Marzyciel (Reymont)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Marzyciel
Wydawca Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Data wydania 1932
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
III.

Na stacji panował już zwykły ruch, bieganina i rwetes, jak przed każdym osobowym; nieustannie brzęczały dzwonki zajeżdżających sanek i płynęła ruchliwa, zgorączkowana fala ludzi, we wszystkich salach wrzało już jak w ulu.
A Józio, jak zwykle, stanął przed okienkiem, słuchał żądań, patrzył na wyciągające się ręce, odpowiadał, rzucał bilety, zgarniał pieniądze, zapisywał na czarnym stole i, pochłonięty tą codzienną, monotonną pracą, ogłuszony gwarem rozmów i turkotem bagażowych wózków, zapominał zwolna o sobie.
— Łapacz musi być blisko, kiedy Żydzi kupują bilety! — myślał, patrząc na ciżby czerwonych, grubych i jakby opuchłych rąk, wyciągających się gorączkowo po bilety, że tylko zrzadka dojrzał nieśmiałe, twarde ręce chłopskie, a zaledwie kilka razy mignęły mu jakieś rękawiczki.
— Dzień dobry! — wołał ktoś, wchodząc do kasy.
— A dobry! Papierosy w szufladzie! — odkrzyknął, nie oglądając się za siebie, gdyż wagowy wyliczał bocznem okienkiem ilość pudów, miejsca i krańcową stację jakichś bagażów.
— Cholera z taką pogodą! — przeklinał gość, otupując nogi ze śniegu.
— W sam raz do powieszenia się na parę minut!
Jakoż istotnie dzień był wiejny i bardzo przykry, suchy i gęsty śnieg padał nieustannie, a chwilami, gdy zawiała burzliwa wichura, robił się taki mąt i kotłowanina, że wszystko ginęło jakby w białym, spienionym wrzątku, i tylko trzaskały niedomknięte drzwi, jęczały druty telegraficzne i, niedojrzana w skłębionych tumanach, rezerwa przelatywała z przeszywającym świstem!
Naraz dzwon stacyjny, obwalony śniegiem, zaklekotał, niby rozbity garnek, osobowy już dochodził, szwajcar dzwonił po salach, wykrzykując nazwy stacyj, zawiadowca w czerwonej czapce i białych rękawiczkach mężnie wypinał pierś na srogą wichurę, żandarmi stali, niby drogowskazy, zaledwie szarzejące w kurzawie, peron zaczernił się rozwianemi chałatami, jakiś parasol poleciał w cały świat, we wszystkich oknach stacji zamajaczyły głowy pań i panien, a wreszcie wyłonił się z zamieci, utytłany w śniegu, ciężko sapiący pociąg i przystanął.
— Jak powieje do wieczora, to staną wszystkie pociągi! — odezwał się frasobliwie gość, z trudem dźwigając ogromny brzuch, ogromną twarz i trzy podbródki.
— Dla dozorców żniwa! W to wam graj! Pamiętam, w przeszłym roku pokazywał mi wasz naczelnik rachunki za kiełbasy, śledzie, chleb i gorzałkę, wydane dla ludzi, odkopujących zawiany pociąg! Wystarczyłoby dla całego pułku!
— Naczelnik żartował, a wszyscy myślą, że prawda! Kiedyś, jak dozorcy sami wypłacali robotnikom, to tam grosz jakiś kapnął, ale teraz, Boże się zmiłuj, więcej kontrolerów, niż robotników, a każdy człowiekowi łakomie w garście zagląda. Nędza, jak mi Bóg miły, prawdziwa nędza! — wzdychał i sapał, trąc obwisłe podbródki.
— Biedacy, prawdziwi biali murzyni, proletarjusze! — kpił Józio, ale dozorca machnął lekceważąco ręką i, gdy pociąg odszedł, zaczął się dźwigać do wyjścia.
— Psa szkoda na taką pogodę, a człowiek musi — jęknął, wytaczając się z pokoju.
Stacja już zupełnie opustoszała, na peronie hulał wiatr, i przewalały się coraz większe tumany śniegu. Józio zabierał się do robienia kasy, gdy wszedł zawiadowca, skarżąc się na jakiś okólnik, którego nie mógł zrozumieć.
— Ależ to zupełnie głupie i bez sensu! — wykrzyknął Józio, rzucając papier.
— Panie Józefie, to okólnik dyrekcji! — ostrzegał, nieco zgorszony jego słowami.
— Właśnie dlatego taki głupi! Przecież cała dyrekcja — to patentowane osły!
Na szczęście, woźny przyniósł pocztę i położył ją przed zawiadowcą.
— Zagraniczne, to dla pana! — segregował, odsuwając sporą paczkę listów i gazet. — Ależ pan ma robotę — prowadzić taką rozległą korespondencję?…
— Jak się ma tylu znajomych po różnych kątach świata, to się musi, trudno!
— Niech pan żałuje wczorajszego preferka, dziekan wpadł na sześć rubli, panna Irena pytała się o pana, a pulardki były, że całować w kuperki! Jakże tam było u prezesów?
— Jak zwykle, dużo okolicy, dużo pięknych dam, i dużo wina! — kłamał bez zająknienia.
— Podobno z nimi krucho. Mówili mi Żydzi, że w mieście nie chcą im już kredytować, ale pan prezes robi wielką osobę, ludźmi pomiata i nadyma się, jak paw, aż którego dnia wezmą djabli całe jaśnie państwo i będzie trzeba wycierać różne przedpokoje i skamlać o posadkę, choćby na kolei! — mówił ze zjadliwą przyjemnością.
Józio, ledwie hamując rozdrażnienie, powiedział mu ściszonym głosem.
— Zły adres, panie naczelniku! Prezes mógłby zostać choćby nawet dyrektorem naszej drogi… Już mi nawet wspominali o tem! — dodał z naciskiem.
— Co pan mówi, naprawdę? — osłupiał ze zdumienia. — A niechże mnie kurki zadziobią, to będę miał bal! Prezes pogniewał się na mnie, bom kazał jego kosze wyrzucić z wagonu i oddać do opłaty. Ale ktoby się był spodziewał, kto? — jęknął, zgnębiony.
— Mogę pana wytłumaczyć przed prezesem… — rzucił bardzo łaskawie.
— Ależ zrobi mi pan prawdziwą łaskę i dobrodziejstwo! Zawsze miał pan we mnie przyjaciela, zawsze! Czem ja się panu odwdzięczę? A może panu potrzeba nafty? może węgla? A możeby pan jadał u nas obiady? Z całego serca proszę, podzielę się z panem jak z bratem! — wołał entuzjastycznie, ściskając mu gorąco ręce.
