Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/086

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Na pewno stanie w przekopie pod lasem! Zawiadowca się uparł i wypuścił go, będzie miał zato kapelusz!
Poleciał na peron i, mimo przejmującego zimna i zamieci, zasypującej mu twarz, przyciśnięty do węgła stacji, patrzył z trwogą w ciemności, ożenione z szaleństwem i taczające się w straszliwych wirach po świecie; niekiedy, gdzieś, jakby zawieszone w powietrzu, błyskały na mgnienie światła semaforów.
— Nie wiecie? doszedł już ekspres? — pytał znowu, tylko jakoś niespokojniej.
— Nie wiem, bo telegraf przerwany; ale jużby powinien dojść!
Czas mu się przeokropnie dłużył, — że tłukł się po stacji, coraz więcej zgorączkowany i strwożony, lecz równocześnie opanowywało go słodkie, upajające marzenie: oto zdało mu się, że już widzi ekspres, zasypany śniegami, że słyszy jakiś straszny krzyk, targający się wśród wichury, że już leci na ratunek przez rozszalałe zamiecią ciemności i woła:
— Księżniczko, to ja! Księżniczko!
I sprężał wszystkie siły, i przemagał niemożliwości, rozrzucał olbrzymie usypiska śniegów, rozdzierał ściany wagonów, druzgotał przeszkody i szukał wciąż pod rumowiskami, szukał niestrudzenie! Krzyk był już coraz bliższy i coraz słabszy, że ogarniało go szaleństwo i walczył jeszcze zapamiętalej, aż znalazł ją nareszcie. Leżała biała,