Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


burzy, w chaos konwulsyjnych miotów, szamotań, wrzaskliwych jęków. Co chwila, niby tarany, biły w nich potwornie wzdęte kłębowiska; co chwila podnosiły się ze wszystkich stron zwichrzone, groźne tabuny białawych fal, zalewając ich sypkim, lodowatym wrzątkiem, co chwila uderzały wichry, wyżerały oczy, smagały po twarzach, zapierały oddech, szamotały się z maszyną i goniły ją z rozwścieklonym skowytem, ale stalowy potwór pędził niepowstrzymanie, błyskał krwawemi ślepiami latarń, toczył śnieżną pianę z kół i tłoków, i z krótkim, głuchym warkotem leciał, jak kula, skróś zamieci wyjącej, niby stado głodnych wilków, skróś skłębionych śnieżyc i skróś szaleństwa, przewalającego się z dzikim rykiem po świecie.
— Zdrowo sypiemy, co? — krzyknął Józiowi maszynista.
Wichura wepchnęła mu odpowiedź do gardła — zakrztusił się tylko i siedział skulony na tendrze, brodząc niespokojnemi oczami po skołtunionej rozwiei. Pomocnik maszynisty co pewien czas otwierał szybry pieca i walił węgle w ognistą paszczę, buchającą krwawemi brzaskami, że, niby w łunie krateru, migotały nad plantem jakieś chałupy, zasypane po dachy, i jakieś drzewa, szarpiące się rozpaczliwie, ale skoro szczęknęły zatrzaskiwane szybry, wszystko przepadało, jak majaczenia — i znowu lecieli przez szarawą, nieskończoną noc, przez skołtunione przestrzenie, gwałtownie uciekające wtył, i przez wzburzone do dna morze śniegów, szumią-