Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/084

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Stanęła w otwartych drzwiach wagonu, tuż przed nim; nie wierzył własnej radości, ani oczom olśnionym. Dosłyszawszy niski, śpiewny głos, obejrzał się za siebie, nie było nikogo i podszedł bliżej bardzo nieśmiało, prawie z lękiem.
— Dlaczego stoimy tak długo?
Nie potrafił przemówić, krztusił się tylko i oblewał rumieńcem.
Biała księżniczka uśmiechnęła się znowu i, ściągając czarne, królewskie brwi, wparła w niego fiołkowe, wielkie oczy i zapytała rozkazująco:
— Czy dojedziemy do granicy?
— Z pewnością! tylko z małem opóźnieniem! — Miał głos schrypnięty od wzruszenia. Patrzyli w siebie przez długą chwilę, i Józio tak się zamodlił do niej oczami uwielbienia i podziwu, że drgnęły jej usta i przez białą, prześliczną twarz przeleciał różowy cień; otuliła się futrem jeszcze szczelniej.
— A śnieg nas nie zasypie gdzie w drodze?
— Nie! Nie może być!
— Dziękuję panu. — I stała, jakby oczekując na jego słowa, brwi napięły się jej, jak groźne łuki, ale fiołkowe oczy wciąż patrzyły w niego bardzo łaskawie i wyczekująco, lecz cóż, kiedy nie wiedział, co mówić; tysiące słów i myśli przelatywało przez mózg i drżało na ustach, rozgorzałe oczy padały jej do stóp hymnem zachwycenia, serce tłukło się oszalałe, a nie mógł wyrzec ani jednego słowa. Po chwili uśmiechnęła się po raz ostatni i odeszła…