Marzyciel (Reymont)/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Marzyciel
Wydawca Wydawnictwo Tygodnika Illustrowanego
Data wydania 1932
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
IV.

Z linji wciąż nadchodziły groźne wieści o zaspach i przerwach w ruchu, pociągi wlokły się z trudem, rzadko, i z wielkiemi opóźnieniami.
Wieczór szybko zapadał, wszystko ginęło w mętnym, sinawym mroku, tylko huragan miotał się coraz wścieklej, zrywał dachy, łamał drzewa i szalał z dzikiem, przeszywającem wyciem i świstem. Mury się trzęsły i dygotały od nieustannych uderzeń wichury. Cały świat stał się podobny do wirującego kłęba kurzawy, z którego wypryskiwały strzępiaste bryzgi, bijące aż gdzieś ku sinemu niebu, wiszącemu nisko w posępnej grozie milczenia. Komunikacja z miastem była przerwana i stacja została prawie odcięta od świata, czerniała w zmierzchu, niby skała wśród rozszalałego morza białych, spienionych fal zamieci.
Wkrótce i telegraf przestał funkcjonować, burza wyrwała setki słupów i pozrywała druty, na torach stacyjnych tworzyły się już całe góry zasp, pociągi stanęły zupełnie, ostatni przyszedł ekspres, poprzedzany przez dwie rezerwowe maszyny, ale tak obwalony śniegiem, że widziało się ogromną zaspę, prześwitującą gdzie niegdzie oświetlonemi oknami.
Józio spacerował wzdłuż pociągu, a chociaż wicher prał go śniegiem i prawie rzucał na mury, przeglądał wszystkie okna z jakąś utajoną przed samym sobą nadzieją.
— Pańska nieznajoma księżniczka siedzi w restauracyjnym wagonie! — krzyknął mu do ucha zawiadowca.
Józiem zatrzęsła radosna febra, podszedł pod okna i zajrzał do wnętrza. Tak, to była ona, ten przelotny cień, o którym marzył i za którym często gonił duszą roztęsknioną, ta nieznajoma, znajoma jedynie z ekspresów, jedynie z corocznych przejazdów gdzieś w świat i z powrotów.
Siedziała z jakąś dostojną starą damą i, dojrzawszy go w świetle, padającem z okien wagonu, uśmiechnęła się bardzo przyjaźnie, jak zawsze, że bezwiednie podniósł rękę do czapki, wtapiając w nią głodne źrenice.
Musiała mówić o nim swojej towarzyszce, bo stara dama spojrzała w jego stronę z pobłażliwym uśmiechem, a on powtarzał sobie cichutko, radośnie:
— Poznała mnie księżniczka! Poznała!
Wicher bił w niego i zasypywał śnieżycą, ale Józio stał jakby zahipnotyzowany i patrzał w nią rozgorzałemi oczami.
— Czekałem na ciebie! Czekałem! Czekałem! — Wzdychał, pierś mu się podnosiła coraz szybciej, w oczach płonęły gwiazdy, tęsknota rozwijała szalone skrzydła nadziei, marzenie unosiło go na kwietnym rydwanie w niebiosa.
Znowu zakwitł mu jej uśmiech niebiański, szyba z brzękiem opadła i księżniczka chciała przemówić do niego, ale wicher uderzył ją w twarz śnieżycą, aż cofnęła się z krzykiem przestrachu, służba zamknęła okno i nawet pospuszczała grube, wełniane zasłony.
Józia ogarnęła nieprzenikniona noc, zatoczył się jakby na samo dno zawieruchy, lecz w tej chwili niby błyskawica rozdarła mu oślepłe oczy, porwał się z miejsca, księżniczka bowiem szła korytarzem wagonu…
Widział jej postać wyniosłą, otuloną w białe futra, szła, nieco pochylona, jakby pod ciężarem czarnych, ogromnych włosów, wieńczących jej głowę, i każdem wymijanem oknem spoglądała na niego z uśmiechem.
