Zjeżdżamy galopem! Ciekaw jestem, czemby był mój syn? Chyba gałganiarzem! A na wnuka jużby zupełnie nie było miejsca na świecie! Może to i lepiej, że takie „resztki szlacheckie“, jak mawiał Buczek, djabli wymiatają doczysta! Chamstwo, z nami czy bez nas, i tak zaleje cały świat!
Dzisiaj szabas, ruch był niewielki, a mimo to przeszło dwa tysiące wysłałem do kasy!
Dla kolei to mucha, prawie nic!

Noc na Niedzielę. Znowu jestem na służbie, mój szef zachorował i muszę go zastępować! Tak cicho na stacji. Wspaniała pogoda szykuje się na jutro, niebo czyste i rozgwiażdżone, drzewa obwalone szronem, przymrozek, i tak cicho, że słychać szczekanie psów gdzieś po wioskach. Przejrzałem wieczorowe gazety — same zbrodnie, kradzieże i wypadki! Niektóre są wprost zastanawiające swoją potwornością i odwagą!
Nie mam roboty, a muszę tutaj bawić do rana; wszędzie pusto i sennie, w oknach ciemno, śpią, tylko w telegrafie czuwają dyżurni, a pociągi wciąż lecą, słychać je zdaleka, ziemia dudni pod kołami, szyny brzęczą, w dalach błyskają światła, jak wilcze ślepia — przelatują stację, niby huragany; wagony, pełne ludzi, zamigotały oknami, świsty rozpruły powietrze, rozsypały się w długie warkocze dymów i iskier, i znowu lecą dalej, niepowstrzymanie. Upaja mnie już sam lot tych potworów z ognia i żelaza.