Marzyciel (Reymont)/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Marzyciel
Wydawca Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Data wydania 1932
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIII.

List przyszedł rano, pierwszym pocztowym, i Józio przeczytał go narazie bardzo pobieżnie.
— Klituś bajduś, módl się za nami! — szepnął ironicznie, zdał służbę i wyszedł na peron.
Dzień robił się cudny, słońce wyniosło się z poza lasów i świeciło coraz cieplej, złociściej i promienniej, białe szrony pokrywały ziemię runią rozmigotanych brylantów, drzewa stały w srebrzystych przyodziewach, niebo wisiało czyste i lśniące, niby toń, przesnuta błękitem i cichością; w przejrzystem, rzeźwem powietrzu dymy parowozów kłębiły się białemi, spiętrzonemi chmurami, głosy leciały rozdzwonione radością, wrzeszczały dzieci, psy szczekały, jak oszalałe, nawet pociągi zdały się przelatywać prędzej i weselej, otwierano naoścież okna, i ludzie z rozkoszą wystawiali twarze na wiosenne ciepło.
— Panno Marychno, wiosna na świecie! — krzyknął Józio, stając przy pustym jeszcze bufecie.
Buchnął na niego cały obłok kamforowych zapachów, nim wysunęła z poza szafy głowę.
— Co mi tam wiosna, kiedy mnie bolą zęby! — jęknęła płaczliwie.
— Nie będę dzisiaj na obiedzie. Dostałem zaproszenie do prezesa!
— A Soczek mówił, że pan będzie dzisiaj u nich! Podobno już z panią Zofją zgoda?
— Wcale się na nią nie gniewałem! Któż to znowu puścił taką plotkę?
— Soczek tak się użalał na pana przed każdym, aż się tem zainteresowała cała stacja…
— A niechże ich wszystkich razem wezmą djabli! — zaklął i wyszedł.
— To bydlę roztrząsa swoje żale przed pierwszym lepszym, a mnie zato wezmą na języki! — myślał zirytowany, wchodząc do mieszkania, i ze zdumieniem spostrzegł, że było już sprzątnięte, a na stoliku stał rozkwitły hiacynt śnieżno-biały i obok leżała koperta z całującemi się gołąbkami. Jeszcze nie zdążył się rozebrać, gdy Magdzia wniosła herbatę.
— Pani kazała przynieść, bo pewnie pan jeszcze nie pił.
— Powiedz pani, że bardzo dziękuję, bardzo!
— A dzisiaj na obiad to będzie wszyćko, co ino pan lubi…
— Bardzo mnie to cieszy. Ale co się to stało, żeś już posprzątała?
— Hale, pani nie dała mi się tknąć niczego, a ino powiada: Sama sprzątnę! Druga, to i dla rodzonego chłopa takby się nie trudziła! Ale moja pani dla panowego przyjacielstwa toby zrobiła nie wiem już co!
— Widzisz, nie spałem całą noc i chciałbym się teraz położyć! — spróbował jej przerwać.
— Dyć mój pan zawdy rano prawie gołkiem spaceruje po pokojach, a mnie się nie wstyda… Proszę pana, bieliznę praczka już przyniosła; koszule i te drugie rzeczy tak były miejscami pociarachane, że je moja pani ponarządzała, schowałam je do komody! — ciągnęła, niczem niepowstrzymana. Żebym ino poradziła rozpowiedzieć wszyćko, co ta moja pani wyprawiała przez ten tydzień, toby panu włosy stanęły na głowie!
— Mów, Magdziu! Mów, najdroższa, może prędzej zasnę! — zasyczał tak słodko, że się rozgniewała, trzasnęła drzwiami i z furją zlatywała ze schodów.
Ale Józio się nie położył, lecz tylko znowu zabrał się do czytania listu od Buczka. List był długi, na ośmiu stronach i bardzo ścisłem i drobnem pismem, czytał go jednak wiersz po wierszu, uważnie i z coraz większem zainteresowaniem, gdyż Buczek z szaloną werwą i niezmiernie plastycznie opisywał przygody swojej podróży i Paryż; zwłaszcza opis Mi-caremu był niesłychanie barwny entuzjastyczny i porywający!
