Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Przeklinał własną nieśmiałość i niedołęstwo, było mu bowiem strasznie żal tej jedynej sposobności, może już na zawsze straconej.
— Stałem, jak bałwan! Trzeba być najostatniejszym z idjotów! — wymyślał sobie, ale było już za późno na powetowanie, gdyż pociąg zaraz odszedł.
Patrzył za nim, póki mu nie zginął w mrokach i zamieci.
— Prawdziwe amatorstwo flirtować na taką pogodę! — krzyknął mu zawiadowca.
— Była i niema jej! Znikła, jak sen! — dumał żałośnie Józio, lecąc nagle wezbranem roztęsknieniem w zawieję; pod powiekami miał gorzkie i palące łzy.
— Ale wspaniała! Frontowa kobieta! Biust, panie tego, jak materac sprężynowy.
Józio odwrócił się od niego i rzekł z przekąsem:
— Jabym nie wypuścił pociągu, może ugrzęznąć w zaspach!
— To będzie pan miał sposobność ratowania księżniczki! — zaśmiał się, uciekając przed wichurą.
Józio wrócił do kasy, zdał służbę i poszedł do telegrafu.
— Jak tam na linji w stronę granicy?
— Na drugim numerze już stoi zasypana towarówka; będzie ich więcej…
— Czy aby ekspres przekopie się do Rudki! — szepnął więcej do siebie.