Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Odetchnął z niezmierną ulgą po tem straszliwem wzruszeniu i, przetarłszy oczy zalane potem, zaczął się zwolna posuwać ku drzwiom otwartym, ostrożnie macając dokoła wyciągniętemi rękoma. Musiał jednak bardzo często odpoczywać, gdyż chwilami brakowało mu już sił, jakby tak szedł od wieków.
Zegar jął wybijać jakąś godzinę, ale nie mógł zrozumieć którą — bo słyszał tylko rozpierzchające się, długie i ostre dźwięki…
Posuwał się nieprzerwanie, a wciąż mu się zdawało, że do drzwi jeszcze ma tak daleko, jakby na krańce nieprzejrzanej pustyni. Był już przedtem tak zgorączkowany, że zapominał, gdzie jest, a chwilami każdy szelest stawał mu się przerażającym hukiem, a szum wiatru jakby wyciem huraganów; nawet ciemności przejmowały go niepokojem. Rozglądał się nieprzytomnie. Zdawało mu się, że dokoła czają się jakieś złowrogie oczy, że jakieś groźne cienie idą na niego ze wszystkich stron, zapierają mu drogę i szepczą jakieś niezrozumiałe słowa…
Ale nie dał się tym gorączkowym majakom, gdyż tkwiło w nim coś potężniejszego od wszelkich strachów, coś co go pchało niepowstrzymanie, a czemu jużby się nie mógł oprzeć, gdyby nawet chciał. Więc skoro nareszcie dosięgnął drzwi, pierzchnęły wszystkie obawy i przywidzenia, poczuł się zupełnie spokojny i na wszystko zdecydowany; przygiął się tylko, jakby do skoku, i wyciągnął drapieżne ręce…