Józio doskonale się bawił tą jego nagłą, uniżoną serdecznością.
— Dziękuję panu, ale co do tego dyrektorstwa, to nic pewnego, może jeszcze nie dostać, mogą zwyciężyć inni… Niepotrzebnie się wygadałem… — narzekał rozmyślnie.
— Ja panu ręczę, że dostanie. Jakże, prezes towarzystwa kredytowego ziemskiego, putiejec, figura, sam gubernator bywa u nich, dałbym głowę, że dostanie.
— Ale to tajemnica, rozumie pan, nawet przed żoną…
— Słowo honoru, że pary z gęby nie puszczę. — Ucałował go siarczyście, palnął się w czoło i wykrzyknął gorąco: — Istotnie, ale trzeba było być osłem! — I wyszedł.
— Da mi się teraz rozsmarować, jak masło! — myślał Józio i, rozbawiony wspaniałym kawałem, wesoło pogwizdywał, zabierając się do roboty, ale snadź nie było mu dane skończyć jej spokojnie, gdyż wkrótce wleciał jak burza, młody, buńczuczny chłopak, o płowej, lwiej grzywie i orlim profilu, buciki miał zato srodze sfatygowane i majteczki w dole gęsto obdziergnięte naturalną frendzlą…
— Przyszedłem do pana z wielką prośbą… — zaczął jakoś wstydliwie a tajemniczo.
— Słowo daję, nie mogę dzisiaj więcej, niż rubla… — Niechętnie wyciągnął portmonetkę.
— Dziękuję, ale pieniądze mam, właśnie zmieniłem trzy fajgle. — Uderzył się w kieszeń. — Przyszedłem prosić o coś ważniejszego! — zarumienił się aż po białka szafirowych oczów. — Może mi pan pożyczy frakowego garnituru! Obiecałem pojechać na bal do Rudki, lakiery pożycza mi Wacek, rękawiczki mam, krawat sobie kupię, ale brak mi tej reszty i znikąd nie mogę jej wydobyć… — biadał żałośnie.
— Wie pan, że nie pożycza się nikomu trzech rzeczy: zegarka, fraka i kochanki! Ale dla pana odstąpię od zasady i mogę odstąpić dziewczynę, tylko fraka i zegarka nie dam!
— Niech się pan zmiłuje nade mną, od tego balu zależy moje życie, nawet mój los…
— Ten los ma niebieskie oczy, blond włosy i buzię, jak świeżo upieczona bułeczka! Znam to, wiem, pierwszy kontredans, wyznanie w trzeciej figurze, przysięgi po kolacji, skradziony całus w galopadzie, kwiat z bukietu, czasem nawet obcas, oderwany od bucika najdroższej, lub przepocona rękawiczka, potem opóźnienie na służbę, monity od władzy, rozpacze i t. d. — drwił, rozbawiony jego tragiczną miną.
— Pan żartuje, a ona naprawdę mi obiecała pierwszego kontredansa…
— Wierzę, ale fraka nie pożyczę panu stanowczo! — Odwrócił się do roboty.
— Co ja teraz pocznę, biedna sierota? Chyba pojadę w mundurze, to nawet będzie poważniej, nieprawdaż, panie Józefie?
— Każ się pan grochowinami wypchać i pomalować na żółto, a będzie jeszcze poważniej.
— Strasznie mi jednak żal. Panna Jula powiedziała, że mi świetnie we fraku, do twarzy, ale tego rubla pan mi pożyczy, co? Nie mam już ani jednego hopka!
— Niech go pan sobie weźmie z tych trzech, zmienionych przed chwilą fajgli…
— Niby jakto? Ha! ha! ha! Pyszny kawał! — zaśmiał się serdecznie, wzburzył czuprynę, musnął palcami miejsce na wąsy i poleciał, zapomniawszy o drzwiach.
— Zamykaj pan! — krzyknął za nim, ale wiatr już rymnął do środka i, zgarnąwszy papiery ze stołów, rozwiewał je po całym pokoju, niby białe, suche liście.
Przez stację wlókł się leniwie węglowy pociąg, niby rudy pies o wychudzonych bokach i zaśnieżonym grzbiecie, ciągnął się powoli z ciężkiem sapaniem i głuchym turkotem kół. Wicher bił nieustannie w okna, zasypując je śniegiem, na peronie przewalały się spienione, olbrzymie kłęby kurzawy, a miejscami tworzyły się już na szynach potężne groble dymiące, niby gejzery.
Do drzwi ktoś mocno zapukał.
— Bitte! Herein! Entrez! Please! — wykrzykiwał rozłoszczony.
Wszedł pomocnik zawiadowcy z jamnikiem na smyczy.
— Obmierzłe bydlę! — szepnął Józio, zezując nieufnie na psa. — Cóż tam na linji?
— Zawierucha, jakiej najstarsi ludzie nie pamiętają! Pod Rudką uwięzły w przekopie już dwa towarowe, jestem pewny, że w nocy staną wszystkie pociągi! To będzie niesłychane! Wiecie, zrobiłem nadzwyczajną facjendę!
— Zamieniliście buty na scyzoryk! — mruknął, nie ukrywając zniecierpliwienia.
— Wymieniam Nestora na wspaniałą lankastrówkę! Co, nie nadzwyczajne?
— Szczęść Boże i daj długo wytrzymać! A któż taki głupi? Pewnie Soczek i po pijanemu?
— Zgadliście, właśnie odprowadzam mu pieska i zabiorę dubeltówkę.
— Uważajcie, może wystrzelić, zwłaszcza, jeśli nabita!
— Kpicie ze wszystkiego i nigdy z wami nie można pomówić serjo…
— Ależ można — i zaraz wam powiem zupełnie serjo, co się potem stanie: jutro zamienicie broń, no, dajmy na to, na torbę borsuczą, za tydzień torba przemieni się na kordelas, potem kordelas stanie się rogiem do prochu, a wkońcu zamienicie róg na parę spinek do mankietów, które wyrzucicie za okno. Nie tak bywało?
— Orzynali mnie czasem, ale teraz robię kokosowy interes; prawie nowa lankastrówka za jamnika, który mnie kosztuje dwie laubzegowe ramki! Pan Raciborski już chce kupić ode mnie fuzję! — zawołał triumfująco.
— Wiecie, jak się to razem nazywa? Zamienił stryjek siekierkę na kijek, czyli kiełbie we łbie!
Wpadł maszynista rezerwowy, cały zaśnieżony.
