Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wystraszył się własnym głosem i zaczął nasłuchiwać z niepokojem.
Cicho było w sąsiednim pokoju — musieli już zasnąć; tylko gdzieś za piecem strzykał świerszcz.
Jakiś pociąg przeleciał, jak grom, aż się wszystko zatrzęsło.
— Pewnie jaka ekstra! — pomyślał, wysuwając się z pod kożucha, który go parzył, jak ogień.
Usiadł na otomanie i cały zamienił się w słuch.
Spali jakoś niespokojnie, Frania mówiła coś przez sen, a Buczek wciąż się przewracał, aż trzeszczało łóżko, ale usłyszał zarazem gwałtowne bicie swojego serca.
Psy zaszczekały w ogrodzie i napływało dalekie jeszcze dudnienie nadbiegającego pociągu.
Podniósł się bardzo ostrożnie, ale mimo to podłoga tak zaskrzypiała, że skamieniał na długą chwilę i z zapartym tchem patrzał w otwarte drzwi.
Spali — słyszał ich przerywane, gorączkowe oddechy i monotonny szelest zegarowego wahadła.
Przemógł się wreszcie i poruszył się z miejsca tak nieszczęśliwie, że potrącił jakieś krzesło, które się z hukiem przewróciło. Jakby mu sufit zleciał na głowę — przerażenie zapchało mu gardło oniemiałym krzykiem; nie śmiał odetchnąć, ni się poruszyć. Długie, jak wieczność, chwile przelewały mu się przez mózg zgiełkliwym warem, chwiał się, jak podcięte drzewo, i prawie tracił przytomność.
Ale nikt się nie przebudził, a nawet Buczek dosyć głośno zachrapał.