Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/052

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Słowo honoru, że pary z gęby nie puszczę. — Ucałował go siarczyście, palnął się w czoło i wykrzyknął gorąco: — Istotnie, ale trzeba było być osłem! — I wyszedł.
— Da mi się teraz rozsmarować, jak masło! — myślał Józio i, rozbawiony wspaniałym kawałem, wesoło pogwizdywał, zabierając się do roboty, ale snadź nie było mu dane skończyć jej spokojnie, gdyż wkrótce wleciał jak burza, młody, buńczuczny chłopak, o płowej, lwiej grzywie i orlim profilu, buciki miał zato srodze sfatygowane i majteczki w dole gęsto obdziergnięte naturalną frendzlą…
— Przyszedłem do pana z wielką prośbą… — zaczął jakoś wstydliwie a tajemniczo.
— Słowo daję, nie mogę dzisiaj więcej, niż rubla… — Niechętnie wyciągnął portmonetkę.
— Dziękuję, ale pieniądze mam, właśnie zmieniłem trzy fajgle. — Uderzył się w kieszeń. — Przyszedłem prosić o coś ważniejszego! — zarumienił się aż po białka szafirowych oczów. — Może mi pan pożyczy frakowego garnituru! Obiecałem pojechać na bal do Rudki, lakiery pożycza mi Wacek, rękawiczki mam, krawat sobie kupię, ale brak mi tej reszty i znikąd nie mogę jej wydobyć… — biadał żałośnie.
— Wie pan, że nie pożycza się nikomu trzech rzeczy: zegarka, fraka i kochanki! Ale dla pana odstąpię od zasady i mogę odstąpić dziewczynę, tylko fraka i zegarka nie dam!