Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wszyscy chorzy, wzburzeni, znerwowani, a spoglądają na siebie jak zbóje; kłótnia wisi w powietrzu, nadobitkę deszcz pada nieustannie, rynny wciąż bełkocą, druty jęczą coraz boleśniej i jest tak okropnie nudno!
Wyjątkowo mało dzisiaj pasażerów, zaledwie po parę chałatów na pociąg; stacja pusta, nawet panie nie wyglądają oknami; czerwone mury stacji lśnią się od deszczu, jakby świeżo obdarte ze skóry; nie można się dowołać służby, wszyscy śpią albo piją.
Na pośpiesznym jakaś kapeluszowa dama chciała mi wpakować fałszywego rubla, a że się nie dałem nabrać, to mi zato serdecznie nawymyślała! Po kilka razy na dzień mam takie przyjemności. Pasażerowie — to jedna, wielka banda oszustów! Naturalnie, że prym trzymają Żydzi; każdy z nich, bez żadnych wyjątków, zawsze gotów podsunąć fałszywą monetę, lub nie dodać choćby paru groszy. Bardzo często mam wrażenie, że ciśnie się do okienka cała zgraja hien i szakalów.
Przyjechał Rudy Dzięcioł i przy sznapsie opowiedział mi nadzwyczajną hecę. Kaczyński wyzwał na pojedynek Zielonkę, a ten wyrzucił za drzwi jego sekundantów! Cała stacja tak się oburzyła, że postanowiono nie podawać mu ręki, ale Zielonka zapowiedział, że każdemu, który to zrobi, wjedzie na cyferblat! Chamskie ryło! Podobno wachmistrz już wie o całej sprawie i Kaczyński może wylecieć…