Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


rączek. Daję głowę, że, chociaż taka zajadła feministka, będzie panu najczulej podawała pantofle.
— Dziękuję, wolę już ładny podróżny kufer sobie sprawić.
— Bo łatwiej się go pozbyć, niźli takiego pudła! Patrz pan, jak znowu kurzy! Psiakrew, będziemy mieli bal z pociągami.
— Ale zato wypoczniemy jak się patrzy, po człowieczemn! — wyrzekł Józio, zabierając się znowu do roboty. Nikt mu już teraz nie przeszkadzał, bowiem z powodu zamieci, szalejącej coraz potężniej, stacja zupełnie się wyludniła.


IV.

Z linji wciąż nadchodziły groźne wieści o zaspach i przerwach w ruchu, pociągi wlokły się z trudem, rzadko, i z wielkiemi opóźnieniami.
Wieczór szybko zapadał, wszystko ginęło w mętnym, sinawym mroku, tylko huragan miotał się coraz wścieklej, zrywał dachy, łamał drzewa i szalał z dzikiem, przeszywającem wyciem i świstem. Mury się trzęsły i dygotały od nieustannych uderzeń wichury. Cały świat stał się podobny do wirującego kłęba kurzawy, z którego wypryskiwały strzępiaste bryzgi, bijące aż gdzieś ku sinemu niebu, wiszącemu nisko w posępnej grozie milczenia. Komunikacja z miastem była przerwana i stacja została prawie odcięta od świata, czerniała