— Chodźcie, synkowie, na gorzałkę, zmarzłem, jak pies, a zaraz muszę rznąć na linję torować drogę przed pocztowym! Poszoł won! — krzyknął na warczącego jamnika, chwycił go za kark, zajrzał mu w zęby i rzucił na kanapę.
— Ostrożnie, to już nie pies, ale prawie nabita lankastrówka! — zaśmiał się Józio, rozpowiadając po drodze historję zamiany.
W bufecie było pusto, przejmujące zimno zawiewało od drzwi, wicher bił śniegiem w okna, garsoni łazili powarzeni i senni, a panna Marychna, opięta w czerwony Jersey, robiła nieśmiertelną patarafkę.
— Najobfitsza z dziewic, proszę o trzy duże i mocne! — zarządził maszynista.
Panna Marychna nalewała w skupieniu, była jakaś smutna i wzdychała.
— Cóżto pani dolega? A może brzuszek, czy co inne takie? — rubasznie żartował.
Westchnęła tak głęboko, aż jersey’e wzdęły się, niby fale, i jakiś guzik odprysnął i zadzwonił gdzieś o butelki.
— Jeszcze tak parę razy, a będziemy mieli prześliczne widowisko.
— I katastrofę, gdy tak za ostatnim guziczkiem wypryśnie naraz reszta…
Do sali wszedł siwy szlachcic, kiwnął im głową i samotnie spacerował.
— Raciborski ma jakiegoś jamra! — szepnął maszynista.
— Nie udało mu się jeszcze dzisiaj nikogo nabrać na pożyczkę.
— Niech tylko spadek wygra, to wszystkim odda co do grosza.
— Wygra, ale na fujarce — wtrącił pomocnik. — Ale z temi guziczkami — to wprost nadzwyczajne, kolosalne, nieprawdopodobne, bo ile razy panna Marychna wzruszona i zakochana, to zaraz sieje guzikami po całej stacji! Ja sam wczoraj znalazłem u Wacka zupełnie podobny…
Stanęła w ponsach i, zmierzywszy go wściekłemi oczami, uciekła za szafy.
Rozeszli się zaraz, maszynista skoczył na rezerwę i przepadł wraz z nią w śnieżycy, pomocnik ruszył ze skomlącym jamnikiem po lankastrówkę, a Józio powrócił do kasy, ale zaledwie wziął się do roboty, wszedł Raciborski, milcząco się przywitał, zapalił papierosa i ponuro patrzał w szalejącą zawieruchę. Niby burza wpadła na peron jakaś wojskowa ekstra: śpiewy, jękliwe wycia harmonijek, wściekłe tupania i nieludzkie wrzaski zatrzęsły całą stacją. Towarowe wagony, zapchane żołnierstwem, aż huczały rozdygotane od bicia obcasów, prysiudów i pokrzykiwań, że jeszcze przez pewien czas po odejściu pociągu wicher przynosił dzikie odgłosy krzyków i muzyki.
— Jadą pod Rudkę do odwalania śniegu! — objaśniał Józio.
— Wie pan, przegrałem w izbie sądowej! — odezwał się z goryczą szlachcic.
— Pozostaje panu jeszcze senat! — ironizował bardzo ostrożnie.
— A jakby pan wiedział, że apeluję do senatu, a na swojem, psiakrew, postawię! Krzywdzić się nie pozwolę, jak Pana Boga kocham, nie pozwolę — wybuchnął.
— Więc ciotka nie miała prawa rozporządzać swoim majątkiem? Nie wiedziałem!
— Miała prawo, ale nie z moją krzywdą! To zgroza i śmiechu warte, żeby rodzona siostra mojego stryja zapisywała majątek na jakąś akademję, na jakieś tam głupie naukowe cele, a mnie zostawiała bez grosza! To przechodzi wszelką imaginację! Ale będę apelował i wygrać muszę.
— Zwarjowała baba na starość, trudno sobie inaczej wytłumaczyć! — pokpiwał.
— Zgadł pan, jak Pana Boga kocham, zapis zrobiła w stanie niepoczytalnym, adwokaci dowiodą czarno na białem, że przez całe życie była kompletną warjatką. Ufundowała przecież przytułek dla ociemniałych sług, to może dowód rozumu, co? Rozdawała stypendja malarzom i innym oberwańcom, to może nie bzik, co? Przecież tego zdrowy na umyśle i normalny człowiek nie zrobi. A naostatku, żeby już nie było wątpliwości co do stanu jej mózgu, ona, de domo Raciborska, zapisuje cały majątek na cele naukowe, na wydawnictwa. Jak Pana Boga kocham, ale to najoczywistszy dowód pomieszania zmysłów! Panie świeć nad jej duszą, ale mnie już szewska pasja ogarnia, jak pomyślę, że mnie rodzona ciotka poprostu okradła! To woła o pomstę do nieba!
— Wyszedł pocztowy! — krzyknął woźny, trzaskając drzwiami.
Józio otworzył kasę, ale że nie było pasażerów, odwrócił się i rzekł ciszej.
— Gazety wezmą pana na języki za zwalenie publicznego zapisu.
— Co mi tam gazety, mogę ich nie czytywać! Niby to ja, panie dobrodziejski, nie rozumiem, co to jest publiczne dobro! Sam nieraz dawałem pro publico bono, sam popierałem sztukę i literaturę! A toż przez piętnaście lat byłem członkiem Zachęty, wygrałem nawet parę obrazów, prenumerowałem pisma, płaciłem różne składki, ale co za dużo — to i niezdrowo! Nie mówię, broń Boże, żeby tak setkę zapisała jaką, nawet, pal sześć, i jaki tysiączek, może i sambym dołożył jeszcze drugie tyle! Czegóżby człowiek nie poświęcił dla dobra kraju, dałem już, panie tego, dowody, ale całe sto tysięcy zapisać na jakieś wydawnictwa, które się psu nawet na budę nie zdadzą, tego już za wiele!
— Ale fundacja imienia Raciborskich — to także coś warte!
— Bóg zapłać, wolałbym to w gotówce! Babsztyl sobie wyimaginował jakieś honory i Bóg wie jakie sławy, a czy ostatni z rodu ma całe buty, o to się nie zatroszczyła. Łatwo dobrodziejować z cudzego! Honory mi nie zapłacą mieszkania, jak Pana Boga kocham, nie dadzą papu! A czemu o takie honory nie zabiegają ci, którzy na to mają, naprzykład, nasi hrabiowie i książęta?
