Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w zmierzchu, niby skała wśród rozszalałego morza białych, spienionych fal zamieci.
Wkrótce i telegraf przestał funkcjonować, burza wyrwała setki słupów i pozrywała druty, na torach stacyjnych tworzyły się już całe góry zasp, pociągi stanęły zupełnie, ostatni przyszedł ekspres, poprzedzany przez dwie rezerwowe maszyny, ale tak obwalony śniegiem, że widziało się ogromną zaspę, prześwitującą gdzie niegdzie oświetlonemi oknami.
Józio spacerował wzdłuż pociągu, a chociaż wicher prał go śniegiem i prawie rzucał na mury, przeglądał wszystkie okna z jakąś utajoną przed samym sobą nadzieją.
— Pańska nieznajoma księżniczka siedzi w restauracyjnym wagonie! — krzyknął mu do ucha zawiadowca.
Józiem zatrzęsła radosna febra, podszedł pod okna i zajrzał do wnętrza. Tak, to była ona, ten przelotny cień, o którym marzył i za którym często gonił duszą roztęsknioną, ta nieznajoma, znajoma jedynie z ekspresów, jedynie z corocznych przejazdów gdzieś w świat i z powrotów.
Siedziała z jakąś dostojną starą damą i, dojrzawszy go w świetle, padającem z okien wagonu, uśmiechnęła się bardzo przyjaźnie, jak zawsze, że bezwiednie podniósł rękę do czapki, wtapiając w nią głodne źrenice.
Musiała mówić o nim swojej towarzyszce, bo stara dama spojrzała w jego stronę z pobłażliwym