Poszedł machinalnie za nią, za jej spojrzeniem, za jej zagadkowym, dziwnym uśmiechem, szedł, pełen drżenia jakichś oczekiwań.
Stanęła w otwartych drzwiach wagonu, tuż przed nim; nie wierzył własnej radości, ani oczom olśnionym. Dosłyszawszy niski, śpiewny głos, obejrzał się za siebie, nie było nikogo i podszedł bliżej bardzo nieśmiało, prawie z lękiem.
— Dlaczego stoimy tak długo?
Nie potrafił przemówić, krztusił się tylko i oblewał rumieńcem.
Biała księżniczka uśmiechnęła się znowu i, ściągając czarne, królewskie brwi, wparła w niego fiołkowe, wielkie oczy i zapytała rozkazująco:
— Czy dojedziemy do granicy?
— Z pewnością! tylko z małem opóźnieniem! — Miał głos schrypnięty od wzruszenia. Patrzyli w siebie przez długą chwilę, i Józio tak się zamodlił do niej oczami uwielbienia i podziwu, że drgnęły jej usta i przez białą, prześliczną twarz przeleciał różowy cień; otuliła się futrem jeszcze szczelniej.
— A śnieg nas nie zasypie gdzie w drodze?
— Nie! Nie może być!
— Dziękuję panu. — I stała, jakby oczekując na jego słowa, brwi napięły się jej, jak groźne łuki, ale fiołkowe oczy wciąż patrzyły w niego bardzo łaskawie i wyczekująco, lecz cóż, kiedy nie wiedział, co mówić; tysiące słów i myśli przelatywało przez mózg i drżało na ustach, rozgorzałe oczy padały jej do stóp hymnem zachwycenia, serce tłukło się oszalałe, a nie mógł wyrzec ani jednego słowa. Po chwili uśmiechnęła się po raz ostatni i odeszła…
Przeklinał własną nieśmiałość i niedołęstwo, było mu bowiem strasznie żal tej jedynej sposobności, może już na zawsze straconej.
— Stałem, jak bałwan! Trzeba być najostatniejszym z idjotów! — wymyślał sobie, ale było już za późno na powetowanie, gdyż pociąg zaraz odszedł.
Patrzył za nim, póki mu nie zginął w mrokach i zamieci.
— Prawdziwe amatorstwo flirtować na taką pogodę! — krzyknął mu zawiadowca.
— Była i niema jej! Znikła, jak sen! — dumał żałośnie Józio, lecąc nagle wezbranem roztęsknieniem w zawieję; pod powiekami miał gorzkie i palące łzy.
— Ale wspaniała! Frontowa kobieta! Biust, panie tego, jak materac sprężynowy.
Józio odwrócił się od niego i rzekł z przekąsem:
— Jabym nie wypuścił pociągu, może ugrzęznąć w zaspach!
— To będzie pan miał sposobność ratowania księżniczki! — zaśmiał się, uciekając przed wichurą.
Józio wrócił do kasy, zdał służbę i poszedł do telegrafu.
— Jak tam na linji w stronę granicy?
— Na drugim numerze już stoi zasypana towarówka; będzie ich więcej…
— Czy aby ekspres przekopie się do Rudki! — szepnął więcej do siebie.
— Na pewno stanie w przekopie pod lasem! Zawiadowca się uparł i wypuścił go, będzie miał zato kapelusz!
Poleciał na peron i, mimo przejmującego zimna i zamieci, zasypującej mu twarz, przyciśnięty do węgła stacji, patrzył z trwogą w ciemności, ożenione z szaleństwem i taczające się w straszliwych wirach po świecie; niekiedy, gdzieś, jakby zawieszone w powietrzu, błyskały na mgnienie światła semaforów.
— Nie wiecie? doszedł już ekspres? — pytał znowu, tylko jakoś niespokojniej.
— Nie wiem, bo telegraf przerwany; ale jużby powinien dojść!