— Widzi pan, oni na innych polach służą krajowi, jak mogą najlepiej! A cóżby się stało bez ich opieki z warszawskim baletem? W coby się obróciła hodowla koni wyścigowych? Któżby nas reprezentował po szerokim świecie? A to wszystko niemało kosztuje! Musi być podział pracy, trudno, ale analfabeci nie mogą się zajmować akademjami nauk, to zaledwie godne szlacheckiego gminu!
Na stację wleciał zadyszany, ośnieżony pociąg, w oknach ukazywały się przerażone twarze pasażerów, kilkanaście osób otoczyło zawiadowcę, rozpytując się trwożnie o bezpieczeństwo dalszej jazdy, a jakiś stary Żyd z rozwianą brodą i chałatem, nie mogąc się do niego przecisnąć, latał dokoła i wrzeszczał, przekrzykując wichurę.
— Czy mamy się bać, panie naczelniku? Panie naczelniku, bo mnie się śpieszy!
Pociąg ruszył już z półgodzinnem opóźnieniem.
Józio, dosłuchawszy żalów Raciborskiego, pożyczył mu wkońcu trzy ruble na apelację i pobiegł śpiesznie na obiad.
Naturalnie — że spotkał panią Zofję, czekała w uchylonych drzwiach mieszkania.
— Podobno pański przyjaciel nie wyjechał, może chory? — uśmiechnęła się jadowicie.
— Zdrowy, ale jeszcze u mnie posiedzi przez parę dni. — Był już zły i krzyknął w stronę kuchni: — Magdzia, przynieś mi obiad na górę!
— Myślałam, że pan zje razem z nami! Jest i pan Gołębiowski.
— Bardzo żałuję, ale mi się śpieszy.
— Do stęsknionego również przyjaciela… — wyrzekła z naciskiem.
— Przecież muszę się nim nacieszyć, taki rzadki gość…
— Od wczoraj i jeszcze się pan nie nacieszył dostatecznie?…
— Nie było czasu, musieliśmy przez całą noc podziwiać zabawę u państwa…
— Niegodziwy! Niedobry! — szepnęła z wyrzutem i uciekła.
Naraz cały dom zatrząsł się od wrzasków, rozległy się wściekłe ujadania psów, jakieś szalone gonitwy, odgłosy padających krzeseł i namiętne, szczujące okrzyki.
— Hołota! Muszę się wynieść z tych psich rajów! — mruknął, wchodząc do mieszkania. Frania z obwiązaną ręcznikiem głową, cała spowinięta w jakąś podartą firankę, zajęta była porządkowaniem tej rupieciarni.
— To jeszcze nic, początek zaledwie, ale na wieczór nie pozna pan swojego pokoju! Tu chyba nie zamiatano ze sto lat! — wołała, pokazując całe kupy śmieci.
— Tylko trzy, od czasu, jak tu mieszkam! Zamknij się, służąca idzie.
Magdzia wtoczyła się do pokoju z obiadem.
— Cóż się tam u was dzieje? cały dom się trzęsie.
— A co, nową zabawę se umyślili: pan Gołębiowski z naszym panem poszczuli kota, kot się chroni, kaj ino może, pieski gonią za nim, pan je tłucze, czem popadnie, i drze się wniebogłosy, a panowie jaze się pokładają ze śmiechu! — rozpowiadała, latając oczami po pokoju, i naraz wykrzyknęła.
— Święci pańscy! Grzysi me zwodzą, czy co? Wszystko sprzątnięte doczysta.
— Bo kazał pan, a musiał sam! — bawił się jej zdumieniem.
— Zaśby ta pan wyszorował podłogę, a juści! ktosik drugi to sprawił…
— Moja Magdziu, miłuję cię bardziej, niźli kapustę z grochem, ale idź do djabła!
— Dyć idę, idę! Jak to szczury bobrują po tamtych papierzyskach! — szepnęła z domyślnym uśmiechem, posłyszawszy zduszony kaszel Frani. — A może przynieść kota, co?
Ledwie się jej pozbył, zjadł obiad pośpiesznie i, zamieniwszy parę słów z Franią, poleciał do roboty, gdyż od południa pociągi szły prawie jeden za drugim. Najpierw przewlókł się przez stację jakiś zwyczajny osobowy, podobny do żydowskiego omnibusu i tak samo brudny, odrapany, skrzypiący, chałatami zatłoczony i rozwrzeszczany.
Po nim przyleciał pośpieszny, niby koń wyścigowy, zgorączkowany i sprężony, i, jak koń, po krótkim postoju, spięty ostrogami, ruszył nagle z miejsca i przepadł w zamieci. A potem szły nieprzerwane towarowe, cicho wypełzały ze śnieżycy i, niby obżarte liszki, ciężkie, długie i leniwe, przewlekały się przez stację i ginęły w rozszalałych tumanach.
Z przeszywającym świstem przelatywała niekiedy rezerwa, wlokąc za sobą ogon dymów.
Zawierucha wzmagała się nieustannie, pociągi szły z coraz większem opóźnieniem, już z trudem przekopując się przez zaspy, wicher wył, niby stada wilków, i łomotał o stację z taką wściekłością, że jęczały wszystkie szyby.
Wpadł Mikado, podobny do śnieżnego bałwana.
— Z niebażeście spadli, czy co? — dziwił się Józio, podając mu rękę.
— Przyjechałem rezerwą! Ledwieśmy się przekopali, wiecie, że na dwa kroki nic nie widać. Psiakrew — z taką pogodą, przewiało mnie do kości.
— Bo wasz ibercjerek dobry, ale od kurzu! — zaśmiał się, dotykając jego kurtki, podszytej wiatrem. — Kożuch chowacie na upały?
— Moje pieski też muszą na czemś ciepłem sypiać! Co mi tam już wszystkie kożuchy, jeszcze parę dni tego kieratu, a potem — adju, Fruziu!
Józio spochmurniał nagle i rzekł z przekąsem:
— A wiem, już cała linja grzmi o waszym wyjeździe do Krakowa…
— Jadę do Paryża! Rozumiecie! Do Paryża! — wymawiał, pojąc się tym dźwiękiem.
— Więc spełniają się wasze marzenia! — westchnął dosyć ciężko.
— Czego się chce, spełnić się musi! A chciałem strasznie, chciałem nadludzko, chciałem wszystkiemi mocami, musiałem tak chcieć i musiało mi się spełnić, gdyż inaczej byłbym sobie strzelił w łeb! Stało się, a za tydzień wyjeżdżam, puszczam kantem kolej, służbę naczelników i niosę się we świat! W szeroki, straszny, i cudny świat! — wołał entuzjastycznie.
