Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Obejrzał się podejrzliwie i, odciągnąwszy mnie na stronę, powiada tajemniczo:
— To nie jest bez kozery! Podobno tam wgórze powiał jakiś przychylniejszy wiatr, prezes bada sytuację, uważa pan dobrodziej, maca… Ho, ho! to dyplomata, bismarkowska głowa!
— Ja widzę tylko ordynaryjny ryj — odpowiedziałem zirytowany.
Oniemiał ze zgrozy i oburzenia, pokiwał głową i odskoczył ode mnie, jak od zarażonego.
Cóż tam ja? Szlachecka resztka, jak mawiał Buczek, zwykły kolejowy pachoł — ale nawetby mi na myśl nie przyszło zrobić coś podobnego! Dyplomata od siedmiu boleści!
Wyniosłem się zaraz. Lokaj nie podał mi palta — udawał, że mnie nie spostrzega.
Posiedziałem w cukierni, ale kiedy i tam nie było zabawniej; kawa pod psem, bilard, jak magiel, a dowcipy pogrzebowe. Te same twarze, te same kawały i ten sam Raciborski, który zawsze tak samo łże i tak samo naciąga.
Nie wiem, jak ja dłużej wytrzymam, nie wiem!

Czwartek. Znowu deszcz; mży, sączy się, kapie, ścieka i przejmuje do kości.
Dzisiejszy ekspres był natłoczony, wszyscy uciekają na południe!
Mój Boże, za dwa dni zobaczą Włochy, morze, słońce i zieleń.