Józio czytał długo, powracając do pewnych miejsc i szczegółów po kilka razy, i coraz więcej się upajał, coraz głębiej odczuwał, coraz wyraźniej widział, i coraz potężniej przeżywał to wszystko, aż wkońcu list odrzucił, przymknął olśnione oczy i z nieopisaną rozkoszą pogrążył się na samo dno tych scen opisywanych, w ten chaos barw, ruchów, wrzawy i szaleństwa; tańczył na ulicach, z uśmiechem szczęścia przepychał się wskroś rozśpiewanych tłumów, gdzieś z niemi płynął i miotał się w dzikich konwulsjach szalonej zabawy, śpiewał wraz z niemi, krzyczał i pił spragnionemi ustami oszałamiającą rozkosz życia!
Oprzytomniał dopiero, kiedy jakiś pociąg przeleciał pod oknami z przeszywającym świstem.
— Ja byłem głupi, a on sobie teraz używa! Boże, jaki ja byłem głupi! Głupi! — Głupi! powtarzał z wściekłością, ale coraz ciszej i żałośniej, bo nagła, gryząca tęsknota zaczęła mu znowu wyżerać serce i mózg. Zaskowyczał jak pies, chlaśnięty batem, i rzucał się na wszystkie strony, nie wiedząc, gdzie się schronić przed męką, jaka mu rozszarpywała duszę.
Zajrzał do swojego sanktuarjum, ale na widok resztek map i papierów, rozrzuconych na podłodze, zrobiło mu się jeszcze boleśniej, i postanowił lecieć do miasta.
Ale pani Zofja czuwała, wciągnęła go z sieni do przedpokoju, potem do saloniku, a ponieważ Soczka nie było, to wkońcu i dalej… Trafiła na dobrą chwilę, nie opierał się, było mu nawet rozkosznie oddawać się jej drapieżnej, namiętnej sile… Nie robiła mu żadnych wymówek, ale była taka rozkochana, wielbiąca i szczęśliwa, i pokorna zarazem, że wychodził od niej znacznie spokojniejszy i pełen głębokiej wdzięczności.
— Proszę się tylko nie spóźnić na obiad! Józiu!
Odwrócił się od drzwi, patrząc na nią jeszcze nieostygłemi oczami.
— Kocham cię, wiesz! — Znowu rzuciła mu się na szyję. — I nie będziesz się już gniewał na mnie?…
— Nie będę! — Aż się skurczył pod gradem jej namiętnych pocałunków.
— I będziesz mnie zawsze kochał? Zawsze? Zawsze?
— Zawsze! W każdem miejscu, o każdej porze i na każde zawołanie! — zawołał z uśmiechem i wyszedł.
Droga do miasta była czarną, lśniącą rzeką błota, zalewającego nawet trotuary, i zatłoczona wozami, że odechciało mu się cukierni i poszedł plantem kolejowym ku lasom niedalekim. Ogarnęła go przeogromna cisza pól, słońce wisiało nad nim płomienną kulą, gdzieś w przestrzeniach śpiewał skowronek, szrony spływały z drzew srebrzystemi kaskadami, pachniało wiosną. Szedł coraz wolniej, rozkoszując się ciszą, ciepłem i rzeźwem, upajającem powietrzem. Budził się jakby po długiem odrętwieniu, wlokąc zdumionemi oczami po polach, które jeszcze leżały ciche, pławiące się leniwie w słońcu, w brózdach polśniewały wody, gdzie niegdzie błyszczał jeszcze płat przybrudzonego śniegu, lub stokrotki otwierały zróżowione rzęsy, gdzieś od wiosek leciały krzykliwe gęgoty i wrzaski dzieci, czasem wiatr musnął pieszczotliwie zielone pióra zbóż i sine gładzie wód pomarszczył, niekiedy wymijały go pociągi, przesuwające się z chrzęstem, jak węże, wśród suchych liści.
