Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— I zbawi pan swoją księżniczkę! — dodał ciszej zawiadowca.


V.

Józio, nie słuchając więcej, poleciał do domu i, przebrawszy się w długie buty i kożuszek, odezwał się do zdziwionej Frani:
— Jadę na linję, wrócę może dopiero nad ranem.
Rzuciła mu się na szyję, z żałosną skargą:
— Znowu będę sama!
— Już ci się sprzykrzyło! Muszę jechać do zasypanego pociągu, muszę…
— I boję się, bo ta gruba zdołu zrobiła mi straszną awanturę.
— Tutaj w mieszkaniu?
— Nie, ale spotkała mnie na schodach i tak mi nawymyślała, że wstyd powtarzać. Nie daruję tej torbie… i jak mnie jeszcze raz zaczepi, to jej wlezę na pysk! Nie dam się krzywdzić takiej małpie! Wiem, o co jej chodzi, ona zazdrosna o pana!
— Masz, babo, kaftan! — jeszcze tego brakowało.
— Naprawdę, ona ma apetyt na pana.
— Zrzuć ją ze schodów, to się nieco utemperuje!
— Już ona mnie popamięta! Wielka mi pani! służyła za bonę u zawiadowcy, a teraz zadziera