Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wiadała, jak to nieraz czytywał pan jej całemi wieczorami, a teraz siedzi biedaczka sama i nudzi się. Pan wie, jaką ja mam psią służbę, że często nie mam nawet czasu z nią porozmawiać! A nuda, panie, to zły dla kobiet doradca! Poczciwe kobiecisko z kościami, przywiązana do mnie serdecznie, ale młoda, niedoświadczona, i pokusy czyhają na każdym kroku! Niechże się pan na nią nie gniewa!
Tak mnie policzkowało każde jego słowo, że byłbym się schował pod ziemię, że byłbym nawet wolał, żeby mnie uderzył, a ten idjota z godzinę się wywnętrzał przede mną, aż się wkońcu popłakał, wycałował mnie, poszliśmy na wódkę, no, i musiałem mu obiecać pod słowem honoru, że jutro przyjdę do nich na obiad.
Postępuję, jak świnia, wiem o tem, wstydzę się tego, ale zrobiło mi się ich żal!
A przytem już się strułem bufetowemi obiadami, a panna Marychna jeszcze głupsza i nudniejsza.
Zupełnie szczerze nie chciałem go oszukiwać, a sam zmusza mnie do tego…
Zresztą, będę się od niej trzymał zdaleka, na dystans przyjacielski.
Tylko mi teraz przykro, że postąpiłem z nią za brutalnie. Muszę to jakoś naprawić. Coprawda, to i mnie nikt nie głaszcze z włosem, a los też się ze mną nie pieści.
Mój Boże, dziadek był senatorem, ojciec jeszcze panem na stu chłopach, a ja już tylko kolejowym