Cicha radość pierwszej wiosny przenikała świat, radość zmartwychpowstania, święty dreszcz budzącego się znów życia…
Józio naraz się obejrzał — stacja już tonęła w mgłach oddalenia, tylko skłębione dymy wspinały się nad nią, wyciągając ku słońcu rosochate, białawe gałęzie, a linją szedł w jego stronę jakiś człowiek. Przystanął zaciekawiony i wkrótce rozpoznał Raciborskiego; szlachcic rozpuścił na wiatr bekieszę, siwą czapę zasunął na tył głowy i, wymachując kijem, leciał, jakby go kto gonił.
Przywitali się w milczeniu i poszli razem. Raciborski był jakiś zły i chmurny.
— Wiosna, co? — zauważył po chwili Józio.
— A wiosna, psiakrew! Wiosna!
Spojrzeli na siebie i oczy się ich rozbiegły, jak ptaki spłoszone, i chyłkiem, prawie kryjomo poniosły się nad pola szerokie, nad wsie, tonące w gąszczach jeszcze nagich drzew, nad bory, i opadały zmęczone, smutne a dziwnie rozognione.
— Idzie pan na obiad do grubego?
— Skórka nie starczyłaby na wyprawę! Słońce przygrzało, to i człowieka coś ciągnie w pole, aby chociaż powąchać wiatru; w domu trudno wysiedzieć…
Józio westchnął i pogonił oczami za sznurem dzikich gęsi, lecących tak nisko, że słychać było szum skrzydeł, a niekiedy przeciągły, ostrzegawczy krzyk gąsiorów.
— Jeszcze parę takich ciepłych dni, a wyjdą z pługami — odezwał się niespodzianie.
— Już nieraz o tej porze siałem groch!
— Chyba za wcześnie! Mogą jeszcze przyjść przymrozki.
— Jak Pana Boga kocham, siałem… i żaden z sąsiadów nie miał lepszego! Powiadam panu, że gęby rozdziawiali! A to próżniak, szelma! — wybuchnął, przystając nad jakiemś pólkiem zalanem. — Pszenica mu wygnije, a ten wałkoń nie spuszcza wody do rowów.
Pod lasem linja wchodziła w głęboki przekop. Wydostali się z niego na dosyć wysoki wał i przysiedli na kupie kamieni. Bór stał za nimi cichy, jakby zapatrzony w słońce i opity ciepłem — tylko z mrocznych głębin płynęły jakieś szumy, surowy, wilgotny chłód i głuche dudnienia przelatujących pociągów.
— Dawno pan „wyprzągł?“ — zagadnął Józio, podając mu papierosa.
— Pięć lat temu! Urządzili mnie, psiekrwie, urządzili! — machnął ręką i splunął.
Zamilkli, rozmarzało ich ciepło, że nieco sennie błądzili cichemi oczami po polach; stacji nie było już widać — utonęła w modrych falach — tylko miasto szarzało spiętrzonym zwałem dachów, wież i złocistych kopuł, a kilkanaście fabrycznych kominów wynosiło się, niby czarne, groźnie zaciśnięte pięści, ale wszystko razem ginęło w ogromie pól, rozlewających się dokoła, jak szaro-liljowe morze, przysłonięte złotawym pyłem światła i poznaczone kępami drzew i srebrzystemi taflami stawów.
— To to bydlę mnie zjadło! — wykrzyknął naraz Raciborski, wskazując na miasto.
— Bo ono wkońcu pożre wszystkich i wszystko.
Wiatr zawiewał przedziwnie pieszczotliwy, słońce spływało ulewą rozkosznego ciepła, jakiś ptak, uczepiony gałęzi, śpiewał nad nimi, jak oszalały, a z pól nieobjętych, z borów, ze zrudziałych płacht ozimin, z każdego krzaka, i z każdego zagona, i z każdego źdźbła zaczynała się podnosić słoneczna pieśń wiosny i przejmowała ich serca rozmarzającym niepokojem i udręką niewypowiedzianie słodkiej tęsknicy.
