Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Już mi nawet wspominali o tem! — dodał z naciskiem.
— Co pan mówi, naprawdę? — osłupiał ze zdumienia. — A niechże mnie kurki zadziobią, to będę miał bal! Prezes pogniewał się na mnie, bom kazał jego kosze wyrzucić z wagonu i oddać do opłaty. Ale ktoby się był spodziewał, kto? — jęknął, zgnębiony.
— Mogę pana wytłumaczyć przed prezesem… — rzucił bardzo łaskawie.
— Ależ zrobi mi pan prawdziwą łaskę i dobrodziejstwo! Zawsze miał pan we mnie przyjaciela, zawsze! Czem ja się panu odwdzięczę? A może panu potrzeba nafty? może węgla? A możeby pan jadał u nas obiady? Z całego serca proszę, podzielę się z panem jak z bratem! — wołał entuzjastycznie, ściskając mu gorąco ręce.
Józio doskonale się bawił tą jego nagłą, uniżoną serdecznością.
— Dziękuję panu, ale co do tego dyrektorstwa, to nic pewnego, może jeszcze nie dostać, mogą zwyciężyć inni… Niepotrzebnie się wygadałem… — narzekał rozmyślnie.
— Ja panu ręczę, że dostanie. Jakże, prezes towarzystwa kredytowego ziemskiego, putiejec, figura, sam gubernator bywa u nich, dałbym głowę, że dostanie.
— Ale to tajemnica, rozumie pan, nawet przed żoną…