Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Jutro będę już spał w pociągu — zawołał radośnie. — Ale biba się udała, co?
— Napili się i nakrzyczeli za wszystkie czasy, ale tylko Józio urżnął się na fest.
— Bo ciągnął za czterech! Hrabiczowi się zdaje Bóg wie co, a główkę ma słabą, jak panna. — Ziewnął przeciągle. — Moja droga, daj mu co pod głowę i przykryj go, bo tam od wczoraj rana nie palone. Jeszcze się przeziębi.
Józio przymknął oczy i zaczął równo i głęboko oddychać, gdy mu Frania podkładała poduszkę; przykryła go jakimś kożuchem i, pogłaskawszy pieszczotliwie po twarzy, wyszła, zamykając drzwi za sobą.
— Nie zamykaj! Będzie nam za duszno! Kładź się prędzej. Strasznie chce mi się spać.
Lampa zgasła i zegar wybił trzecią.
— Możemy sobie używać chociażby do południa — szepnął sennie Buczek.
Cisza ogarnęła cały dom. Pokój, w którym leżał Józio, z powodu przysłonionych okien był ciemny, jak grób, tylko w sypialnym mżyły się słabe odbrzaski, noc zaglądała przez szyby i deszcz zacinał z sypkiem, usypiającem brzęczeniem, rynny bełkotały nieustannie, czasami zahuczał wiatr i szamotał się z drzewami.
Józio leżał pogrążony w rozmyślaniach i naraz rzekł bezwiednie, a prawie głośno:
— O dziewiątej byłbym już na granicy…