Raciborski nie mógł już wysiedzieć, szarpał wąsy, prostował się, rozpinał bekieszę, oddychał pełną piersią, aż wreszcie zerwał się na nogi i zawołał:
— Chodźmy! Głupi czas. Już w kościach czuję tę wiosnę! Człowiekby gotów z radości, jak pierwsze lepsze cielę, zadrzeć ogona i lecieć w cały świat!
— To prawda! — szepnął Józio, goniąc oczami sznur gęsi, ledwie już dojrzanych na niebie.
— Polskie mazgajstwo… Kpię sobie z tego! — wykrzyknął drwiąco, ale zbyt pośpiesznie przecierał zaczerwienione oczy. — A skoro wygram proces, to, jak Pana Boga kocham, zaraz przeniosę się do Warszawy, i niech tam drzwi ścisną wszystkie wiosny! Nie głupim kisnąć w tej parszywej dziurze! Powiadał mi kiedyś dozorca, że i pan się wybiera na jakiś dłuższy wojaż?
— Ja? A tak, tak! Wyjadę z pewnością! — Tak mu się szarpnęło serce, że ledwie przemówił.
— Panu łatwo; cmoknie pan Zuga w brodę i forszus wyłoży na stół, kolej da bileciki, no i, hajda na bory i lasy! Czas mi już na obiad: trzecia. Ale, nie mógłby mnie pan przenocować?
— I owszem! Kanapa wprawdzie sfatygowana, bo jeszcze po moim dziadku senatorze, ale poskromiwszy zbyt wystające sprężyny, przespać się na niej można.
— Chwilowo znalazłem się w przykrej sytuacji; zwymyślałem dzisiaj rano mojego hotelarza, no i musiałem się wyprowadzić! Był zrozpaczony, posyłał za mną faktorów, ale nie zrobię szelmie tego honoru i nie wrócę do niego. Jutro obejrzę się za mieszkaniem, a tymczasem…
— Ależ, proszę pana, zmieścimy się; powiem zaraz służącej, klucz pod słomianką! — Zapraszał go bardzo szczerze, bo jego obecność w mieszkaniu broniła przed natarczywością pani Zofji.
— Zapraszał mnie do siebie grubas z linji, ale nie znoszę jego konceptów i kuchni… cuchną kożuchem i partyzantką; więc tembardziej dziękuję panu za przyjacielską pomoc!
Ucałował go serdecznie, i skoro tylko wrócili na stację, poleciał spiesznie do miasta.
Józio zaczął spacerować po peronie, zaglądał ze znajomymi do bufetu, rozmawiał z zawiadowcą, kłaniał się uroczyście paniom, które z powodu święta i pogody garnirowały okna stacji na każdy osobowy, mówił o czemś z Soczkiem, powracającym do domu na obiad, przyglądał się nadzwyczajnym kufrom, wyładowywanym z pośpiesznego, kilka razy chodził za stację, prawie już w pole i, ukryty za budką dróżnika, odczytywał list Buczka; powracał i znowu kręcił się po stacji, absolutnie nie wiedząc, co robi, o czem rozmawia i na co patrzy! Był tak opętany myślą wyjazdu, potężniejącą aż do kategorycznego nakazu, że poruszał się automatycznie, głuchy już i ślepy na wszystko, co go otaczało. Nie burzył się już, nie walczył ze sobą, nie szarpał się, jak dawniej, w bezsilności, bo czuł to jedno i wiedział tylko jedno, że musi jechać, że musi rzucić wszystko i polecieć w świat, jak te ptaki, ciągnące wysoko, niewiadomo skąd i niewiadomo gdzie?…
— Choćby tylko na parę tygodni, choćby tylko odetchnąć innem powietrzem! — rozmarzał się słodko. — Tak, jutro podam się na urlop, pieniędzy pożyczę od Zuga i pojadę! Pojadę! — powtarzał z dziecinną radością, goniąc oczami dymy pociągów, wiszące nad lasami.
