Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Józio! Kruszyna moja! Najdroższy małpidrągu! — wołała, rzucając mu się na szyję. — Myślałam, że się już nie doczekam! Wspaniała biba, brakowało nam tylko pana!
— Widzę, nie traciłaś czasu, nasiąkłaś wódką, jak gąbka… — szepnął ironicznie.
— Czego się śmiejesz, kulfonie? — krzyknęła.
— Adyć panienka zadziała kajś pantofel i łyska gołą piętą, hi, hi, hi!…
— Poszukaj! Włóż mi na nogę i poszoł won! — rozkazywała, zanosząc się od śmiechu.
— Ledwie się już trzymasz na nogach.
— Tylko kapichnę, tylko kruszyneczkę piłam! — bełkotała, czepiając się jego ramienia.
— Chodźmy prędzej, głodny jestem jak wilk!
— Taki pan dzisiaj jakiś pachnący! — Pociągnęła nosem koło jego włosów. — Heljotrop, jak Bozię kocham! Zaraz, zaraz, kto mi to nim tak pachniał?… Aha, Soczkowa! Czyżby?…
— Dajże mi spokój! — żachnął się niecierpliwie.
Zajrzała mu w oczy i szepnęła cichutko, z bolesnym wyrzutem:
— I pan się dał nabrać! Przecież to takie stare gracisko!
— Nie wtrącaj się do cudzych spraw! — mruknął zirytowany.
— Przemówił dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu! — wybuchnęła jakimś gorzkim, schrypniętym nagle głosem. — Prawda, cóż tam ja dla