Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Zawiadowca uciekł gdzieś na stację towarową, w domu takie piekło, aż słychać w bufecie, menażerja szaleje, dzieci płaczą, służba lata nieprzytomnie; pani podobno chora, przychodził już doktór, posyłała nawet po księdza; dziekan, który ją dobrze zna, kazał powiedzieć, że przyjdzie wieczorem, ale na preferansa…
Skończy się wszystko na spazmach, krzykach, jeneralnem praniu domowych brudów przed sąsiadkami, a sutej kolacji z obfitą podlewą dla przebłagania wzburzonej opinji — jak zawsze i jak wszędzie.
A swoją drogą zawiadowca łajdak, i dziewczynie stała się wielka krzywda.
Chociaż — bo ja wiem…
…Byłem wczoraj u prezesa na przyjęciu! Już tam więcej nie pójdę, bo całe to ich jaśnie państwo wydaje mi się blagą na gruby kamień. Prezesowa na przywitanie podała mi końce palców i zaledwie raczyła mnie sobie przypomnieć! Jakaś de domo Owsikiewiczówna z Psiej Wólki, a robi margrabinę.
Zebrało się ze czterdzieści osób, przeważnie miasto. Błądziłem samotnie po salonach; wszędzie wielki szyk, złocone meble, kwiaty, srebrne kandelabry, dywany, służba w liberjach, a wypadało po sucharku na dwie osoby. Miałem czas na obserwowanie, bo nikt się mną nie zajmował. Zjawiły się i jakieś tartinki, ale przeleciały takim galopem, że ledwie dostało się co piątemu.