— I Paryż dziura, tylko nieco większa od drugich! — szepnął wzgardliwie Józio.
— Paryż dziura! Boże drogi, tak strasznie bluźnią ci ludzie, a ty nie grzmisz! — wykrzykiwał ze śmiechem, tłukąc dla rozgrzewki nogę o nogę. Był porywająco brzydki, miał w twarzy wszystko za wielkie: za długi nos, usta za szerokie, brodę za kwadratową, czoło za wysokie — o potężnych, lwich wypukłościach, i włosy za bujne, tworzyły bowiem dziką, zwichrzoną puszczę koloru dojrzałego żyta, tylko oczy miał prześliczne, szafirowe i lśniące, jak oczy dziecka.
— I nie boicie się? Rzucać posadę i jechać tak na niepewne, bez środków, bez stosunków i bez języka, to trzeba mieć odwagę nielada.
— Przedewszystkiem będę miał po sto franków miesięcznie przez pierwszy rok, a potem może Bozia też nie opuści, języka nieco się już poduczyłem, a resztę na miejscu, stosunków mi nie potrzeba, nie jadę na balowanie, ale na pracę i uczenie się! Pewnie, że odwagi mi nie brakuje, przecież to gra o całe moje życie! Ale wygram, zobaczycie! Jeszcze o mnie będzie głośno!
— Wierzę, że Polsce przybędzie nowy Rafael! — uśmiechnął się złośliwie.
— Już cała kolej wyśmiewa się ze mnie, niech wam będzie na zdrowie.
— Bo wielu rwało się tak samo i tak samo marzyło, a tylu już tam przepadło i tylu jeszcze przepadnie! — mówił z politowaniem i prawie z nienawiścią.
— Baba z wozu, koniom lżej! Nikt na tem nie ucierpi, jeśli mnie djabli wezmą, wolę przy sztuce zdechnąć z głodu, niźli tutaj żyć na raty i czekać, póki mnie jaka cholera nie zatłucze! Kto przepadł, nie będę go płakać, mnie obchodzą tylko żywi! Wiem, czego chcę, i wiem, że — co mi potrzeba, będę musiał wydrzeć pazurami i wydrę! Wydrę, psiakrew! — rzekł zapamiętale.
— Zuchwale powiedziane i mocno.
— Na wszystko mogę sobie pozwolić, bo wszystko mam do zdobycia.
— Już wzięliście podobno jakąś konkursową nagrodę?
— Za plakat na proszek do skutecznego tępienia pluskiew! Pięćdziesiąt rubli gotowym groszem i wzmianki po gazetach! Naturalnie, że fajgle spuściłem wmig, a wycinki posłałem matuli, niech chociaż ona jedna uwierzy w moją sławę! To był wstęp, zbawienie przyszło później. W parę tygodni po zwycięstwie zjawił się z pośpiesznego jakiś jegomość w bogatym przyodziewku i z aparatem fotograficznym pod pachą. Bąknął mi jakieś nazwisko i najspokojniej zabrał się do przeglądania moich arcydzieł, porozwieszanych na ścianie. Jużci, że chodziłem za nim, jak pies za kiełbasą. Pochwalił rysunki, pokazałem mu wszystko, co tylko miałem, a kiedy napasł oczy dosyta, powiada mi prosto z mostu.
— Waść masz talent bardzo oryginalny, ale waść nic nie umiesz i jesteś surowy, jak nieugotowany kartofel. Powtarzam dosłownie.
Józio zaczął się śmiać.
— Jakbym w pysk dostał, ale rznę mu naodlew. To niech mi dobrodziej paliwa dostarczy, a ja się już ugotuję na krucho i podam ze skwarkami — choćby na czystem złocie! A nie da, to niech mi dobrodziej nie zawraca kontramary i wynosi się na zbity łeb! Byłem wściekły, gwizdnąłem nawet na pieski, żeby go odprowadziły na stację. Stary wybuchnął śmiechem, że i ja się roześmiałem, i Rudy Dzięcioł, który był przy tem, też nie mógł się powstrzymać od śmiechu, słowem, zrobiła się jeneralna heca! Może i dlatego mój jegomość się nie pogniewał i został do samego kurjera. Wpakowałem w niego jadła i napitku za gruby fundusz; wziął na pamiątkę parę szkiców, odfotografował mnie wraz z pieskiem i Maryśką, ciągnącą za ogon ciołka do obory, i odjechał. Zapomniałem o nim na śmierć, ale przed miesiącem najniespodzianiej przysyła mi przekazem na Paryż tysiąc dwieście franków!
— Zupełnie, jak w bajce! Cóżto za jeden?
— Nie mam pojęcia, poprostu jakiś „szlachetny nieznajomy”, wiem tylko, że mam na dłuższy czas papu, trutru i barłóg! Mam w kieszeni, przy sobie, tu…
— Więc wzięliście te pieniądze?
— Z najszczerszą przyjemnością. Nie jestem bohaterem ze starego romansu, co to wszelką pomoc dumnie wyrzucał za okno i szlachetnie zdychał z głodu.
— Powiem wam otwarcie, że nie wiem, czybym wziął, chociaż nie jestem również bohaterem romansu, byłoby mi trochę wstyd takiej zapomogi czy wsparcia…
— Klituś bajduś, módl się za nami! Wsparcia, zapomogi, wstydy, to tylko słowa, zaś faktem jest mój przekaz, mój wyjazd i cała moja przyszłość! Potrzebowałem pieniędzy, ktoś mi je dał bez jednego słowa prośby i cała sprawa! Reszta, to zjełczałe subtelności starych ciotek!
— Może macie rację, ale z takich subtelności składa się cała nasza kultura.
— To mamże ją w… zanadrzu! Psiakrew, pieniądz nie jest moim bogiem i nie będę przed nim padał na kolana i czekał w pokorze godziny jego łaski. Niech go sobie czci, niech się nim żegna, niech się nim komunikuje i niech się nim zadławi parszywa, kapitalistyczna horda! Rubel wart jest tylko tyle, ile za niego dostanę, nic więcej! Ale pożyczkę — tobyście chętnie wzięli?
— Wziąłbym, ale gdybym ją mógł kiedyś zwrócić.
— A inaczej ani grosika, choćby od tego zależało całe wasze życie?
— Tak, choćbym nawet miał zdychać z głodu! — rzekł, patrząc mu prosto w oczy.
— Powinni was pokazywać na jarmarkach, jako najosobliwszą osobliwość! Szkoda tylko, że święci nie wymyślili prochu, ani nic podobnego!
— Ale dali światu rzecz stokroć ważniejszą — moralność!