I naraz wszystko wydało mu się tak jasne, proste i niewątpliwe, że, już się nie namyślając dłużej, pojechał do Zuga załatwić kwestję pieniędzy.
Lichwiarz mieszkał na pierwszorzędnej ulicy, w nowym domu, tak starannie oblepionym sztukaterją, że wyglądał jakby przysłonięty brudnemi cycełesami. Józio bez wstrętu wszedł po straszliwie zabłoconych schodach i odważnie zadzwonił.
Uchyliła drzwi jakaś wyschnięta wiedźma w przekręconej peruce i ze złotemi manelami, opierającemi się aż na ramionach.
— Pan ma interes? Jaki interes? Pan z kolei? A może pan co przyniósł? — zaskrzeczała podartym głosem, osłaniając ręką ucho obwisłe i podobne do skrzydła nietoperza.
— Muszę się zaraz widzieć z panem Zugiem! — powiedział tak stanowczo, że, chociaż niechętnie, wpuściła go do mieszkania.
— Za małą minutkę przyjdzie! — zapewniała, nie spuszczając go z oka.
Znalazł się w ogromnej, prawie ciemnej izbie, literalnie zapchanej przeróżnemi fantami; na ścianach wisiały zgodnie obok siebie miedziane rondle i zegary, lustra i strzelby, zakurzone obrazy i pęki rzemieni, a wysokie, sięgające sufitu półki, gdzie niegdzie porozstawiane, uginały się pod ciężarem tobołów; nawet podłogę zalegały spiętrzone stosy mebli, żelazne piecyki, wózki dziecinne i kupy jakichś nierozpoznanych przedmiotów; pod okratowanem oknem, na stole, zarzuconym rupieciami, wygrzewał się w słońcu biały, wielki kot. Jakiś ohydny zapach — mieszanina cebuli, śledzi, brudu i skór, leżących w jednym kącie — przesycał powietrze.
W głębi mieszkania ktoś gwizdał zawzięcie.
Józio rozejrzał się uważnie i zaczął głaskać kota, lubieżnie prężącego grzbiet.
Wszedł cicho młody, szczupły Żyd w czarnym atłasowym chałacie, podpasanym czerwoną chustką, na tyle głowy miał czarną aksamitną jarmułkę, złote kędzierzawe włosy i brodę, twarz długą, gęsto obsypaną piegami, nos haczykowaty, wąskie, bardzo czerwone usta, oczy okrągłe, bursztynowe, obwiedzione czerwonemi powiekami, prawie bez rzęs i brwi. Szedł przygięty, trzymał w piegowatych rękach spodek, pełen herbaty, i chlipał z niego, jak kot, a w przerwach pogwizdywał, jakby zupełnie nie spostrzegając gościa.
— Mam do pana interes! — odezwał się Józio, nieco już zniecierpliwiony.
— Bardzo przepraszam, nie zauważyłem! Niech pan siada! Pan ma interes?
— Potrzebuję pieniędzy! — wyrzucił z ulgą, spoglądając w jastrzębie, złotawe oczy Żyda.
— Kto nie potrzebuje? — Zaśmiał się, popił herbaty i spacerował dalej. — Ile? — dodał po chwili.
— Pięćset rubli; naturalnie na spłaty miesięczne.
— Ładny grosz! Ewikcja…
— Jestem urzędnikiem na kolei. Miałby pan zabezpieczenie na pensji.
Żyd przystanął, zadarł głowę do góry i patrzył gdzieś w sufit.
— Pan jest dzięcioł? — zadzwonił paznokciem w spodek, naśladując kucie dzioba.
Józio, zdenerwowany jego drwiącym tonem, opowiedział opryskliwie, czem jest na kolei.
— To pan ma rocznie sześć, pięć i zero!
— Pensji etatowej, ale z dodatkami mam do tysiąca rubli rocznie.
— I my się jeszcze nie znamy? To mnie bardzo dziwi! Przecież ja znam się ze wszystkimi…
— Nie potrzebowałem pieniędzy; dopiero teraz tak mi gwałtownie wypadło, że muszę…
— Pan kawaler?
