Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nosa, jak jaka naczelnikowa. Flejtuch jeden, aż śmierdzi z brudu, kiecki ma z farfoclami, a będzie mną pomiatała! Maszyniścina, figura, nie przystępuj bez kija! Ja też sroce z pod ogona nie wypadłam! Upasła się na mężowskim chlebie, jak maciora, to swędzi ją kałdun i chciałaby poromansować!
Wykrzykiwała bezładnie a coraz zacieklej.
Ucałował ją, uspokoił, jak mógł, i jeszcze ze schodów zawołał:
— Tylko nie rób hecy, to w sobotę pojedziemy na bibę do Mikada.
— Co? Naprawdę? — wołała, radośnie wybiegając za nim.
Ale już poleciał i, jakby nie spostrzegając pani Zofji, czyhającej w uchylonych drzwiach, wypadł śpiesznie na drogę i, przekopawszy się przez zaspy do peronu, skoczył na maszynę, oczekującą już tylko na niego; druga, z brankardem, pełnym żywności, zapasowych łopat i ludzi, miała wyruszyć w jej ślady.
— Jazda, panowie! — zawołał, witając się z mechanikami.
Maszyna poderwała się z miejsca, jak ptak, i całą siłą pary runęła w zawieję: z pod kół trysnęły śnieżne fontanny i podniósł się skłębiony tuman. Popędzili z przeszywającym świstem, rozbijając w puch wszystkie zaspy i groble, ale zaraz za stacją zwalił się na nich huragan całem stadem wichrów, porwał ich tysiącami rozszalałych szponów i rzucił w przerażający wir, jakby na samo dno