Mikado przysiadł na kanapie i, patrząc nań z podziwem, szepnął drwiąco.
— Jezu, jakby mnie kto zwalił czem przez ciemię! Czy to się jada?
— Kiedyż wyjeżdżacie? — pytał Józio, nie zważając na jego drwiące słowa.
— W niedzielę. Już sprzedałem całą swoją chudobę, a ponieważ długów nie płacę, wyprawiam w sobotę wieczorem morową bibę dla przyjaciół. Ostatnią bibę w życiu, bo skoro jeno tknę paryskiego bruku, adju wódzia, adju słodkie dziewczynki, adju próżniactwo, adju wszystko, co nie jest pracą na przyszłość! Tak sobie ślubowałem i myślę, że dotrzymam. Przyjedźcie, bardzo was proszę.
— Któż będzie więcej?
— Ci, co i zwykle! Zbierze się z mendel wyborowego chłopa. Będzie też antał piwa, parę niezgorszych flach gorzały i smacznego jadła wbród. Będzie nawet muzyka, skrzyknąłem grajków z miasteczka, obiecali nam dudlić choćby do trzeciego dnia, jak na porządnem weselu.
— Muzyka, to znaczy, że będą i jakie panienki!
— Ani ani! Jedna tylko Frania, jeśli mi jej pożyczycie na ten wieczór, zajęłaby się kuchnią, bo Maryśka zna się tylko na żarciu prosiąt.
— Owszem, jeżeli zechce, to może do was jechać choćby zaraz.
— Czuję, że jej nie oceniacie dostatecznie, to prawdziwa perła! Taka jedna idzie za kopę — tak zwanych porządnych kobiet. Morowa brzana, mówiąc po galicyjsku.
— Trzeba się w niej kochać, żeby ją aż tak drogo oceniać! — uśmiechnął się ironicznie.
— Nie kocham jej, ale ją cenię. Wiecie, chciałem ją kiedyś rysować, bo ma prześliczny akt, ale za nic w świecie nie chciała mi pozować nago, wstydziła się! Przecież to nadzwyczajne! Więc liczę na was z pewnością.
— Naturalnie, prosiliście i tego Rudego Dzięcioła?
— Choćbym go nie zapraszał, i tak przyjdzie! Prawda, wy się z nim gniewacie.
— Na błaznów gniewać się nie można, niecierpię tylko jego dowcipów i przyczepiań.
— Dajcie mu w pysk i zaraz będzie po znajomości.
— Gdyby taką metodą można się pozbywać znajomości z różnemi facjatami, to musiałbym codziennie kogoś walić! Przecież to cała menażerja! — wybuchnął.
— To i wam już zgorzkniały słodycze koleżeństwa!
— Nigdy w nich nie smakowałem, nigdy! — wyrzekł namiętnie. — Nie macie pojęcia, ile ja musiałem wycierpieć przez ludzką głupotę! Ale wnet się to wszystko skończy, lada dzień rzucę wszystko do djabła i pójdę, gdzie mnie oczy poniosą!
Zamilkł, ale po chwili znowu mówił, tylko już spokojniej, jakby odniechcenia i ze swoją zwykłą, wielkopańską wyniosłością.

— Paryż już mnie niczem nie nęci, darujcie, ale to dobre dla artystów, lub dla międzynarodowych złodziei! Ja łaknę i potrzebuję szerszych horyzontów, ciągną mnie oceany i najprawdopodobniej pojadę do Meksyku, do swoich serdecznych przyjaciół, którym już oddawna obiecuję przyjazd. Są to wielcy właściciele ziemscy, dziesiątki tysięcy morgów pod kukurydzą, olbrzymie hodowle bydła, kaktusowe lasy, polowania na pumy, życie napoły feodalne, bo to stary, arystokratyczny ród hiszpański. Wiążą nas dawne stosunki przyjaźni, związane jeszcze przez naszych pradziadów za Napoleona. Tam zdechnę i zapomnę o tym zaśmierdłym, zażydzonym kraju, tam — pod palącem niebem, wśród oddanych przyjaciół… — Unosił się, opowiadając same nadzwyczajności i tak się podniecając własnemi słowami, że cały już płonął, jak pochodnia, i nawet nie spostrzegał złośliwych uśmiechów Mikada, który zadeklamował z komicznym patosem.

„Na krawędzi skał,
Dumny zamek stał,
A mieszkał w nim grand ponury,
Który jadł, pił i spał —“.

— Wypogadza się! — krzyknął, biegnąc do okna. — Jak ciocię Florcię kocham, wiatr ustaje, nie kurzy. Muszę zdążyć do chałupy przed nowym paroksyzmem zamieci. Już jutro zdaję służbę. Do widzenia w sobotę, a nie zapomnijcie o Frani!
— Przywiozę ją wam na wety, jak śliwkę, i do tego jeszcze z barwą…
— Prasowana przyda się chyba na kompot! — Zaśmiał się i poleciał na towarowy, który z brzękiem i stękaniem zabierał się do odejścia.
— Cham! Analfabeta! Żebrzący genjusz! — pluł za nim wzgardliwie Józio. — Ale poco ja się wywnętrzałem przed takim błaznem! — szepnął, przypomniawszy sobie jego zjadliwe uśmieszki.
— Blagowałem i przejrzał mnie, jak szybę!
Był wściekły, że dał się ponieść tak łatwo i tak niepotrzebnie, zawsze bowiem bronił się przed ludźmi chłodem i pewną wyniosłością. A jeśli nawet chwalił się nieraz rozległemi stosunkami i opowiadał nadzwyczajne przygody z własnych podróży, to robił to jakby tylko w obronie przed nędzą rzeczywistości, przed szarem, monotonnem życiem i przed wiecznie nienasyconą tęsknotą do tego, co opowiadał. Był najgłębiej i najszczerzej przekonany, że wszystko to kiedyś przeżyje.
— Rozpowie po całej linji! — goryczył się, biegając po pokoju, i tak się tem gryzł, że ani spostrzegł, jak pośpieszny wtoczył się na stację.
Prawie z nienawiścią otworzył okienko, lecz spostrzegłszy pulchne rączki prezesówny, przystroił się w najpiękniejszy uśmiech i zasypał ją francuskiemi komplementami, zato innych pasażerów traktował zgóry i wzgardliwie.
Po pociągu przyszedł zawiadowca, raportując już w progu:
— Dałem prezesównie osobny przedział pierwszej klasy do samej Warszawy.