Czas mu się przeokropnie dłużył, — że tłukł się po stacji, coraz więcej zgorączkowany i strwożony, lecz równocześnie opanowywało go słodkie, upajające marzenie: oto zdało mu się, że już widzi ekspres, zasypany śniegami, że słyszy jakiś straszny krzyk, targający się wśród wichury, że już leci na ratunek przez rozszalałe zamiecią ciemności i woła:
— Księżniczko, to ja! Księżniczko!
I sprężał wszystkie siły, i przemagał niemożliwości, rozrzucał olbrzymie usypiska śniegów, rozdzierał ściany wagonów, druzgotał przeszkody i szukał wciąż pod rumowiskami, szukał niestrudzenie! Krzyk był już coraz bliższy i coraz słabszy, że ogarniało go szaleństwo i walczył jeszcze zapamiętalej, aż znalazł ją nareszcie. Leżała biała, cudna i omdlała, porwał ją na ręce, wydzierał śmierci, unosił gdzieś we świat słoneczny!
— Księżniczko, to ja! Księżniczko! — krzyczał w śmiertelnej trwodze rozpaczy i nadziei. Aż biała księżniczka otworzyła fiołkowe oczy, uśmiechnęła się słodko i szepnęła niskim, śpiewnym głosem, przytulając się do niego.
— Dziękuję panu! Dziękuję!
Jakby już umierał z niewypowiedzianego szczęścia.
— Febra pana trzęsie, to może mocnej z angielskiemi kroplami? — pytał się jakiś znajomy, rzeczywisty głos.
Oprzytomniał, stał przy bufecie, a uśmiechnięta panna Marychna lała gorzałkę w kieliszek. Zachwiał się, jakby marzenie jego dostało w twarz.
— Co panu? Niech pan idzie za szafę, zrobię krupniku z miodem, napije się pan i zaraz przejdzie! Tam niema nikogo! — prosiła, zaglądając mu w oczy.
— Naczelnik prosi pana kasjera do kancelarji! — wrzasnął ktoś do sali.
Józio śpiesznie poleciał; na stacji, mimo zawieruchy i ciemności, panował niesłychany rwetes i zamieszanie — ludzie biegali znerwowani, jakieś głuche szczęki niosły się od maszyn, wyprowadzanych z remizy.
— Co się stało? — pytał, wpadając do zawiadowcy.
— Niech pan słucha.
Jakiś robotnik grzał przy piecu sine, skostniałe ręce i szeroko rozpowiadał:
— …Juści, w przekopie! Rozparł się, kiej cielna krowa, i stoi! Pasiażery to jaże kwiczą ze strachu! Pan dozorca me zawołał i powieda: Leć, Wicek, choćbyś miał pogubić kulasy i powiedz panu naczelnikowi, coby zaraz przysłali la ludzi jadła i gorzałki, to, powieda, pociąg się do rana odkopie! Gnałem, że dziw — duszy nie wytrząchnąłem, jeno że zrazu to bez te zadymkę zbiłem się z drogi. A tu tak wieje, tak kręci, tak dmie, że myślę sobie: źle z tobą, sieroto…
— Rano depeszowałem, żeby bronić przekopu wszelkiemi siłami! — odezwał się groźnie naczelnik oddziału. — Czy dozorca postawił ludzi w przekopie?
Chłop puścił piec, wyprężył się i wyrzekł bardzo śmiało:
— Dyć od świtania ze dwieście narodu barowało się z zakurkami, ale szyćko na darmo, bo co się łopatę śniegu wyciepnie, to wiater sto przyrzuci. Hale, zwojuje ta kto wichrzysko! Chłopy już docna pomglały i mówią, co przez dopłaty i gorzałki robili nie będą.
— Panie Józefie, chce pan pojechać na linję? — zwrócił się do niego naczelnik.
— Z przyjemnością, jeszcze nie widziałem zasypanego pociągu.
— Maszyny zaraz będą gotowe. Dopilnuje pan rozdziału żywności.
— I zbawi pan swoją księżniczkę! — dodał ciszej zawiadowca.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.