Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Niech się pan zmiłuje nade mną, od tego balu zależy moje życie, nawet mój los…
— Ten los ma niebieskie oczy, blond włosy i buzię, jak świeżo upieczona bułeczka! Znam to, wiem, pierwszy kontredans, wyznanie w trzeciej figurze, przysięgi po kolacji, skradziony całus w galopadzie, kwiat z bukietu, czasem nawet obcas, oderwany od bucika najdroższej, lub przepocona rękawiczka, potem opóźnienie na służbę, monity od władzy, rozpacze i t. d. — drwił, rozbawiony jego tragiczną miną.
— Pan żartuje, a ona naprawdę mi obiecała pierwszego kontredansa…
— Wierzę, ale fraka nie pożyczę panu stanowczo! — Odwrócił się do roboty.
— Co ja teraz pocznę, biedna sierota? Chyba pojadę w mundurze, to nawet będzie poważniej, nieprawdaż, panie Józefie?
— Każ się pan grochowinami wypchać i pomalować na żółto, a będzie jeszcze poważniej.
— Strasznie mi jednak żal. Panna Jula powiedziała, że mi świetnie we fraku, do twarzy, ale tego rubla pan mi pożyczy, co? Nie mam już ani jednego hopka!
— Niech go pan sobie weźmie z tych trzech, zmienionych przed chwilą fajgli…
— Niby jakto? Ha! ha! ha! Pyszny kawał! — zaśmiał się serdecznie, wzburzył czuprynę, musnął palcami miejsce na wąsy i poleciał, zapomniawszy o drzwiach.