— Od samego urodzenia! — odpowiedział opryskliwie.
— To jest wielki feler! Bo co to kawaler? To jest taki puch… a kto jego złapie, jak on sobie poleci?… Żeby moje wrogi tyle zarobili, co ja już straciłem na kawalerach! A może pan ma bogatą ciocię?
— Nie mam, ale nie mam i długów.
— Za przeproszeniem, ale każdy porządny człowiek powinien mieć długi! Dlaczego on nie ma mieć długów, kiedy mu każdy pożyczy. Tylko kapcanom nikt nie da! Pewnie się pan żeni?…
— Ani mi się śni o żeniaczce!
— A ja znam śliczną panienkę, w sam raz dla pana! Zdrowa, tłusta, bogata i prawdziwa panienka!
— Nie zawracaj mi pan głowy panienkami! Potrzebuję pięciuset rubli!
— Niech mi pan wystawi weksel na sumę, to ja panu zaraz wyłożę całe sto rubli…
Józio porwał się oburzony.
— Ja żartowałem! Niech pan siada. W interesach niema gniewu! Weźmie pan pięćdziesiąt rubli?
Józio włożył kapelusz i, nie odezwawszy się ani słowa, szedł ku drzwiom.
— Pan się nazywa pan Pełka? Pan jest kasjerem na kolei? — pytał, zastępując mu drogę.
— Więc cóż z tego? — Wstrzymał się na chwilę.
— I pan potrzebuje pieniędzy? Całe pięćset rubli? I bardzo pilno?
— Chociażby natychmiast i na każdy procent! — Serce zabiło mu gwałtownie.
— Ja panu dam bez procentów! — wyrzekł ze wspaniałomyślnym uśmiechem. — Ale my potrzebujemy trochę się porozumieć!
Odstawił spodek i przysunął mu krzesło.
Józio usiadł, wpatrzył się w niego i czekał z radosnem drżeniem.
— Czy pan wie, że pan Kolankowski, na którego miejsce pan przyszedł, pożyczał mi pieniądze?
— Nie, nawet nie wiedziałem, że był taki zamożny!
— Pożyczał mi kolejowe pieniądze, a ja niemi obracałem! — szepnął, przysiadając się bliżej. — To była bankierska głowa. Ja zarobiłem, on miał dobry procent, nam się dobrze działo, i wszystko było cicho, sza, w porządku. Pan mnie rozumie? Wszyscy kasjerzy tak robią! Pan mi się bardzo podoba i jabym z panem robił takie same operacje… Ja pana nauczę, to łatwe…
— To ten sam Kolankowski, który siedzi w kryminale? — Przypomniał sobie kiedyś zasłyszaną historję.
— To nie kryminał, to było prawdziwe nieszczęście. Pan myśli, co jego wsadzili za te pieniądze? Niech Bóg broni. Kasa była w porządku, nie brakowało ani kopiejki! On był taki ambitny, że nie chciał się z nikim dzielić… to zrobili na niego denuncjację i taki gwałt, aż go trochę schowali, ale wyszedł czysty, jak szkło, i teraz służy w kaznaczejstwie.
Właściwie czego pan chce ode mnie? — Już ledwie się hamował.
— Chodźmy do drugiego pokoju, to panu szczegółowo wytłumaczę! — Wziął go poufale pod rękę. — Ja panu mówię, co interes na sto procent, czyste złoto! Zrobimy cichą spółkę, i pan zaraz zobaczy swoje pieniądze. Gotowe. Daj pan rękę na zgodę.
— Mogę panu dać w pysk, parchu jeden! — krzyknął naraz z taką pasją, że Zug odskoczył.
— Złodziej! — syknął jeszcze Józio i wyleciał, niezmiernie wzburzony.
Ale w cukierni przy czarnej kawie ochłonął dosyć prędko i pamiętał tylko o jednem, że pieniędzy nie dostał, a wyjechać musi, reszta wywietrzała mu z głowy.
