Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/088

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Jakiś robotnik grzał przy piecu sine, skostniałe ręce i szeroko rozpowiadał:
— …Juści, w przekopie! Rozparł się, kiej cielna krowa, i stoi! Pasiażery to jaże kwiczą ze strachu! Pan dozorca me zawołał i powieda: Leć, Wicek, choćbyś miał pogubić kulasy i powiedz panu naczelnikowi, coby zaraz przysłali la ludzi jadła i gorzałki, to, powieda, pociąg się do rana odkopie! Gnałem, że dziw — duszy nie wytrząchnąłem, jeno że zrazu to bez te zadymkę zbiłem się z drogi. A tu tak wieje, tak kręci, tak dmie, że myślę sobie: źle z tobą, sieroto…
— Rano depeszowałem, żeby bronić przekopu wszelkiemi siłami! — odezwał się groźnie naczelnik oddziału. — Czy dozorca postawił ludzi w przekopie?
Chłop puścił piec, wyprężył się i wyrzekł bardzo śmiało:
— Dyć od świtania ze dwieście narodu barowało się z zakurkami, ale szyćko na darmo, bo co się łopatę śniegu wyciepnie, to wiater sto przyrzuci. Hale, zwojuje ta kto wichrzysko! Chłopy już docna pomglały i mówią, co przez dopłaty i gorzałki robili nie będą.
— Panie Józefie, chce pan pojechać na linję? — zwrócił się niego naczelnik.
— Z przyjemnością, jeszcze nie widziałem zasypanego pociągu.
— Maszyny zaraz będą gotowe. Dopilnuje pan rozdziału żywności.