— Czapką, papką i solą! — mruknął Józio i, odwróciwszy się dosyć niechętnie, bębnił palcami po szybie i patrzał na peron, gdyż po chwilowej ciszy zerwał się wicher jeszcze gwałtowniejszy, uderzył w śniegi i na nowo zakotłował, że jakby tysiące białych spienionych gejzerów trysnęło naraz w powietrze, przysłaniając cały świat.
Zawiadowca ściągnął uroczyście białe rękawiczki i rzekł cicho:
— Wie pan? Kolankowski zasuspendowany! Przed chwilą przyszła depesza.
— Tak mocno doił, aż wkońcu krowa go kopnęła…
— Odstawili go jak cielaka! Podobno wsypał go pomocnik.
— Bo zbierał śmietankę, a jego żywił samą serwatką…
— Szkoda chłopa! Może się nie wykaraskać, bo to już po raz drugi; ale sam sobie winien! Takie ciągłe przyjęcia, wyjazdy zagranicę, strojenie córek… to musiało zwrócić uwagę. Nieraz go już ostrzegałem! Jakże… miał dziewięćset rubli rocznie, a wydawał dziesięć tysięcy!
— Winien, bo dał się złapać!
— Można wiele, ale trzeba ostrożnie, w rękawiczkach…
— Nawet kraść — rzucił z chytrze maskowanem potakiwaniem.
— Zależy, co kto nazywa kradzieżą…
— A raczej, jak tego gatunku sprawy kwalifikuje kodeks karny…
— Bo wszystko, drogi panie, jest względne, wszystko.
— Jestem też pewny, że gdyby kolejarze układali prawa karne, to nie byłoby wolno używać nawet tak łagodnego określenia, jak malwersacja.
— Łatwo żartować z tarapatów swoich bliźnich; ale jak pan będzie miał żonę i dzieci, to jeszcze pogadamy.
— Wiele rzeczy można jużci wytłumaczyć, ale złodziejstwo jest złodziejstwem!
Zawiadowca się skrzywił i, patrząc w okno, zauważył niespokojnie:
— Straszna zawierucha… chyba dzisiaj stanie cała buda.
— Przekopy pod lasem muszą już być zawalone.
— Od samego rana już tam odgarniają śnieg, ale niechże kto poradzi takiej wichurze; szkoda poprostu ludzi na taki psi czas. Chodź pan do nas na podwieczorek. Jest jeszcze panna Irena.
Józio dosyć chętnie poszedł z nim na piętro nad stacją.
W mieszkaniu zawiadowcy, bardzo jasnem, ciepłem i obszernem, w każdem oknie wisiały klatki przeróżnych kształtów i, jak w menażerji, pełno było kanarków, synogarlic i wiewiórek. Osiwiały kruk kołysał się na metalowej obręczy, psy wylegiwały się po kanapach i fotelach, ślepa sroka spacerowała po chodniku — i wszystko na sygnał swego pana podniosło głosy i naraz zaczęło śpiewać, gruchać, krakać i szczekać.
— Stasiu, bo oszaleję — zajęczała żałośnie pani domu, siedząca w stołowym przy samowarze, buchającym parą.
Zawiadowca świsnął w jakiś szczególny sposób — i wszystko przycichło, tylko pieski skakały dokoła nich z radosnem skomleniem.
Pani domu, pulchna, różowa blondynka, tak wszystka na okrągło, że nawet usta ściągała w karminową obrączkę, witała Józia bardzo życzliwie:
— Niechże pan siada! Cicho, Żolka! Bryś, nie rusz! Nic panu nie zrobią, ręczę.
— Co do tego, zawsze mam pewne wątpliwości. Świetnie pani naczelnikowa dzisiaj wygląda.
Ucałował jej białe, tłuste ręce.
— Jak do trumny! Wybieram się w tych dniach do specjalisty, bo nasz doktór kolejowy to konował, nie poznał się na mojej chorobie! Irenka mówi…
— Panna Irena ma też niezgorsze michałki! — wtrącił zawiadowca, majstrując koło fonografu, stojącego na oknie.
— Irenka mówi, że jedyne lekarstwo na moje nerwy to morze…
— Tak, jakaś Ostenda, jakieś Biarritz — poddawał ze współczuciem.
— Czuję, że toby mnie uratowało, ale cóż… — Reszta zginęła w ciężkiem westchnieniu. Zaczęła nalewać esencję do szklanek. — Pan lubi mocną, nieprawdaż?
Skinął głową. Odkręciła kurasek samowara i, podstawiając szklankę, rzekła:
— Ciborski z Rudki wysyła żonę do wód corocznie. W przeszłym roku jeździła nawet do Marjenbadu! Dziwne, że mogą tyle wydawać… stacja niewielka…
— Podobno miała duży posag! — wtrącił nieśmiało Józio.
— I pan temu wierzy! Umyślnie rozpowiadają o posagu, żeby im nikt nie patrzył na ręce! A przytem różnie jeszcze o niej mówią…
— Maryś! — ostrzegał zawiadowca, przysiadając się do stołu.
— Powtarzam, co już oddawna mówią na całej linji.
W sąsiednim pokoju buchnął nieludzki wrzask, skoczyła tam, jak furja, rozległy się ostre wymyślania, trzask jakby wybijanych policzków, i jakaś dziewczyna wyleciała, trzymając się za twarz, a po chwili pani Marysia wróciła pod samowar spokojna i uśmiechnięta jak zwykle, a za nią prowadził dzieci drab w mundurze służby kolejowej i usadzał je przy stole.
— Cóż się tam znowu stało? — pytał zawiadowca.
— Jurek z figlów pociągnął ją za włosy, a ta klępa go wybiła! Pietrek, poproś panny Ireny! Skaranie boskie z temi łajdaczkami.
— Ja ją tylko tak sobie pociągnenem, a ona mnie bęc!
— Tatusiu, ja powiem! A to, tatusiu, Jurek ją kłuł szpilką.
— Cicho! Misia, nie skarż! Jurek, nie dłub w nosie!
— Mamusiu! Hala wzięła większy kawałek! — zaczęło znowu któreś.
— Niema rady! Pietrek, dajno dyscyplinę! — krzyknął zniecierpliwiony zawiadowca.
Józio pił herbatę, przyglądając się złośliwie rodzinnemu gniazdu.
Weszła wysoka panna z niezmiernie długą szyją, w binoklach na potężnym, zakrzywionym nosie i z książką w ręku — podobna była do wypierzonej indyczki.
Psy na nią zawarczały.
— Niewdzięczne! — zabełkotała przez nos, witając się z Józiem.
— Tłucze je pani, a teraz wymówki! — bąknął zawiadowca.