Spóźnił się na obiad, chociaż i tak przyjęli go radośnie, a Soczkowa zawołała:
— Czeka na pana niespodzianka!
Nim odpowiedział, wszedł Raciborski, wyświeżony, elegancki, pachnący, wyczerniony i z protekcjonalną uprzejmością witał się ze wszystkimi.
— Lokatorzy naszych lokatorów są naszymi lokatorami — wyrzekł Soczek, nalewając kieliszki.
Józio wiedział, że Raciborski umie się wszędzie wkręcić, więc się nie zdziwił, lecz tylko ze złośliwym uśmiechem obserwował, jak Soczkowie prześcigali się w uniżonych zabiegach koło niego. Imponował im, bo od pierwszej chwili zaczął nad nimi przewodzić, zachowując się z wielkopańską łaskawością i jakby we własnym domu.
Zgadało się coś o Buczku, i Józio przeczytał głośno jego list.
— Psia twarz, jakby z drukowanego! — wykrzyknął Soczek. — A mówili mi na linji, że nie umiał napisać porządnego raportu! Chyba, że mu ten list kto ułożył?
— Umiał pisywać śliczne listy, nawet wierszem! — Uśmiechnęła się bardzo domyślnie.
— Wielka mi sztuka! Miałem pisarczyka na folwarku, który pisywał do mojej kuzynki jeszcze lepsze, zupełnie jakby do druku; ale jakem skurczybykowi wytatarował skórę, to przestał, okradł mnie i uciekł do Ameryki! — opowiadał ze śmiechem Raciborski. Józio prawie się nie odzywał — i kiedy po obiedzie do czarnej kawy zaczęły zbyt gęsto krążyć kieliszki, wyniósł się cichaczem do mieszkania i poszedł spać.
Raciborski przyszedł dopiero o zmierzchu i w takim humorze, że go rozbudził, i rzucił mu się na szyję.
— Jeszcze raz panu dziękuję za mieszkanie, już sprowadziłem swoje graty! — Z dumą wskazał na strzelbę, torbę myśliwską i pudełko do kapelusza, spiętrzone na obwiązanej sznurami, prawiecznej skrzynce powozowej, stojącej pod ścianą. — Ale udali się panu ci Soczkowie, czy jak ich tam wabią. Frontowa baba! bucha od niej, jak z pieca; on głupi, chociaż poczciwy, a jadełko — i owszem! Obiecałem się u nich stołować!
— Prędko się pan zaprzyjaźnił z nim!
— Bo ja, panie dobrodziejski, nie mam żadnych głupich przesądów, tak samo mi smakuje u łyczka, jak i u szlachcica, jeśli tylko dadzą porządnie i z dobrą podlewą. Nie lubię ceregieli; kto tylko poczciwie zaprasza, to mój brat i kwita.
— Ależ uprzedzam, że Soczkowie, co do gotówki, są nieużyci jak kamienie…
Szlachcic się żachnął, zatargał wąsy i, przywoławszy Magdzię, zaczął się zakwaterowywać w drugim pokoju. Pani Zofja przysłała mu pościel, a potem i męża do pomocy.
Józio się przebrał i postanowił iść na wieczór do zawiadowcy. Wstąpił nadół po zapomniane kalosze i wpadł w roztęsknione ramiona Soczkowej, która mu zaczęła szeptać:
— Przyjdź, będę sama… on jedzie zaraz po dwunastej do Warszawy! Przyjdź, najdroższy… będę czekała… Musisz mnie przeprosić za ten straszny tydzień! Jaka ja byłam nieszczęśliwa! Umierałam z żalu i tęsknoty! Dotknij się… Nie czujesz, jak schudłam? Tylko się nie spóźniaj. Szkoda każdej straconej minuty! Wiesz, ten stary pieczeniarz przyda się nam za parawan i będzie mi na spacerach zastępował ciebie!
— Żeby tylko mnie nie zastąpił we wszystkiem! — zauważył uszczypliwie.
Dostał klapsa, pocałunek i znalazł się za drzwiami, bo ktoś schodził po schodach.
Noc już była na świecie, przymrozek wysrebrzył ziemię, księżyc płynął po wysokiem, czystem niebie, pociąg sapał na stacji, a na przejeździe biły sygnałowe dzwonki.
Józio przystawał co chwila, bo jakaś olśniewająca myśl rozrastała się w nim gwałtownie i uporczywie, myśl straszna i zarazem tak nęcąca, że się już przed nią nie wzdrygał, nie usiłował jej stłumić; uśmiechał się tylko do niej, jak do wybawienia…
— Tak, jutro poniedziałek, będą wykupywali węglowe frachty… duże wpływy… duże… ekspedytor chory… muszę go zastąpić na towarowej… — snuł lękliwie, wchodząc do zawiadowcy. Utonął prawie niepostrzeżenie w jakimś kącie, bo zebranie było liczne, gwarne i bardzo rozbawione. Panny i podloty fruwały po mieszkaniu, jak motyle, młodzież podpierała ściany, starsi radzili na środku salonu, damy obsiadły fotele i kanapy, jak wrony, iskając się nawzajem z codziennych utrapień, ale pulchna gospodyni dała znak, dzieci wyrzucono i zrobiła się cisza.
Jasna, blada panienka zaczęła się mocować z fortepianem i z brawurą mordowała Chopina. Potem młoda mężatka o zadartym nosku, szerokich ustach i biodrach, zaśpiewała tęskliwie: „Koteczku, chłopczyku, nie mrugaj oczkami!“ Następnie jakiś student upozował się bohatersko na środku pokoju, rozpiął cztery środkowe guziki munduru, wsparł się rękami o poręcz krzesła, piersi wypiął i potężnym basem huczał „Hagar na pustyni“. Po nim Rudy Dzięcioł wypowiedział humorystyczny monolog Junoszy, przyjęty rzęsistem brawem, śmiechem i bisami.
A po tak obfitej duchowej strawie pulchna pani zapraszała na skromną przekąskę. Nastrój stał się podniosły, wódeczka krążyła kolejką, śledziki a kawiorek zniknęły jak marzenie; dziekan się przeżegnał i wszyscy zasiedli, bo już zapachniała potrawa z kur z ryżem, po niej nadciągnęła poważna polędwica z garniturem — i uroczysta cisza, pełna tylko mlaskań, szczęku noży i głębokich, sytych westchnień.
Młodzież sączyła piwko, a dla godniejszych znalazła się jedna i druga omszała butelczyna węgierskiego, które z wielkiem namaszczeniem rozlewał sam gospodarz. Naturalnie, było i wyrzucenie dzieci za drzwi, gdyż zbyt natarczywie darły się do lodów; była i heca z pieskami, bo w chwili wznoszenia zdrowia gospodyni, wszyscy naraz zaczęli chrząkać i gwałtownie wycierać nosy; był i wierszowany toast Rudego, trefne dowcipy grubego dozorcy i świątobliwe, zatęchłe anegdoty dziekana.
A po kolacji, kiedy podnoszono się od stołu, gramofon tak namiętnie zasyczał Marsyljankę, aż pulchna pani zawrzeszczała na męża:
— Jasiu, nie narażaj się! Pamiętaj, że masz żonę i dzieci! — i trwożliwie wyglądała na peron. Popisywała się również cała menażerja zawiadowcy, a wreszcie starsi zasiedli do preferansa, matrony znowu obsiadły kanapy, zaś młodzi wśród śmiechów i wrzawy zabawiali się w „chodzi lis koło drogi“, „piecu, piecu proszę cię w kumy“, w „zakonnicę“ i w inne, również niewinne, gry i zabawy wielkopostne.
Tylko Józio nie brał w niczem udziału; siedział milczący, zatopiony w rozmyślaniach i — upatrzywszy stosowną chwilę, wyniósł się cichaczem i poszedł spać.
Soczkowa czekała napróżno do rana.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.