— Obchodzę się z niemi uprzejmie i czule, niby z mojemi władzami; nic to jednak nie pomaga i wciąż mają apetyt na moje łydki — śmiał się Józio.
— Hala, nie pchaj w nosek łyżeczki! — gromiła niestrudzenie matka, rozdając między rozbrykane stado bułki, klapsy i pocałunki.
— Cóżto za książka, — można? — pytał Józio, zaglądając pod okładkę.
— Moja ewangelja, Tetmajer — wyrzekła z emfazą.
— Wiersze! To insza para mankietów! — Zamknął prędko książkę.
— Wolałby pan Montepina, nieprawdaż?
— Panie Józefie, to poezje Tetmajera! Wszyscy się nim teraz zachwycają. Ira poznała go w Zakopanem, korespondują ze sobą.
— Czytałem, wspaniały, ale wolę Mickiewicza! — blagował bez zająknienia.
— Mickiewicz, Słowacki, Krasiński! Trzech wieszczów! Boże drogi! któż się teraz zajmuje tymi starymi panami! To dobre chyba dla proboszczów! Ja wielbię tylko nową poezję, nastrojową i symboliczną, poezję, przenikniętą tajemniczą grozą, poezję, tak pełną niewypowiedzianego i niepojętego, że…
— Że aż włosy stają dęba i febra trzęsie ze strachu! — suflował Józio poważnie.
— I człowiekowi zbiera się na jazdę do Rygi! — wtrącił rubasznie zawiadowca.
Panna Irena rozczapierzyła się, jak indyczka, poprawiła binokli i, zwracając do nich groźny, siny nos, syknęła wzgardliwie:
— Dla panów są tylko święte rozkłady jazdy! I zrozumiałe — dodała.
— I okólniki naszych władz! — dorzucił Józio; ale żeby ją ułagodzić, zaczął innym, prawie pokornym tonem: — Mamy po czternaście godzin służby na dobę i…
— To nic nie znaczy! — przerwała mu wyniośle. — Można zawsze znaleźć czas do nakarmienia własnej duszy! Ale panowie wolą karty, polowania i bufety…
— A przytem rozmaitego gatunku panny Franie i Marychny! — dodała ze złowrogim naciskiem pani domu, obcierając nosy najmłodszym pociechom.
Zawiadowca coś pilnie zabawiał się z pieskami, a Józio, przewracając machinalnie kartki, zatrzymał się w jakiemś miejscu i zaczął głośno czytać:
„Lubię, gdy mi kobieta“…
Ale już po pierwszych wierszach pani domu zakrzyczała wzburzona:
— Fe! takie paskudztwo! Przecież wstyd tego słuchać!
— To z ewangelji panny Ireny, nawet podkreślone ołówkiem, wiersz nieco zabrudzony, jakby wypijany pocałunkami! — objaśniał złośliwie Józio.
— Wiersz bardzo piękny, bardzo nastrojowy i bardzo zuchwały. Trzeba już raz skończyć z fałszywym wstydem i upośledzeniem kobiety! Czemże się gorszycie? Szczerym i głębokim wyrazem uczuć! Zmysły mają swoje święte prawa! To kult przyszłości! Trzeba je wywieść z mroków alkowy na jasny dzień! Wolna miłość… to religja! — deklamowała, poprawiając nieustannie binokle.
— „Kaśka za piec, Maciek za nią“! — zaśpiewał zawiadowca, lecz, zgromiony oczami żony, zaczął się pokornie tłumaczyć: — Chciałem tylko pokazać pannie Irenie, jak chłopi rozumieją wolność miłosną. Inaczej się to dawniej nazywało! Ależ milczę, Maryś, milczę! — Machnął ręką i zabrał się do majstrowania przy gramofonie.
A panna Irena rozbulgotała się już na dobre, wygadując niestworzone rzeczy na temat wolnej miłości, upośledzenia kobiet i przyszłego ustroju, sypała przytem, jak maszyna, cytatami z wieców i broszur, tytułami książek i nazwiskami autorów. Józio usiłował przeczyć, ale, zmiażdżony jej ferworem, zdruzgotany szaloną elokwencją, opryskaną śliną, cofał się pod ścianę i, przyparty wreszcie do muru i zrozpaczony, zawołał błagalnie:
— Ależ ja jestem za równouprawnieniem kobiet! Godzę się z panią, panno Ireno, daję pani słowo honoru! Na wolną miłość? Ależ i owszem, na wszystko!
Naraz ryknął gramofon, z metalowej gardzieli wybuchnął potok niewypowiedzianych wrzasków, a jakby do wtóru, zakrakał złowrogo kruk, zagruchały trwożnie synogarlice, rozkrzyczały się ptaki, wiewiórki, jakby oszalałe, tłukły się po klatkach, psy zaczęły przeciągle wyć, dzieci trzaskały łyżeczkami w talerze i szklanki, a pani domu, wezbrana nagłem przerażeniem, siedziała z otwartemi ustami, zaś pannie Irenie spadły binokle na podłogę i stała martwo, zamieniona w siny słup złości, zgrozy i wzgardy.
— Uciekajmy, póki nie odzyskają przytomności! — krzyknął zawiadowca.
Zatrzymali się dopiero w kasie, wybuchając szalonym śmiechem.
— Ocaliłem pana! Widziałeś pan, jak posiniała ze złości?
— Ależ ten gramofon ryczy, no! Ona panu tego nie daruje…
— To i lepiej, może przestanie nas odwiedzać! Przewraca w głowie mojej żonie, że po każdych jej odwiedzinach mam w domu piekło.
— Mocno pomylona głowa; ciekawy jednak okaz, bardzo ciekawy.
— Może ją pan mieć do wszechstronniejszego przestudjowania.
— Musi być wykształcona; mówił mi kiedyś Soczek, że nawet posażna.
— A ma, jak to mówią, „dwa białe i trzecie, jak śnieg“. Przejdzie się za pana z pocałowaniem rączek. Daję głowę, że, chociaż taka zajadła feministka, będzie panu najczulej podawała pantofle.
— Dziękuję, wolę już ładny podróżny kufer sobie sprawić.
— Bo łatwiej się go pozbyć, niźli takiego pudła! Patrz pan, jak znowu kurzy! Psiakrew, będziemy mieli bal z pociągami.
— Ale zato wypoczniemy jak się patrzy, po człowieczemu! — wyrzekł Józio, zabierając się znowu do roboty. Nikt mu już teraz nie przeszkadzał, bowiem z powodu zamieci, szalejącej coraz potężniej, stacja zupełnie się wyludniła.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.